W latach  1984-1990 Partia Narodowa Nowej Zelandii zrobiła pod dyktando GATT i WTO, to samo co thatcheryści w UK, co tak samo doprowadziło do powstania podklasy ludzi uzależnionych od zasiłku, kryzysu rodzin, nieznanego w krajach przywiązanych do społecznej gospodarki rynkowej w wersji Keynesa lub szkoły fryburskiej (Austria, Niemcy, Norwegia), i gdzie regionalne uprawnienia uniemożliwiłyby taką amerykanizację/tchatcheryzację (RFN). Clinton związany z NAFTA, dał w 1997 roku wielką pożyczkę Meksykowi, gdzie od 1985 roku wolnorynkowy z PRI zdobywszy przewagę w swej partii, zrobili to samo co Partia Narodowa Nowej Zelandii (s. 59). W Meksyku, też – mimo pomocy USA – rezultat był ten sam – podklasa, bezrobocie, kryzys rodzin, rozkwit gangów, a także tradycyjnej tam korupcji, z którymi słaby aparat policji nie daje sobie rady. Reploretaryzacja klasy średniej to kolejny skutek reform wolnorynkowych w UK, Nowej Zelandii i Meksyku (s. 81). Niestety państwo niewiele może tu często pomóc, bo gospodarka jest już totalnie uzależniona od przepływów wirtualnego pieniądza po całym globie, stąd walka z bezrobociem itd. jest coraz trudniejsza. Bezrobocie napędza też dysproporcja demograficzna, ponieważ np. Indie mają nadmiar inżynierów, którzy mogą konkurować z np. tymi w USA za ułamek ich pensji (s. 93), sama w sobie różnica płac w różnych krajach by tego nie czyniła.  Nawet socjaldemokracje dbające o równowagę miedzy biznesem a dobrostanem lokalnym (w ordoliberalnych  Niemczech o polityce firmy decydują nie tylko akcjonariusze, ale też interesariusze, a pracownicy są rzadko zwalniani, a jeśli nawet to długo zabezpieczani finansowo, mimo przekleństw WTO i MFW), pękły pod naciskiem wolnego rynku, MFW, monetarystów i USA. Francja Mitteranda, Szwecja 1994 roku,  częściowo także Niemcy przenoszące część zakładów na Wschód, ugięły się pod naciskiem zdominowanych przez amerykańskie widzenie biznesu organizacji (s. 101). Gray bierze to za efekt amerykańskiego mesjanistycznego dogmatyzmu wolnorynkowego, osobiście wydaje mi się, że może być to także element wojny kulturowo-ekonomicznej USA (zwłaszcza Republikanów) z socjaldemokracją.

Gray chwilami upraszcza sprawę sprowadzając politykę do wyboru między oświeceniowa wiarą w samospełniający się postęp a aktywną dyplomacją szanującą różnice kulturowe (s. 107). Typowy liberał społeczny nie będzie szanował nieliberalnych kultur, jednocześnie jednak nie będzie wierzył naiwnie, że postęp nie może ulec zahamowaniu lub regresowi. Dwaj myśliciele liberalni, nie cytowani niestety przez Graya, Condorcet i Kant mieli pod tym względem całkowicie różne zapatrywania; Constant uważał istotnie, że postęp jest niepowstrzymany, lecz niewielu oświeceniowców i liberałów tak uważało. Nie zgadzam się także z Grayem, że USA polegając na postępie wyrzekają się tradycyjnej dyplomacji jako mediacji. Zgadzam się natomiast z postrzeganiem USA jako kraju purytańskiego z ducha (choć może już nie z treści) kontrolującego wiele dziedzin życia, rządu Reagana jako keynesistowskiego w dziedzinie wojskowej, i dogmatycznie wolnorynkowego w biznesowej. Reaganizm uważa Gray za krzykliwą pochwałę technologii i demonizację rządu. Jednocześnie uważa, że Reagan zniszczył rodziny, a więc tą instytucje którą obiecał chronić, nie zasługuje więc na miano konserwatysty (s. 111). Ale czy Middle class nie jest przypadkiem liberalna? Czy niestabilnego proletariatu, zwracającego się ze strachu ku irracjonalnej religii, za sprzymierzeńca konserwatystów nie uznał już w XIX wieku Disraeli? Wydaje mi się, że Reagan z premedytacją niszczył middle class.  Zgadzam się natomiast, że szkoda, że Clinton podążył tą samą drogą, uwalniając rząd federalny od odpowiedzialności za świadczenia socjalne (Welfare Reform Act 1996). Gray zauważa, że rozpad rodziny ma konsekwencje czysto praktyczne; w Hiszpanii czy Italii, wielopokoleniowa rodzina pomaga przetrwać okres bezrobocia swym członkom, nawet jeśli państwo nie da rady (s. 115) i nie ma to nic wspólnego z górnolotnymi rozważaniami czy rodzina jest z „natury” instytucja konserwatywną czy liberalną. Jako indywidualista uważam, że fiksacja na punkcie obrony rodziny jest błędem, ale skrajna mobilność społeczna w poszukiwaniu pracy po całych USA, wymuszona przez reganizm jest jeszcze większym błędem. Za Michaelem Lindem, Gray stwierdza, że doszło do brazylizacji USA (s. 119), czyli chorobliwych wręcz różnic między bogatymi i biednymi, co jednocześnie postawiło prawo i policję tradycyjnie skuteczne w Ameryce, w roli jedynej trwałej instytucji wolnorynkowego państwa-minimum (1/3 prawników globu mieszka w USA, podobnie jak wielka część więźniów). Nie należy mieć złudzeń, że brazylizacja byłaby efektem wdrożenie wolnorynkowych dogmatów agenta amerykańskich Republikanów w Polsce – Janusza Korwin-Mikkego.

Wizję końca historii Fukuyamy, uważa Gray za efekt pomieszania westernizacji z modernizacją, wizję Huntingtona za uproszczenie skoro kraje walczą ze sobą zwykle w ramach cywilizacji, a nie międzycywilizacyjnie (s. 121-124). Szkoda, że nie odniósł się do wizji globalnego starcia demoliberalizmu z autokracjami Roberta Kagana. Oświecenie, jak pisze Gray, uważało, że istnieje jeden wzorzec cywilizacji (s. 125), jednak błędem byłoby moim zdanie wywodzenie z tego amerykańskiego wolnorynkowego dogmatyzmu. Oświeceniowcy wszak zachwycali się Chinami (Leibniz, Hume, Voltaire), Japonią, i innymi pomysłowymi naukami (konfucjanizm). Jeśli uważali, ze np. podporządkowanie jednostki religii jest błędem, to nie oznacza to, że zamierzali kolonizować cały świat; Adam Smith był przeciwko, dopiero John Stuart Mill w połowie XIX wieku, uznał, ze liberalizm warto np. przeszczepiać do Indii, ale czy należy akceptować moralnie kastowość lub niewolę kobiet, o której pisał np. Mill? Czym innym pochwała, a czym innym kolonizacja. Takich rozważań u Graya zdecydowanie mi brakuje. Za szybko przechodzi on od liberalizmu ogólnego (społecznego) do wolnego rynku i interwencjonizmu, by uznać go za myśliciela liberalnego, choć niewątpliwie wydaje się być społecznym liberałem, co więcej w jego stwierdzeniu związku między dobrostanem rodzin a liberalną opinia publiczną i racjonalizmem istnieje tworzy się ciekawa płaszczyzna do dyskusji między liberalnym centrum a konserwatywną prawicą.

Gray nie uważa, by coś takiego jak Zachód istniało; mobilne, wolnorynkowe, religijne USA, wydają mu się zasadniczo różne od wolnorynkowo-niemobilnych UK, a co dopiero od społecznego zacięcia Niemców czy Szwedów (s. 129). Nie uważa, też by wielokulturowośc oznaczała niestabilność (USA, Hiszpania i UK nie są mniej stabilne niż np. Niemcy). Uważa też, że USA Niceo trudniej znoszą wielokulturowość (stawanie się społeczeństwem postzachodnim) niż np. Australia, bo głoszą się nauczycielami ideologicznymi ludzkości.

Nie ma racji Gray, uznając, że bolszewizm stanowił ortodoksję marksistowską, myśl zachodnią nie nadającą się dla Rosji (s. 133), ponieważ Lenin  wszystko  w niej pozmieniał, ale ma rację, że jego implementacja, tak samo jak idei WTO i MFW za Jelcyna, wywołała złe skutki. Wobec zaniku prywatnej gospodarki wiejskiej za ZSRR, i braku zrębów społeczeństwa obywatelskiego, oraz rozpadu policji i kryminalizacji prawa, reformy Jelcyna-Gajdara, musiały doprowadzić do mafijnego anarchokapitalizmu (s. 143). Brak rządów prawa wyklucza możliwość sprawnej implementacji idei Adama Smitha, cieszy mnie postawa Graya, który widzi liberalizm w szerszym kontekście społecznym. Liberalizm to bowiem głównie prawa człowieka a więc Voltaire i Mill, a nie szkockie kalwińskie bajania o ekonomii. Gray cieszy się, że w Rosji przetrwały silne rodziny i upodobanie do nauki jako nauki, a nie tylko drogi do pieniędzy (s. 158-159).

Niestety należy Gray do wielbicieli „azjatyckich wartości” singapurskiego autokraty (Gray zgrabnie unika uznania go za autokratę) przebranego za demokratę Lee Kuana Yewa, a może nie tyle w same „azjatyckie wartości”, ale sprzeciw wobec zachodniego imperatywu wolnorynkowego (s. 162). A przecież Chis Patten, ostatni brytyjski gubernator Hong Kongu  uznał te „wartości” za zachodni kolonialny autokratyzm i przekonująco to udowodnił, podobnie jak Guy Sorman uznał konfucjanizm za ideologię z gruntu feudalną. Można oczywiście prowadzić wewnątrz-liberalną dyskusję jak dalece zachodnie koncepcje liberalizmu są zdatne do implementacji w Azji, ale Gray niebezpiecznie blisko ociera się o uznanie, ze co lokalne to dobre, bo lokalne; może więc kamienowanie cudzołożnic tez jest dobre lokalnie?

Dyskusyjne jest uznanie przez Graya japońskiego kapitalizmu za kontynuację feudalizmu (s. 163), wielu bowiem specjalistów od historii Japonii zwracało uwagę na zadłużenie się samurajów i dajmio u kupców, co poprzedzało reformy Meiji (s. 163). Równie dyskusyjny jest wniosek Graya, iż rangaku i ekspercka wiedza Zachodu niewiele znaczyły dla reformatorów Meiji, bo nie zmieniły japońskiego społeczeństwa. Czy faktycznie nie zmieniły? Czy Japonia się nie indywidualizuje? Czym jest ruch furita (freeters)? Ciekawe są natomiast jego rozważania o japońskiej stagnacji gospodarczej, w kontekście teorii Milla o stacjonarnym stanie kapitału  (s. 168) nasyceniu rynku. Czebole i zaibatsu – ponadrodzinne japońskie i koreańskie firmy, są zdaniem Graya skrajnie różne nawet od tajwańsko-chińskich rodzinnych (rodowych) biznesów, a co dopiero od kapitalizmu w wersji WTO/MFW czy społecznego kapitalizmu RFN (177). Wahania między konfucjanizmem a maoizmem uważa Gray za problem chińskiego państwa (s. 179), choć przecież Mill mówił, że gdzie nie ścierają się ideologie nie ma rozwoju.

Nie wierzy Gray w doktrynę racjonalności głoszoną przez libertarian (a nawet niektórych zwykłych neoliberałów jak Sorman), przychyla się raczej do stanowiska Schumpetera, o ludzkiej nierozumnej irracjonalności – s. 185-186 (w końcu jak pamiętam prawdziwy racjonalizm np. Hume’a bazował na tym spostrzeżeniu, że racjonalizm nie jest czymś naturalnym i trzeba się starać pokonać w sobie cyrk emocji), która czyni gospodarkę i politykę zbyt nieprzewidywalnymi, by zostawić je same sobie, bez żadnego nadzoru czy dyskusji. Nawet Alan Greenspan uznał w 1997, że wolny rynek to kultura a nie natura, jednak Gray nie wierzy, że w warunkach wolnego rynku uda się osiągnąć konsensus. Uważa, że trzeba wzmocnić państwo jako instytucję, bo dziś już nie państwa (ZSRR) stanowią zagrożenie, lecz anarchia (Afganistan, Somalia), trzeba więc przypomnieć sobie co pisał w 1651 roku Hobbes. Wolny rynek uznaje Gray za efekt ideowej wojny z państwem – ZSRR, który przetrwał do dziś, choć jest już nieaktualny, choć kryzys w Azji w 1997 podtrzymał iluzję jego aktualności (s. 204).

Gray nie wierzy w Stany Zjednoczone Europy, ale wierzy, że sam rozmiar gospodarki UE pozwoli jej wymusić na USA rewizję dogmatycznego wolnorynkowego spojrzenia na gospodarkę (s. 214-216), bo globalny wolny rynek oznacza niemożność socjalnego państwa (Gray uważa za problem przekonanie panujące np. w RFN, że można te rzeczy pogodzić, stąd RFN i UE nie naciskają na USA), i osiadłego europejskiego życia. Liczy też na nieugiętą postawę Japonii, oraz trochę na Chiny, jako, że do dziś pozostały one po części poza globalnym wolnym rynkiem, choć jest sceptyczny co do możliwości długotrwałego sukcesu gospodarczego Chin w przyszłości. Większe szanse daje Japonii, zwłaszcza jeśli przezwycięży deflację, zauważa też, że tylko Japonia faktycznie walczy z kryzysem, szkoda, że nie zauważa starań prezydenta Francji Hollande’a by podążyć śladem japońskiej administracji Shinzo Abe. Najwięcej jednak zależy od USA, i ewentualnego porzucenia wolnorynkowego mesjanizmu. Posłowie Leszczyńskiego odnoszące się do walki paleokonserwatyzmu (z nim Leszczyński się utożsamia) z neokonserwatyzmem niczego nie wnosi do zagadnień poruszanych w książce Graya, która dotyczy bardzo interesującego sporu w ramach liberalnego centrum i centroprawicy, o to na ile rynek może być niezależny, by nie niszczył społeczeństwa, w tym także rodzin, które zdaniem Graya, są instytucją indywidualistyczno-liberalną. Polecam książkę Graya!

Wcześniej publikowane na:

http://racjonalista.tv/john-gray-falszywy-swit-urojenia-globalnego-kapitalizmu/