Nikt dotąd nie słyszał, że człowiek numer jeden nie tylko jego partii, lecz również najważniejszy lider polityczny polskich i europejskich liberałów, wycofał się definitywnie z polityki. Może coś przeoczyłem, ale jeszcze kilka dni temu jednoznacznie popierał on kandydata swojej partii w obecnych wyborach. Może dociekliwi dziennikarze zadają wreszcie pytanie szefowi jednej z największych partii w Parlamencie Unii, czy to prawda, że już nie zajmuje się polityką i poszedł na emeryturę lub definitywnie wrócił do „haratania w gałę”. Jakoś nie ma chętnych, bo jego dementi może udowodnić, że ów kandydat mówiąc być może ściemnia.

Dla wielu wszakże wyborców polityczna emerytura Donalda Tuska byłaby jednak bardzo dobrą nowiną. Czekamy ze zniecierpliwieniem: Panie Donaldzie; czy wasz kandydat mówi prawdę o pana dymisji, czy też coś konfabuluje? Liczymy na Pana oświadczenie.

Oczywiście nie wierzę, że liberalne media, kierując się znaną w tym środowisku dociekliwością, zweryfikują wiarygodność wypowiedzi równie liberalnego kandydata, który uosabia wszystkie nadzieje AntyPiSu. Wiadomo, że nic takiego się nie stanie, bo upierdliwa dociekliwość dziennikarska dotyczy wyłącznie kandydata tzw. pisorów.

Równie bez echa, tym razem w całym świadku medialno-politycznym, pozostawiona została druga, dużo ważniejsza (chyba zresztą szczera) wypowiedź owego kandydata. Otóż stwierdził, że w sprawie tzw. żydowskich roszczeń majątkowych w stosunku Polski i wszystkich Polaków (mówi się o kwocie 60 mld dolarów) powinien jego zdaniem „wypowiedzieć się parlament” (a nie on), i jest to również sprawą „zbyt poważną”, aby ją poruszać w czasie kampanii wyborczej (naprawdę coś takiego padło) oraz że istnieje tzw. mienie bezspadkowe.

Być może w atmosferze przyzwolenia i afirmacji panującej w czasie konferencji prasowej w Lesznie puściły komuś hamulce i kandydat po prostu powiedział co wiedział, ale to owa szczerość okazała się dość kompromitującą, bo po pierwsze, parlamentowi nic do tego, bo nie on nie jest organem, który może stwierdzić, że polskie prawo spadkowe w Polsce jednak obowiązuje.

Po drugie, jest to sprawa tak ważna, że właśnie musi być przedmiotem kampanii wyborczej, a zdanie na ten temat kandydata na najwyższy urząd w państwie ma dla wszystkich (bez wyjątku) obywateli podstawowe znaczenie, bo to o ich pieniądze chodzi, gdyż „roszczenia” te dotyczą naszego majątku. I wreszcie po trzecie, użycie określenia „mienie bezspadkowe” jest w istocie pośrednim uznaniem tych „roszczeń”, bo to oznacza, że zdaniem owego kandydata nie obowiązuje u nas polskie prawo, które decyduje, kto nabył spadek po zmarłym w drodze dziedziczenia.

Sądzę, że kandydat wie, że to właśnie Skarb Państwa jest spadkobiercą ustawowym w przypadku, gdy nie istnieją inni spadkobiercy ustawowi lub testamentowi (to się nazywa kaduk): państwo polskie dziedziczy wszelki majątek, który był przedmiotem własności osób fizycznych niezależnie od ich przynależności etnicznej czy religijnej, które nie pozostawiły innych spadkobierców w świetle prawa polskiego. Nikt nie jest ponad prawem i wynika to wręcz z przepisów Konstytucji, na którą ów kandydat tak często lubi się powoływać.

I to może stanowić nieoczekiwaną pointę tej sprawy; warto przeczytać Konstytucję, n a przede wszystkim szanować jej normy. Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej stoi na jej straży.

Jeśli ten test ukaże się już po wyborach to już będziemy wiedzieć, kto będzie na ten straży stał: ciekawe, czyli wybierzemy zwolennika „mienia bezspadkowego”, czyli ograniczonej suwerenności naszego państwa jako ustawowego spadkobiercy.