c.d. 2. Prawidłowe odżywianie

Skoro się powiedziało A, czyli zaprezentowało problem, godzi się także powiedzieć B, czyli dać radę, w jaki sposób się tego problemu pozbyć. Jest całe mnóstwo metod oczyszczania pęcherzyka żółciowego ze złogów, a to znaczy, że wybór nie jest łatwy, zwłaszcza że w większości metody są tyle „dziwne”, co nieskuteczne, nam zaś chodzi o jedną metodę, ale taką, żeby nie wymagała wiele zachodu, no i koniecznie ma być skuteczna. Wszystkie te warunki spełnia mikstura oczyszczająca drogi żółciowe i wątrobę:

Mikstura oczyszczająca drogi żółciowe i wątrobę

Sok z jednej cytryny, dwie łyżki (20 ml) oliwy, jedną łyżkę (10 ml)
cholesolu i jedną łyżeczkę do herbaty (5 ml) eliksiru z kurkumy należy wlać do szklanki albo porcelanowego kubka, dolać do pełna gorącej wody (70-80 °C), wymieszać i wypić na czczo, po czym przez co najmniej godzinę niczego nie jeść ani nie pić.

Mikstura rozrzedza żółć i pobudza jej produkcję, dzięki czemu oczyszcza drogi żółciowe i pęcherzyk żółciowy, a także wątrobę, z tego względu można ją stosować zarówno terapeutycznie, czyli leczniczo, jak i profilaktycznie, czyli zapobiegawczo.

Terapeutycznie miksturę należy pić dwa razy w tygodniu tak długo, aż nastąpi całkowite oczyszczenie dróg żółciowych, co powinno potwierdzić badanie USG. Pod uwagę należy wziąć nade wszystko obecność kamieni żółciowych i błotka żółciowego, a także grubość ściany pęcherzyka żółciowego.

Profilaktycznie miksturę wystarczy pić jeden raz w tygodniu przez pół roku. Jeśli zajdzie taka potrzeba, to profilaktykę ową można powtarzać dowolną ilość razy, jednakże zawsze robiąc półroczne przerwy.

Dla każdego powinno być jasne, że usunięcie objawu patologii na nic się zda, jeśli nie usunie się jej przyczyny, z tego mianowicie względu, że przyjmuje ona wówczas o wiele perspektywicznie groźniejszą postać bezobjawową. W tym wypadku, jak zresztą we wszystkich innych, przyczyny są dwie – odżywianie i wchłanianie. Jeśli chodzi o odżywianie, to kardynalnym błędem jest zbyt mała podaż tłuszczu pokarmowego. A jakie są medyczne zalecenia dietetyczne serwowane chorującym na kamicę żółciową? Ubogotłuszczowa dieta lekkostrawna, czyli radykalne ograniczenie tłuszczu. Czy taka dieta ograniczy wydzielanie żółci przez wątrobę? Ależ nie. Jedyne, co ogranicza dieta ubogotłuszczowa, to zapotrzebowanie na żółć. Jeśli jednocześnie zwiększymy częstotliwość posiłków, czyli de facto skrócimy czas między nimi, to żółć produkowana na bieżąco przez wątrobę z powodzeniem wystarczy do zemulgowania niewielkich ilości tłuszczu pokarmowego.

Dieta ubogotłuszczowa charakteryzuje się tym, że ustaje potrzeba użycia żółci pęcherzykowej, a więc ustają skurcze pęcherzyka żółciowego, co u chorych na kamicę żółciową przekłada się na ustanie bolesnych ataków kolki żółciowej. Chory jest zazwyczaj wniebowzięty, że taką wspaniałą dietę mu pan doktór zalecił, ale tylko do czasu, gdyż wcześniej czy później zgęstniała żółć musi spowodować ostre zapalenie pęcherzyka żółciowego, a w konsekwencji konieczność operacyjnego usunięcia.

Drugą, poruszoną już wcześniej, przyczyną kamicy żółciowej jest nadmierna ilość utlenionego cholesterol LDL, będącego niepożądanym efektem ubocznym wolnorodnikowej artylerii używanej do unicestwiania drobnoustrojów przenikających w głąb organizmu przez wrota zakażenia, czyli wyrwy w nabłonku jelitowym, popularnie zwane nadżerkami.

Tak więc cholesterol LDL rzeczywiście potrafi narobić nam sporo kłopotów, ale tylko wówczas, gdy zostanie po pierwsze utleniony, a po wtóre wydalony, natomiast w organizmie cholesterol LDL czyni tylko dobro, chroniąc komórki przed destrukcyjną aktywnością wolnych rodników tlenowych. Sęk w tym, że ta oczywista oczywistość, potocznie zwana prawdą, nie jest po myśli kreatorów medycznej propagandy, a to z nader oczywistego powodu – gdzie jak gdzie, ale w medycynie prawda nie jest solidną bazą biznesu polegającego na sprzedaży usług medycznych i leków. Nie może zatem dziwić, że farmaceutyczno-medyczna propaganda zamydla rzeczywistość, podpierając się autorytetem amerykańskich naukowców.

Amerykańscy naukowcy odkryli, że przyczyną miażdżycy jest cholesterol LDL. Zastanawiacie się zapewne, jak oni tego odkrycia dokonali. Wbrew pozorom, nie było to wcale trudne i nie trzeba było niczego fałszować ani naciągać. Rzecz w tym, że w badaniach naukowych bierze się pod uwagę stosunkowo niewielką ilość istotnych parametrów – zwykle trzy, najwyżej pięć. Wystarczy zatem któryś istotny parametr ukryć albo uczynić go nieistotnym, którego nie warto brać pod uwagę, by na podstawie badań naukowych udowodnić praktycznie wszystko. Tak więc wystarczyło ukryć, dlaczego cholesterol LDL tak łatwo się utlenia (jest świetnym przeciwutleniaczem, toteż łatwość utleniania jest zaletą), natomiast wyeksponować fakt, że łatwo się utlenia, po czym ogłosić ten fakt jego główną wadą. Po tym „drobnym” zabiegu wszyst¬kie badania na dowolnej populacji muszą wykazać związek między wzrostem poziomu cholesterolu a miażdżycą. Tym sposobem, nie biorąc pod uwagę czynnika podpalacza, łatwo można udowodnić, że przyczyną pożarów jest straż pożarna, bo gdzie ona się pojawia, tam jest pożar.

Podpieranie się badaniami naukowymi w nachalnym wciskaniu ludziom statyn jest wprawdzie największym tego typu przekrętem farmaceutyczno-medycznym, ale bynajmniej nie jedynym. Co rusz podobne akcje przeprowadza medycyna zwana alternatywną. Im jest o tyle łatwiej, że nie muszą inwestować ogromnych nakładów na badania, nijakich zezwoleń także nikt od nich nie wymaga. Co więcej, serwowane przez nich nieleki, które rzekomo leczą wszystko, jak leci, nie są objęte ochroną patentową, toteż mogą bez jakiegokolwiek nadzoru wprowadzać je na rynek, rozreklamować, przytoczyć stosowne badania naukowe, rzecz jasna naciągane, a gdy okaże się, że obiecanych tysięcy wyleczonych nie ma, wycofać się z rynku, jakby nigdy nic nie było. No, może nie do końca, ponieważ była sprzedaż, a to znaczy, że był zarobek, a o to wszak w tym biznesie chodzi – nie o jakichś tam wyleczonych, a jedynie o zarobek.

Po wycofaniu z rynku jednego specyfiku, producenci mają już w zanadrzu kolejny i wszystko rozpoczyna się od nowa i tak samo, aczkolwiek ostatnio coś się zmieniło, ujawniły się bowiem... ukryte terapie. Gawiedź oszalała.
– Ło matko! Ukryli terapie! Przed kim? Przed nami! – zawyła gawiedź i dawaj odkrywać te cudowne, ukryte przed nimi terapie. Rzeczywistość okazała się... prozaiczna. Po odkryciu okazało się, że to żadne cuda-niewidy nie są. Ot, po prostu soda oczyszczona, woda utleniona, ocet jabłkowy, solniczka z logo, no i rzecz jasna całe tony witamin i minerałów w najprzeróżniejszej postaci: w tabletkach, kapsułkach, w proszku, w płynie jako wlewy dożylne, a także, uwaga! – absolutny hit: kiszona kapusta w kapsułkach...

Na pierwszy strzał poszedł syntetyczny kwas askorbinowy, zwany bezzasadnie witaminą C. Miało być tak wspaniale – chorzy mieli nie chorować, a leczenie raka miało być tak proste, jak leczenie czkawki. W niedługim czasie okazało się, że syntetyczna witamina C jest skuteczna jedynie w leczeniu kaca. Ale co tam – gawiedź nakupiła tony rzekomej witaminy C w proszku, a o to właśnie chodzi w tym biznesie, żeby się kręcił, do czego potrzebna jest sprzedaż, czyli naiwni, którzy sami się proszą, żeby sprzedać im jakiś cudowny lek. Prawda jest taka, że jeśli ktoś poszukuje cudu, to zawsze znajdzie się ktoś, kto mu go sprzeda.

Ostatnio na topie medycyn wszelakich pojawił się absolutny hit, mianowicie witamina D. Ten przekręt jest szyty tak grubymi nićmi, że ze wszech miar uzasadnione jest poświęcić mu trochę uwagi.

Krzywica u dzieci znana była od pradawna, jednak szczególnie rozpowszechniła się w miastach w czasie rewolucji przemysłowej, kiedy to mieszkańcy wsi masowo migrowali do dużych ośrodków przemysłowych, gdzie dostawali pracę i... głodowe płace. Ludzi tych ledwie stać było na wynajęcie mieszkań w suterenach, do których nie docierają promienie słoneczne. Jeśli na to nałoży się odżywianie ograniczone do wodnistych zup, chleba z serem i ziemniaków skąpo okraszonych skwarkami, to nie można się dziwić, że u dzieci wzrastających w tych warunkach często pojawiała się krzywica, która nie stwarzała poważnego problemu, ponieważ od pradawna medycyna ludowa znała na nią remedium, którym jest tran.

Badania nad krzywicą mają długą historię, jednakże na długo, zanim je rozpoczęto, rybacy i chłopi mieszkający blisko wybrzeża stosowali olej z wątroby dorsza zarówno w zapobieganiu tej dziecięcej chorobie, jak i do leczenia jej. W roku 1822 polski lekarz, biolog, chemik i publicysta dr Jędrzej Śniadecki opisał kąpiele słoneczne jako metodę leczenia krzywicy. Prawie wiek później, w roku 1921 amerykański biochemik Elmer McCollum wyizolowuje z oleju z wątroby dorsza substancję leczącą krzywicę, którą nazywa witaminą D. Dwa lata później amerykański lekarz Alfred Fabian Hess, po naświetlaniu lampą kwarcową pochodnej cholesterolu, otrzymuje rozpuszczalną w tłuszczach formę witaminy D, znaną obecnie jako witamina D3. W tym samym roku amerykański biochemik Harry Steenbock odkrywa, że naświetlanie promieniami UV żywności zwiększa w niej zawartość witaminy D i może zapobiegać krzywicy. W roku 1937 badacze firmy chemicznej Merck otrzymali pierwszą na świecie syntetyczną witaminę D3, którą w postaci oleistego roztworu wprowadzono do sprzedaży pod nazwą handlową Vigantol, która do dzisiaj funkcjonuje na rynku aptekarskim.

Od dawna już było wiadomo, że organizm magazynuje nadmiar witamin rozpuszczalnych w tłuszczach, w tym witaminę D. Ilości witaminy D gromadzonej w zapasach tkankowych nie sposób ocenić, z tego względu diagnostykę opiera się na ocenie zawartości w surowicy krwi 25(OH)D. Ten metabolit witaminy D po raz pierwszy został wyizolowany z surowicy krwi w roku 1968. Przez kilka lat przebadano kilka tysięcy ochotników i ustalono, że u około 97% zdrowych, prawidłowo odżywiających się ludzi prawidłowe stężenie we krwi 25(OH)D zawiera się pomiędzy 15 a 20 ng/ml. Takie też wartości uznano jako prawidłowe.

Zawsze są jakieś marketingowo-biznesowe zakusy, dla których nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy jakiejś grupie ludzi nie da się niczego sprzedać, toteż było tylko kwestią czasu, kiedy przysłowiowi amerykańscy naukowcy odkryją, że normy spożycia witaminy D, mierzone na podstawie stężenia we krwi jej metabolitu 25(OH)D, są zbyt niskie. No i z początkiem XXI wieku niczym z rękawa wysypały się odkrycia nie tylko naukowców amerykańskich, ale naukowców z całego świata, z których wynika, że dotychczasowe normy spożycia witaminy D, mierzone na podstawie stężenia we krwi jej metabolitu 25(OH)D, są... zbyt niskie. Skąd my to znamy?

Jeśli przyjrzeć się owym badaniom naukowym, to gołym okiem widać, że wprawdzie nie są one sfałszowane, jak przystoi badaniom naukowym, za to są ewidentnie, wręcz prymitywnie naciągane. Nie ma sensu poddawać metaanalizie ich wszystkich, ponieważ za każdym razem napotykamy tę samą metodologię – eliminację istotnych parametrów, uwzględnienie których wpłynęłoby niekorzystnie na wynik badania. Poddajmy zatem metaanalizie badanie, na które najczęściej powołują się producenci i (chciałoby się rzec) wciskacze suplementów witaminy D, przeprowadzone przez Survey in Europe on Nutrition and the Elderly, a Concerted Action (SENECA). Badanie to, przeprowadzone na grupie kobiet w podeszłym wieku z jedenastu krajów europejskich wykazało, że najniższe stężenia we krwi 25(OH)D występują... w Portugalii, Włoszech i Hiszpanii, natomiast najwyższe... w Norwegii. We wnioskach końcowych badacze objaśniają, że wysokie stężenia we krwi 25(OH)D mieszkańców Norwegii wynika z diety zawierającej duże ilości ryb i tłuszczu rybnego, natomiast niskie stężenie we krwi 25(OH)D w tak słonecznych krajach, jak Portugalia, Włochy i Hiszpania, tłumaczy się tym, że ich mieszkańcy... unikają ekspozycji na światło słoneczne.

Zapytacie zapewne, a któryż to istotny parametr pominięto w tych badaniach? Otóż jest ich sporo, na przykład grupa porównawcza młodych ludzi z Portugalii, Włoch i Hiszpanii. Gdyby ich przebadano, to wyszłoby na jaw, że większość, bo aż 97% populacji ludzkiej osiąga samoistnie stężenie 25(OH)D pomiędzy 15 a 20 ng/ml.

Jako się rzekło, jeśli istnieją badania potwierdzające jakąś tezę, to istnieją także badania tezie tej zaprzeczające, ponieważ zawsze znajdzie się grupa naukowców chcących przyjrzeć się, jak to jest w rzeczywistości. Rzeczywistość okazała się iście niekorzystna dla producentów i sprzedawców suplementów witaminy D.