Redakcja: Co wydarzyło się w 1989 r. na placu Tian’anmen?

Prof. Bogdan Góralczyk: W kwietniu 1989 r. zmarł poprzedni sekretarz generalny KC Komunistycznej Partii Chin, Hu Yaobang, który 3 lata wcześniej opowiedział się za demonstrującymi studentami, domagającymi się liberalizacji systemu. Stracił on za to stanowisko sekretarza generalnego partii. Stał się więc w oczach inteligencji i studentów w Chinach swoistym bohaterem. Kiedy przyszła wiadomość, że Hu Yaobang nagle zmarł, studenci wyszli na plac Tian’anmen, czyli centralne miejsce stolicy Chin, gdzie pozostali na ponad 6 tygodni.

Doszło wówczas do największego przesilenia i największego problemu w historii całej Komunistycznej Partii Chin w latach jej rządów. Ten bunt społeczny miał specyficzny charakter, ponieważ ograniczał się tak naprawdę do Pekinu i częściowo do wielkich miast. Chińska wieś była tak zadowolona dokonanymi w minionej dekadzie reformami, że absolutnie nie ruszyła się z miejsca. Demonstracje trwały natomiast długo, ponieważ wewnątrz kierownictwa przywództwa chińskiego doszło do rozłamu. Nowy sekretarz generalny KC KPCh, Zhao Ziyang, opowiedział się za żądaniami studentów, czyli za liberalizacją, również częściową polityczną. Po drugiej stronie stanęli natomiast 80-latkowie, w tym Deng Xiaoping, którzy uznali, że doszło do buntu społecznego, a nawet kontrrewolucyjnej rebelii, jak ją nazwano, ponieważ w połowie maja, a więc już po prawie miesiącu demonstracji z wizytą w Chinach pojawił się po ponad 30 latach przywódca Związku Radzieckiego, Michaił Gorbaczow. To wydarzenie ściągnęło z całego światka setki dziennikarzy, w tym mnie jako przedstawiciela tygodnika „Polityka” z Polski. Wówczas nie można było więc nic zrobić, ale jak tylko Gorbaczow wyjechał, władze Pekinu wprowadziły stan wyjątkowy, a później po 2 tygodniach obowiązywania tego stanu doszło do krwawej masakry.

Niejaki Liu Xiaobo, urodzony w 1955 r., znany już w kręgach inteligencji chińskiej socjolog, przebywający na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, widząc co się dzieje, przerwał stypendium i pod koniec kwietnia przyjechał do Pekinu. Już w początkach maja doprowadził do pierwszej głodówki, którą przerwano ze względu na wizytę Gorbaczowa, a następnie ponowił ją w początkach czerwca, kiedy szło wyraźnie do przesilenia i kiedy nastroje na placu opadały. Na czele kierownictwa placu stali sami studenci, a szefową była 21-letnia wówczas Chai Ling. Liu Xiaobo, który jako człowiek ponad trzydziestokilkuletni miał większe doświadczenie, był natomiast kimś w rodzaju doradcy.

Liu Xiaobo prowadził tę głodówkę wraz z jednym z bardzo znanych w Chinach i na Tajwanie bardów tajwańskich, Hou Dejianem i jeszcze dwoma innymi intelektualistami. Zastała ich ona na placu Tian’anmen, kiedy w nocy z 3 na 4 czerwca 1989 r. wkraczały wojska. Z precyzyjnych relacji, w tym samego Liu Xiaobo, wiemy, że to on doprowadził do negocjacji z dowódcą wojsk, które otoczyły plac. O świcie 4 czerwca 1989 r. dzięki jego negocjacjom studenci w zwartym szyku opuścili plac. Wtedy też doszło do jakichś prowokacji, na progu placu polała się krew, a już wcześniej, poprzedniego wieczoru, doszło do rozlewu krwi na zachód od placu. W efekcie przez 3 dni trwała w Pekinie strzelanina.

Wiemy mniej więcej, że nie zginęło tam aż kilka tysięcy studentów, jak mówiły pierwsze relacje i twarde fakty są znane. Po tej masakrze ukształtowało się ugrupowanie Matek Tian’anmen, z którymi zresztą Liu Xiaobo współpracował, czyli matek ofiar z placu Tian’anmen, czy to śmiertelnych czy też tylko rannych. Matki Tian’anmen prowadzą katalog, w którym znajduje się ponad 200 nazwisk. Jeśli mamy trzech wiarygodnych świadków mówiących, że dana osoba zginęła, to tylko w tym przypadku twierdzimy, że rzeczywiście zginęła. Poza tymi 200 osobami zginęli wtedy także żołnierze i policjanci, a kilkaset lub kilka tysięcy osób zostało rannych. Najgorszy los spotkał ponadto tych, którzy nie zginęli, ale byli ranni i trafili do więzienia. W więzieniu na ponad rok znalazł się również sam Liu Xiaobo, mimo że jak mówię, doprowadził do negocjacji i w zasadzie braku rozlewu krwi, przynajmniej na samym placu.

Przyszły noblista pozostał w Chinach, nie wyjeżdżał w kraju i stał się symbolem oraz dysydentem, a po kilku latach trafił na 3 lata do obozu pracy. Kiedy w 2008 r. ponownie wszczął aktywność, przygotował dokument zwany Kartą 08 albo 2008, wzorowaną zresztą na słynnej kiedyś Karcie 77 przygotowanej przez dysydentów z ówczesnej Czechosłowacji z Václavem Havlem na czele. Liu Xiaobo został uwięziony, przez rok trwało dochodzenie i w 2009 r. skazano go na wyrok 11 lat, wyłącznie za poglądy. W 2010 r., kiedy już siedział w więzieniu otrzymał pokojową Nagrodę Nobla jako pierwszy obywatel Chińskiej Republiki Ludowej. Nie dokończył jednak całej odsiadki, albowiem w maju 2017 r., pojawił się pierwszy komunikat, że jest śmiertelnie chory. W czerwcu go wypuszczono, a 13 lipca 2017 r. zmarł.

Dlaczego został uwięziony, bo to jest kluczowe i newralgiczne. Otóż on opowiadał się za czterema wartościami: demokratyzacją, rządami prawa, a nie partii, gospodarką prywatną i swobodami osobistymi. To były jego podstawowe założenia, które absolutnie nie przystawały do chińskich realiów, a tym bardziej do formuł podyktowanych przez Deng Xiaopinga.

Oglądaj całość