Wszechświat działa zgodnie ze stałymi prawami, które odkrywa i opisuje fizyka, a jednym z podstawowych praw jest druga zasada termodynamiki. Określa ona kierunek procesów zachodzących w każdym układzie izolowanym, a więc także w całym Wszechświecie, ponieważ poza Wszechświatem nic nie istnieje, więc jest on jakby jednym nieograniczonym układem izolowanym. Najprościej rzecz ujmując, druga zasada termodynamiki głosi, że ciepło przekazywane jest od ciał ciepłych do zimnych, a nie odwrotnie. Ci, którzy piją kawę ze śmietanką czy mlekiem, mogą obserwować działanie tej zasady w malutkiej skali: gdy wlewamy śmietankę do filiżanki z gorącą kawą, najpierw śmietanka oddziela się pasmem bieli od czerni kawy, ale po krótkim czasie oba płyny mieszają się całkowicie, ich temperatury wyrównują się, a zawartość filiżanki przybiera barwę brązową. Zatem zgodnie z drugą zasadą termodynamiki we Wszechświecie musi przejawiać się stała dążność do równomiernego rozproszenia energii cieplnej, do zatarcia różnic temperatur między częściami układu. Dopóki istnieją nierówności energii, elementy Wszechświata ścierają się ze sobą, zwalczają się, a tym samym Wszechświat niejako żyje, zmienia się co do istniejących w nim układów i powiązań. Jednak nieusuwalna tendencja do zmniejszania różnic, do zrównania poziomów energetycznych musi w końcu doprowadzić do wyrównania całkowitego. Czas, w którym się to dokona, fizycy wyliczają w miliardach lat, niemniej jednak ostateczną postacią Wszechświata będzie całkowity bezwład i martwota.

Przygnębiająca wizja śmierci cieplnej Wszechświata rodzi niepokój, że być może taki sam będzie kres każdego ludzkiego tworu duchowego – każdej kultury, cywilizacji, religii itp. Przecież rzeczywistość kulturowa wyrasta na bazie rzeczywistości przyrodniczej, a zatem zasadne jest domniemanie, że również w świecie kultury obowiązuje duchowy odpowiednik drugiej zasady termodynamiki. Powstały teorie wyjaśniające jej działaniem przebieg dziejów czy rozwój gospodarczy; zauważono też, że umożliwia ona wyjaśnienie idei dekadencji kulturowej. Zasadne jest więc uznanie, że w rzeczywistości społecznej działa siła dążąca do wyrównania wszelkich nierówności między ludźmi, czyli siła będąca odpowiednikiem tej, której działanie w rzeczywistości przyrodniczej opisuje druga zasada termodynamiki.

Najsilniejszym przejawem działania tej siły jest ideologia socjalistyczna, szczególnie jej skrajna odmiana, czyli komunizm. Wyjaśnienie tendencji socjalistycznych działaniem drugiej zasady termodynamiki podał Ryszard Świętochowski (1882-1941) w rozprawie Zanik energii społecznej w świetle fizyki, wydanej w 1921 roku. Ten polityk, publicysta i inżynier, zamordowany w Auschwitz, był synem Aleksandra Świętochowskiego (1849-1938), pisarza, publicysty, działacza społecznego, jednego z najwybitniejszych przedstawicieli polskiego pozytywizmu. Ryszard Świętochowski uzasadniał, że stała dążność ideologii socjalistycznej do zaprowadzenia w szczególny sposób pojętej zasady sprawiedliwości jest emanacją działania drugiej zasady termodynamiki w rzeczywistości ludzkiej. Jego zdaniem walka z wszelką nierównością społeczną i indywidualną jest tym, czym w przyrodzie działanie sił prowadzących do wyrównywania poziomów energetycznych. Usiłując wyeliminować nierówności, różnice i napięcia społeczne i międzyludzkie, socjalizm hamuje rozwój i prowadzi do zastoju.

R. Świętochowski przewidywał, że realizacja ideologii socjalistycznej postępowałaby kolejno przez wprowadzenie egalitaryzmu społecznego, następnie zlikwidowanie różnic intelektualnych między jednostkami, potem ujednolicenie jednostkowych typów ludzkich, wreszcie przyznanie równych praw ludziom i zwierzętom. Z perspektywy naszego czasu warto zwrócić uwagę, że swoistą mutacją socjalizmu są współczesne ideologie postulujące zrównanie kultur, skłonności seksualnych czy umożliwienie swobodnego wyboru płci.   Realizacja tych postulatów dlatego jest tak bardzo niebezpieczna, że likwidowanie wszystkiego, co różnicuje, jako czynników szkodliwych, niszczy poczucie tożsamości narodowej, kulturowej, cywilizacyjnej, płciowej itd., ostatecznie zaś prowadzi do zastąpienia społeczeństwa zbiorem zatomizowanych jednostek o płynnej tożsamości.

Na szczęście jak w przyrodzie działają moce przeciwstawiające się wyrównywaniu potencjałów, tak w kulturze ujawniają się siły sprzeciwiające się egalitaryzmowi. Dzięki temu zarówno we Wszechświecie, jak i w świecie kultury zrównanie jeszcze dalece nie osiągnęło poziomu maksymalnego. Zauważmy jednak, że skłonność do zrównywania poziomów zdaje się być trwałym czynnikiem ludzkiej natury, choć z drugiej strony równie naturalnym czynnikiem zdaje się być chęć wybicia się ponad innych. Można więc powiedzieć, że w sferze ludzkiej kultury zrównanie osiągnęłoby poziom maksymalny, gdyby siła tych, którzy chcą innych zniżyć do swego poziomu, trwale przewyższyła siłę tych, którzy chcą wybijać się ponad zastany poziom. Doświadczenie uczy, że tych pierwszych jest więcej, aczkolwiek trudno wskazać, jaka ich liczebność powinna zostać uznana za przesądzającą o niemożliwości osłabienia procesu likwidowania różnic.

Rozważmy teraz, na gruncie powyższych ustaleń, jak przedstawia się zasadność tez wygłoszonych przez Rafała Wójcika. Pierwsza teza głosi, że rząd wszystko „spartoli”. Jak stwierdziłem na wstępie, z tezą tą się zgadzam „zasadniczo”, więc muszę wyjaśnić, co przez to rozumiem. Czasownikowi „spartolić” przypisuję mianowicie sens: „zrobić coś źle w stopniu przekraczającym poziom zwykłego błędu”. Ponieważ errare humanum est, stąd nawet najlepszemu specjaliście w danej dziedzinie zdarza się popełnić błąd; mówimy wtedy, że pomylił się, coś przeoczył, czegoś nie dopilnował itp. Jeżeli jednak ktoś zrobił coś źle, ponieważ nie dał sobie rady, nie miał wystarczającej wiedzy lub umiejętności, nie był kompetentny w danej dziedzinie itp., wówczas mówimy, że spartolił, schrzanił, spieprzył, ewentualnie innych jeszcze używany czasowników, których nie wypada przytaczać na przyzwoitym portalu. Otóż każdy rząd ma granicę swych kompetencji, po przekroczeniu której za cokolwiek się weźmie, to spartoli. Obecnie w Europie każdy rząd przekroczył granicę swych kompetencji, choć nie każdy w takim samym stopniu, na przykład rząd francuski przekroczył ją o wiele dalej niż rząd brytyjski, a rząd polski jeszcze dalej, przy czym ciągle ją przekracza i nie zamierza się zatrzymać.

Postawmy więc pytanie, dlaczego rządy tak ochoczo przekraczają granice swych kompetencji. Odpowiedź, że dlatego, iż każdy rząd z natury swej dąży do poszerzenia zakresu swojej władzy, jest tylko w części prawdziwa. Chodzi o to, że rząd czyni coś wtedy, gdy ma na to przyzwolenie społeczne, a tym bardziej gdy pojawia się wyraźna presja społeczna, aby tak czynił. Rząd nie zaryzykuje utraty poparcia społecznego, ponieważ w najbliższych wyborach partia, która go wyłoniła, straci większość parlamentarną. A czego domagają się w przeważającej swej większości społeczeństwa? Równości wszystkich we wszystkim! A rząd ma to zapewnić, no bo sami sobie nie zapewnimy. Obserwujemy obecnie w Europie zwiększenie mocy działania drugiej zasady termodynamiki w sferze stosunków międzyludzkich.

Ukażmy to na przykładzie opieki medycznej. Jak długo skuteczność medycyny była niewielka, łatwo było akceptować nierówności w dostępie do leczenia – przecież wprawdzie do jaśnie pana przychodził lekarz, a do chłopa pańszczyźnianego znachorka, ale rezultaty leczenia były w obu wypadkach takie same, gdy chodziło o drobne schorzenie, a żadne, gdy chodziło o poważną chorobę. Kiedy jednak od początku XX wieku medycyna zaczęła stawać się rzeczywiście skuteczna, coraz więcej ludzi zaczęło odczuwać wielkie frustracje, uświadamiając sobie, że tym większa szansa wyleczenia, im bogatszy pacjent. Taki stan rzeczy można zmienić na dwa sposoby: albo stwarzając warunki, w których każdego stać na zapewnienie sobie odpowiedniego poziomu leczenia, albo administracyjnie zapewnić każdemu taki sam (zależny od stanu budżetu państwa) poziom (standard) leczenia. Żaden rząd nie jest w stanie działać wedle pierwszego sposobu, wątpię zresztą, czy w ogóle jest to możliwe. Każdy rząd natomiast z ochotą stosował będzie drugi sposób, mając przy tym poparcie większości społeczeństwa podlegającej działaniu sił opisywanych przez drugą zasadę termodynamiki.  Na przykład w Polsce zasadę równości społecznej w dostępie do świadczeń medycznych realizuje instytucja o wdzięcznej nazwie Narodowy Fundusz Zdrowia. To ona finansuje, organizuje, koordynuje, kontroluje i coś tam jeszcze. No i mamy opiekę zdrowotną, jaką mamy.

Inna jest sytuacja w medycynie weterynaryjnej – nie ma kolejek w przychodniach, wizyta nie jest wyznaczana za parę miesięcy, nie trzeba dawać weterynarzowi łapówki, by przyjął pieska czy kotka wcześniej. No to załóżmy, że obok NFZ istnieje także NFZZ, czyli Narodowy Fundusz Zdrowia Zwierzęcego. Nie sądzę, aby ktokolwiek miał trudności z wyobrażeniem sobie, co zaczęłoby się dziać w lecznicach weterynaryjnych. Mimo to jednak wszelkie próby urynkowienia opieki zdrowotnej, stworzenia mierników finansowych i mechanizmów ubezpieczeniowych urealniających system, napotykają na silny opór. Cała opieka medyczna ma być za darmo, ponieważ tylko wtedy jesteśmy równi w swym prawie do zdrowia! Wyrażona przez Rafała Wójcika nadzieja, że obecna epidemia zmieni to nastawienie, wydaje mi się daremna. Sądzę, że będzie jeszcze gorzej. W obliczu grożącej nam niewydolności szpitali pojawią się głosy żądające, by ich budować więcej; a im więcej będziemy budować, tym gorszej będą (relatywnie) jakości. W obliczu grożącego nam braku lekarzy pojawią się głosy, aby kształcić ich więcej; a im więcej będziemy kształcić lekarzy, tym mniejsza będzie (relatywnie) ich wiedza i gorsze umiejętności. A podobnie we wszystkich innych dziedzinach służących ratowaniu życia i zdrowia.

Jednak to zrównywanie poziomów w przestrzeni społecznej zawsze w każdej dziedzinie dochodzi do punktu, w którym nie ma już czego wyrównać, i wtedy następuje kryzys, upadek. W tym momencie zaczynają uaktywniać się siły przeciwdziałające egalitaryzmowi, odradzają się różnice potencjałów i dana dziedzina zaczyna wracać do życia. A kiedy dzięki zróżnicowaniu potencjałów nastąpi poprawa sytuacji, znów ujawnią się moce drugiej zasady termodynamiki i zaczniemy wprowadzać „równość”. Tak też będzie w dziedzinie opieki zdrowotnej. Kiedyś musi nastąpić całkowite załamanie systemu, a wtedy, jak to ujął p. Wójcik, „społeczeństwo weźmie leczenie w swoje ręce”. Następować będzie stopniowa poprawa, ale po jakimś czasie społeczeństwo znów poczuje, że przecież wszyscy powinniśmy być równi w prawie do zdrowia. I tak w kółko. Albowiem społeczeństwo może zaakceptować naturalne nierówności – ale zawsze dlatego, że musi, nigdy zaś dlatego, że chce.

Nie wiem, czy jest to konstatacja optymistyczna, czy pesymistyczna. I nie jestem pewien, czy w ogóle jest prawdziwa. Ale ostatecznie jest to bez znaczenia – przecież tylko jedno się liczy: grunt, abyśmy zdrowi byli! Dlatego z całego serca życzę Czytelniczkom i Czytelnikom dużo, dużo zdrowia. Jak wiadomo, w Polsce trzeba mieć dużo zdrowia, aby się leczyć.