Zgadzam się natomiast z Frommem, gdy pisze o poczuciu alienacji człowieka, wykonującego tylko mały ułamek pracy przy np. taśmie montażowej (s. 113), o zwodniczym języku („generał zdobył twierdzę”, choć zrobili to żołnierze – nota bene przypomina mi to głupawe uwagi miłośników sportu, gdy mówią po meczu: „wygraliśmy” – najlepiej takie uwagi kwitował komik Jerry Seinfeld: „nie, oni wygrali, wy tylko oglądaliście”) – umniejszającym wkład zwykłego człowieka w pracę i w życie. Kapitalizm obciąża Fromm winą za rozpad poczucia wspólnoty ze społeczeństwem - nie na zasadzie stadności bo taką wspólnotowość F. krytykuje, lecz wspólnego interesu np. politycznego (s. 139) i znów niekorzystnie porównuje go z feudalnym chrystianizmem, choć po mojemu chrześcijaństwo to nie tyle wspólnota co egoistyczna walka o własne jednostkowe zbawienie. Ciekawie jednak pisze Fromm o alienacji milionów ludzi sprowadzonych do roli widza, i prze to głupiejących w beznadziejnym rozczarowaniu (s. 142), co wywołuje depresje (nudę uważa Fromm za jej łagodna formę), neurozy, konformizm wobec pseudoautorytetu pod tytułem: „być taki jak wszyscy inni” (s. 154), zachłanności (cytuje F. Bergsona i Huxleya), zaniechanie poszukiwania sensu życia (s. 171), trywializację i komercjalizację religii i partii politycznych, obsesyjne dążenie do bezpieczeństwa (s. 188), choć wolny=niepewny, poczucie winy z powodu niedostawania do wymagań społecznych (s. 198), sadyzm telewizyjny i sportową namiastkę wspólnotowości, brak wiary w człowieka (stąd faszyzm, nazizm i komunizm sowiecki – s. 229). To wszystko prowadzi Fromma do rozważań o tym, jak można by zapobiec alienacji pracy, tj. by nawet ludziw ywkonujacy zawody niespecjalnie się wyróżniające mieli poczucie sensu. Rozwiązanie Jamesa Lincolna, by płacić pracownikom nie za godziny, lecz za wyniki, uważa za superkapitalizm, który tylko zwiększy społeczne neurozy (s. 231-234). Preferuje socjalizm, ale nie oddzielony od humanistycznego celu (Babeufa czy Owena), jak marksizm (zdaniem Fromma Marx uważał naiwnie, że wszystko rozwiąże uspołecznienie środków produkcji, gdyż nie docenił negatywnych skłonności ludzkiej psychiki – s. 236. Podczas gdy Fromm uważa, że własność prywatna czy państwowa nie jest tu najważniejsza, istotniejsze dla komfortu pracowników i szczęścia ogólnego, byłoby poczucie partycypacji jak to osiągnięto w fabryce Marcela Barbu w Valence we Francji (s. 291), gdzie niczym w marzeniach Richarda Owena, człowiek jest twórczą całością; istnieje wspólnota z własnym „dekalogiem” (opartym nie na ideologii, lecz na swobodnej dyskusji miedzy pracownikami), i kursami dokształcającymi, za udział w których pracownicy są premiowani. Bardzo ciekawy projekt, nieco mniej jasne są pomysły zreformowania demokracji u Fromma. 

Lektura dzieła Fromma była dla mnie słodko-gorzka. Z jednej strony podoba mi się optymistyczny, anty-konserwatywny a nawet nieco utopistyczny wydźwięk tej książki. Zgadzam się z nim, że telewizja psuje ludzi przez pokazywanie w niej przykładów sadyzmu (tu wolę Holendrów i ich postawę, że erotyka w TV jest o niebo mniej szkodliwa niż okrucieństwo, czego amerykańscy rodacy Fromma nie mogą jakoś pojąć), podoba mi się jego krytyka założenia, jakoby armia bezrobotnych była niezbędna dla prawidłowego rozwoju gospodarki (miał nadzieję, że nikt już nie wyskoczy z takimi bajdami, a tu proszę w 1980 - roku śmierci Fromma - wyskoczył Reagan, a potem Thatcher i Korwin-Mikkowie całego świata), podoba mi się jego ocena ludzi jako wrogich nudzie i lenistwu i zgadzam się, że zasiłek może pomóc ludziom się dokształcić i przekwalifikować i stad warto by zasiłki były dostępne (s. 317), podoba mi się też jego pochwała andragogiki i zasypywania przepaści między teorią i praktyką w edukacji, tak by każdy uczeń wiedział jak działa fabryka i telefon, a nie tylko jak wybierać numer (s. 325). Ja osobiście w ramach walki z alienacją, zwolniłbym nawet wszystkich krytyków sztuki nie będących jednocześnie artystami. Podoba mi się także nawoływanie Fromma do wspólnej etyki dla wszystkich. Nie podoba mi się jednak niedocenianie kapitalizmu, wynikającego w końcu z liberalizmu oświeceniowego i jego zasług społecznych emancypacyjnych wobec ludzi z niższych kast, kobiet, gejów itd, a także daleko idące upraszczanie jego wpływu i znaczenia, krytyka reklam za rzekomą trywializację pracy (s. 313). Kapitalizm ceni nie tylko pieniądze, ale też pomysł, co inne systemy krępują, o tym F. zapomina. Nie podoba mi się jego klasyfikowanie problemów ZSRR jako rzekomo analogicznych wobec tych typowych dla drapieżnego kapitalizmu Manchesteru w XIX wieku, a przecież tam gospodarka rozkwitała, podczas gdy ZSRR poruszał się w kółko (choć może w 1955 roku wydawało się inaczej). 

Nie podoba mi się krytyka konsumpcjonizmu (tj. nie tylko jako jedynego celu w życiu – tu krytyka jest jak najbardziej wskazana – ale w ogóle konsumpcjonizmu wszelkiego, a to pachnie mi purytanizmem i ascezą), a nade wszystko – skłonność do popadania w syndrom złotego wieku. Niespecjalnie podobają mi się też jego próby odczarowania słowa socjalizm, które mogą tylko zrażać liberalnych odbiorców – tj. tych nie będących libertariańskimi egotykami, a więc potencjalnych wdrażających pomysły Fromma w życie.