3. Odchorowywanie wirusowych chorób infekcyjnych

Nawet pobieżna analiza stanu zdrowia współczesnych dzieci, młodzieży oraz młodego pokolenia dorosłych skłania do zadumy nad przyszłością gatunku ludzkiego. Przyglądamy się temu zjawisku i nie wyciągamy nijakich wniosków. Nikt nie zadaje sobie pytania, jaka jest przyczyna takiego stanu rzeczy, mimo że na naszych oczach gatunek ludzki ulega degeneracji. Każde pokolenie jest słabsze od poprzedniego, bardziej podatne na wszelkie patologie. Znamienne, że im bardziej „zaopiekowani” medycznie są rodzice, tym kondycja ich dzieci pozostawia więcej do życzenia. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest postęp w medycynie, która obecnie dysponuje niezwykle skutecznymi metodami leczenia wirusowych chorób infekcyjnych, czyli de facto blokowania objawów chorobowych – swoistych zaworów bezpieczeństwa, które natura przewidziała do eliminowania komórek w jakikolwiek sposób upośledzonych, a więc słabych, dając tym samym szansę rozwoju komórek najmocniejszych. Owe zawory bezpieczeństwa, czyli wirusowe choroby infekcyjne, swoją rolę spełniają tylko wówczas, gdy zostaną prawidłowo odchorowane, a więc bez leków, zarówno chemicznych, jak i naturalnych, a jedynie leżąc w łóżku, pocąc się i pijąc.

Istnienie słabych komórek jest groźne zwłaszcza u dzieci, a to dlatego, że ciąża u człowieka trwa 9 miesięcy i w tym terminie musi zostać zbudowany noworodek, bez względu na to, czy organizm matki dysponuje kompletem substancji niezbędnych do budowy komórek dziecka, czy nie. Jeśli nie, to proces nie zostaje wstrzymany, lecz z tego, co jest, tworzone są komórki-prowizorki, czyli z założenia komórki słabe, które w stosownym czasie trzeba będzie wymienić.

Natura przewidziała powstawanie w okresie prenatalnym słabych komórek-prowizorek, toteż wymyśliła specyficzne zawory bezpieczeństwa, nie bez kozery zwane chorobami wieku dziecięcego. Ocenia się, że zanim dziecko osiągnie całkowitą odporność, co następuje około trzynastego roku życia, powinno zachorować pięćdziesiąt razy, z czego połowa przypada na pierwsze trzy lata życia, z tym że w pierwszym roku życia dziecko raczej nie powinno chorować, gdyż chronią je przeciwciała dostarczane z mlekiem matki. Z tego właśnie powodu dzieci najczęściej chorują w drugim i trzecim roku życia. Tak po prostu było, jest i będzie, i tyle! Jeśli zatem ktoś decyduje się na dziecko, to powinien liczyć się z tym, że niejedna noc będzie nieprzespana. Wprawdzie wygodnie jest pójść z dzieckiem do lekarza, podać mu przepisane leki i spać spokojnie, tylko że dziecku ta wygodnicka niefrasobliwość rodzica nie wyjdzie na zdrowie.

Wirusy są drapieżnikami komórek i jako takie mają do spełnienia niezwykle ważną rolę, polegającą na wytrzebieniu z organizmu komórek najsłabszych, gdyż właśnie one padają ofiarą wirusów. W naturze jest to zjawisko powszechne, że drapieżniki, kierując się tylko sobie znanymi kryteriami, wybierają na ofiary osobniki najmniej sprawne, zapobiegając tym samym degeneracji stada poprzez przekazanie potomkom negatywnych cech genetycznych. Tak też postępują wirusy.

Tutaj należy zaznaczyć, wręcz podkreślić, że nabycie odporności nie jest celem samym w sobie. Nabycie odporności na danego wirusa następuje wówczas, gdy ów wirus wykona swoją robotę, czyli ponowne wykorzystanie go jest pozbawione sensu. Wirusy zachowują się tak samo, jak wszelkie inne drapieżniki specjalizujące się w polowaniu na określony gatunek ofiar, tyle że ofiarami wirusów padają komórki określonej tkanki. Tak więc jedne wirusy preferują tkankę płuc, inne tkankę oskrzeli, jeszcze inne tkankę gardła, krtani, ślinianek, opon mózgowych, spojówek itd. Jeśli zaistniała potrzeba oczyszczenia tych tkanek ze słabych komórek, to organizm wpuszcza tam wirusy, a gdy te zrobią już swoje, usuwa je i pilnuje, by na okrągło nie chorować na te same choroby, ponieważ to by nie miało najmniejszego sensu. I to jest istota nabywania odporności.

Słabe komórki to istna zakała tkanek, ponieważ wpływają na ich kondycję, a pośrednio także na kondycję organizmu jako całości. Powstają one nie tylko w okresie prenatalnym człowieka jako komórki-prowizorki, ale także w życiu dorosłym z powodu rozmaitych zakłóceń i uszkodzeń, na przykład wskutek aktywności wolnych rodników tlenowych albo promieniowania przenikliwego, które coraz częściej i z coraz większą intensywnością przenika nasze ciała na wskroś. Na tę okoliczność natura przygotowała dobrze wypróbowaną metodę eliminowania z organizmu słabych komórek, używając do tego celu wirusy. Różnica jest taka, że organizmy dorosłych nie są oczyszczane tkanka po tkance, jak to ma miejsce w wypadku dzieci. Organizmy dorosłych wykorzystują do tego celu uniwersalne wirusy grypy, które penetrują wszystkie tkanki równocześnie. Poznać to po tym, że chorujący na grypę odczuwa łamanie i ból w każdym miejscu ciała: w nogach, w rękach, w klatce piersiowej, w plecach, w karku, w głowie – wszędzie.

Kto prawidłowo odchorował grypę, czyli bez leków, a jedynie leżąc w łóżku, pocąc się i pijąc wodę, ten doświadczył wyraźnej poprawy ogólnej kondycji organizmu, zarówno fizycznej, jak i psychicznej, ale nie od razu. Przez kilka dni po wyzdrowieniu, czyli samoistnym ustąpieniu objawów chorobowych, gdy wydaje się, że wszystko już jest dobrze, niespodziewanie pojawiają się złe samopoczucie, poty, osłabienie. Być może organizm robi jakieś czystki, jakieś głębokie, a więc skryte przed naszym wzrokiem porządki, z czego na ogół nie zdajemy sobie sprawy. Chociaż od czasu do czasu ktoś zauważa, że po odchorowaniu grypy coś mu znikło – jakiś podskórny guzek, narośl albo liszaj. Są też udokumentowane przypadki samoistnego zaniku guzów wewnętrznych, torbieli i cyst.

Na wirusa grypy, podobnie jak na wirusy wywołujące choroby wieku dziecięcego, organizm ludzki uodpornia się. Na nasze szczęście, właśnie tak: na nasze szczęście wirus grypy często mutuje, toteż mamy okazję co pół roku zachorować na grypę. Tak więc jedni chorują na grypę dwa razy do roku, inni raz na rok albo na dwa lata, a jeszcze inni latami nie chorują na grypę. Ci ostatni chwalą to sobie, że żadna grypa ich nie bierze. Czy mają rację?

O tym, czy zarażenie wirusem wywoła infekcyjną chorobę wirusową, czy jej nie wywoła, decyduje nie wirus, lecz organizm. Żeby organizm mógł pozwolić sobie na odchorowanie infekcyjnej choroby wirusowej, oprócz zainfekowania wirusem, muszą być spełnione jeszcze dwa fundamentalne warunki. Nade wszystko jest to odpowiednia ilość zapasów tkankowych, niezbędnych do zastąpienia komórek zniszczonych przez wirusy nowymi komórkami. No a poza tym arcyważna jest ogólna kondycja organizmu, który będzie musiał potrafić okiełznać szerzącą się infekcję i w odpowiednim momencie, zwanym kryzysem chorobowym, zniszczyć wirusy, gdyż spełniły już swoją rolę. Jeśli kondycja organizmu jest licha, to nie decyduje się on na przeprowadzenie selekcji słabych komórek, wykorzystując do tego wirusy. Wniosek stąd, że trzeba być zdrowym, by móc zachorować.

Jeśli zatem ktoś nie choruje na grypę latami, to albo jest zdrowy, czyli w jego organizmie dominują komórki mocne, w pełni sprawne, albo jego organizm jest zdominowany przez komórki nie w pełni sprawne, czyli w jakiś sposób upośledzone – słabe. A trzeba wiedzieć, że słabe i upośledzone komórki są szczególnie podatne na wszelkie zmiany zwyrodnieniowe, w tym także mutacje nowotworowe. Stąd wywodzi się nader oczywisty wniosek, że nowotwór jest ostateczną katastrofą organizmu, któremu skutecznie zablokowano wszelkie zawory bezpieczeństwa.

Elementem, bez którego nie jest możliwe funkcjonowanie zaworów bezpieczeństwa organizmu, jest gorączka. – Daj mi gorączkę, a wyleczę twojego pacjenta – tymi słowy przeszło 2300 lat temu Hipokrates uświadamiał dobrodziejstwo gorączki ówczesnym lekarzom, którzy w gorączce widzieli samo zło. Od tej pory w zasadzie nic się nie zmieniło, a jeśli już, to niewiele, bowiem dzisiejsi lekarze, nawet jeśli znają pozytywną rolę gorączki, to i tak lekką ręką przepisują leki przeciwgorączkowe bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Ot, po prostu – jest gorączka, trzeba ją zbić, ponieważ temperatura ścina białka. To jest (celowe, jak się wydaje) pomylenie pojęć, gdyż wysoka temperatura rzeczywiście ścina białka, ale ma to miejsce w wypadku hipertermii, którą należy różnicować z gorączką.

Hipertermia to stan podwyższonej temperatury ciała, który może być spowodowany czynnikami zewnętrznymi, takimi jak słońce, gorąca kąpiel, albo wewnętrznymi, takimi jak nadprodukcja ciepła (np. podczas nadmiernego wysiłku fizycznego) i/lub zaburzone oddawanie ciepła spowodowane na przykład zbyt niską potliwością. Hipertermia wymaga szybkiego ochłodzenia organizmu, w przeciwnym razie grozi uszkodzeniem mózgu na skutek ścięcia się jego białek, a nawet śmiercią.

Przeciwieństwem hipertermii jest hipotermia, czyli obniżenie temperatury ciała wskutek wychłodzenia. Przyczyną hipotermii jest ujemny bilans cieplny, co znaczy, że ilość ciepła wytwarzanego w wyniku przemian metabolicznych jest mniejsza aniżeli ilość ciepła traconego przez organizm. Ujemny bilans cieplny może wystąpić na skutek oddziaływania niskiej temperatury powietrza bądź wody, szybkiego ruchu powietrza, braku izolacji termicznej.

Mechanizm powstawania gorączki wymaga nieco dokładniejszego wyjaśnienia, a to z tego względu, że nader często brak tej wiedzy jest niecnie wykorzystywany przez medycynę do blokowania zaworów bezpieczeństwa organizmu, jakimi są prawidłowo odchorowane choroby infekcyjne. Będzie trochę trudniej, ale nie zanadto. Należy zacząć od tego, że temperatura ciała nie jest jakimś zjawiskiem przypadkowym, lecz jest ona regulowana i ściśle kontrolowana przez usytuowany w podwzgórzu ośrodek termoregulacji. Tamże znajduje się punkt nastawczy termoregulacji, z angielskiego zwany set point, który u zdrowego człowieka jest „fabrycznie” nastawiony na około 37 °C. Organizm, w razie potrzeby, może zmieniać ustawienie punktu nastawczego, zarówno poniżej, jak i powyżej 37 °C.

Ustawienie punktu nastawczego poniżej 37 °C to anapireksja, która uznawana jest jako stan dobroczynny dla organizmu. Z tego wariantu organizm korzysta w celu spowolnienia metabolizmu takich narządów, jak wątroba i jelita, dzięki czemu więcej energii można przeznaczyć dla organów ważniejszych do przeżycia, takich jak mózg i nadnercza. Anapireksja od hipotermii różni się tym, że obniżenie temperatury nie wynika z niemożności jej osiągnięcia, lecz z konieczności oszczędnego gospodarowania energią.

Gorączka, czyli podwyższona temperatura ciała, jest konsekwencją ustawienia punktu nastawczego powyżej 37 °C. Żeby osiągnąć temperaturę ustawioną w punkcie nastawczym, organizm zwiększa produkcję ciepła w procesie zwanym termogenezą. Może to nastąpić na dwa sposoby – jako termogeneza bezdrżeniowa, czyli spalanie tłuszczu w brunatnej tkance tłuszczowej, oraz jako termogeneza drżeniowa, czyli ciepło wytwarzane jest poprzez szybkie kurcze włókiem mięśniowych. Zwiększona produkcja ciepła trwa do osiągnięcia temperatury ustawionej w punkcie nastawczym, po czym gorączka samoistnie spada. Gorączka od hipertermii różni się tym, że w przebiegu gorączki cały proces jest od początku do końca kontrolowany przez organizm, a że nie zwykł on działać przeciwko sobie, przeto nie jest prawdopodobne, żeby gorączka mogła spowodować ścięcie się białek. Jeśli kiedykolwiek do tego doszło, to widać była to hipertermia, nie gorączka.

Gorączka u dziecka wpędza wystrachanych rodziców w panikę, czyli stan, w którym strach bierze górę nad rozsądkiem. Tymczasem gorączka jest fundamentalnym warunkiem wyzdrowienia, czyli samoistnego ustąpienia objawów chorobowych, co jest ewidentnym dowodem sprawności układu odpornościowego. W pierwszej fazie choroby gorączka wzmaga metabolizm, co przyśpiesza neutralizację toksyn. Ponadto wzmożony metabolizm pobudza rozmnażanie się białych krwinek, owej armii układu odpornościowego, która ruszy do boju w krytycznym momencie zwanym przesileniem.