Porozumienie Prawa i Sprawiedliwości, Polski Razem i Solidarnej Polski to największy ruch zjednoczeniowy na prawej scenie polskiej polityki ostatnich lat. Wydaje mi się, że czas wybrano idealny: afera taśmowa zaczęła przygasać, Polacy są coraz bardziej zmęczeni rządem Platformy i jest jeszcze odpowiednio dużo czasu do wyborów samorządowych na jesieni 2014 i rok do wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Dzięki temu zjednoczenie prawicy nie wygląda na doraźny ruch o prostym celu: wygranie wyborów i samodzielna władza, a na przejaw troski o dobro państwa.  

Jako przyczynę powstania koalicji tych trzech ugrupowań podaje się wystąpienie kryzysu politycznego na niespotykaną dotąd skalę, ale trzeba pamiętać, że przecież w polityce chodzi przede wszystkim o władzę. Oczywiście, afera taśmowa przyniosła kolejny już kryzys polityczny w Polsce, ale też została błyskawicznie "ugaszona" - przy pomocy prokuratury i mediów, co moim zdaniem jest skandalem. To już kolejny wstrząs dla nas za rządów PO, po aferze hazardowej, katastrofie smoleńskiej i wielu innych drobniejszych sprawach, gdzie nikt z otoczenia premiera nie ponosi konsekwencji. Ale cóż - to media i opinia publiczna dały Tuskowi tak silną pozycję, której nadużywa. Porozumienie prawicy jest też efektem drastycznego spadku popracia dla Platformy i zmniejszeniu zaufania do rządu, co Kaczyński chciał skwapliwie wykorzystać. 

Co do samego Kaczyńskego: zastanówmy się, jakie on miał powody, by proponować porozumienie dwóm małym partiom? Powodów jest wiele, zacznę od najbardziej prozaicznego: prezes ma już 65 lat, gdyby przegrał te wybory, do następnych przystępowałby jako 70-letni emeryt. Leszek Miller jest starszy, a trzyma się dobrze, ale PiS musi walczyć o głosy młodszego elektoratu, a wizja staruszka z kotem raczej ich nie przekona. Drugą przyczyną jest to, że PiS trwa w opozycji już od 7 lat. Kaczyński musi podbudować swoją pozycję jako lidera PiS, by nie dopuścić do kolejnych rozłamów w swojej partii. Kolejną motywacją do szukania jedności na prawicy były wybory do Parlamentu Europejskiego: PiS miał niemal ten sam wynik co PO, co musiało rozbudzić nadzieję na przełamanie dominacji obozu rządowego. 

A co z Gowinem i Ziobrą? Jakie oni mieli motywy, by z jednej strony szukać porozumienia z niedawnym politycznym wrogiem, a z drugiej - postawić się w roli syna marnotrawnego? Zbigniew Ziobro, o czym możemy już nie pamiętać, "wypłynął" na aferze Rywina, dzięki swojej bezkompromisowej postawie. Jest człowiekiem ambitnym, więc zakładając swoje ugrupowanie i osłabiając PiS liczył na sukces. Sukcesu nie było, a zjednoczenie prawicy było przypuszczalnie ostatnią deską ratunku dla Solidarnej Polski po klęsce wyborów europejskich. Dla Gowina z kolei wybory do PE były testem poparcia dla swojego nowego ugrupowania. Test, jak wiemy, wyszedł fatalnie, bo Polska Razem nawet nie była blisko progu. Gowin jest zupełnie innym typem człowieka niż Ziobro i Kaczyński, nie ma w sobie charyzmy przywódcy, ale za to ma bardzo dobre merytoryczne i intelektualne przygotowanie do swojej funkcji. On też potrzebował umocnienia swojej pozycji, po "małej schizmie" w swojej partii - Marek Migalski odszedł z polityki, a John Godson udzielił wotum zaufania rządowi Tuska, chyba jako jedyna osoba z ugrupowań prawicowych. Mała dygresja: słyszałem gdzieś plotki, że decyzja Godsona wynikała z tajych porozumień z PO: poseł będzie wspierał rząd w trudnych chwilach, a za to zostanie wystawiony do wyborów na prezydenta Łodzi z poparciem Platformy. 

Co będzie dalej ze zjednoczoną prawicą? Kaczyński już zaczął kampanię samorządową, co może pozwolić mu na wygranie tych wyborów. Jeżeli PiS weźmie większość miast i sejmików wojewódzkich, to szansa w wyborach parlamentarnych i prezydenckich wzrośnie. Polacy faktycznie są zmęczeni rządami Donalda Tuska i dzięki temu prawica może przejąć władzę. Pozostaje pytanie, czy liberalny program Gowina da się połączyć z socjalnymi ciągotami Kaczyńskiego, i czy ego Ziobry i prezesa PiS zmieści się w jednej koalicji.