2. Prawidłowe odżywianie

Hipokrates dał nam bezcenną radę: Niech pożywienie będzie twoim lekarstwem, a lekarstwo pożywieniem. Ponieważ zmorą dzisiejszych czasów jest zanik umiejętności czytania ze zrozumieniem, nie od rzeczy będzie objaśnić to skądinąd jasne przesłanie. Autor, mimo że był lekarzem, do historii przeszedł jako prekursor profilaktyki, której zadaniem nie jest leczenie chorób, lecz zapobieganie chorobom. Znaczy to ni mniej, ni więcej, tylko zapobieganie obiektywnej potrzebie korzystania z usług medycznych, co z kolei idealnie wpisuje się w definicję zdrowia, która, powtórzmy, brzmi: Zdrowie to obiektywny brak potrzeby korzystania z usług medycznych. Jasno z tego wynika, iż w przesłaniu Hipokratesa chodzi o to, że prawidłowe odżywianie zastępuje niejako lekarstwa, czyli de facto samo w sobie jest lekarstwem.

Człowiek odżywiający się po ludzku, czyli prawidłowo, dostarcza do przewodu pokarmowego wielokrotnie więcej substancji odżywczych, aniżeli wynosi zapotrzebowanie organizmu. Jeśli zatem pojawia się problem z niedoborem witamin i/lub minerałów, to przyczyny tego stanu rzeczy należy szukać w nieprawidłowym funkcjonowaniu nabłonka jelitowego, który z przewodu pokarmowego nie pobiera odpowiednich ilości substancji odżywczych, mimo że ich tam nie tylko nie brakuje, ale są wręcz w nadmiarze.

Prawda jest taka, że na prawdzie nie da się zarobić. Dotyczy to nade wszystko zdrowia, bowiem żaden lekarz nie zarabia na ludziach zdrowych, którzy, zgodnie z definicją zdrowia, nie mają obiektywnej potrzeby korzystania z usług medycznych. Skoro ludzie nie korzystają z usług medycznych, to siłą rzeczy nie wykupują specyfików przepisywanych przez sprzedawców lekarstw na receptę, nie bez kozery zwanych lekarzami. Nie można za taki stan rzeczy obwiniać lekarzy, którzy obecnie są de facto funkcjonariuszami realizującymi procedury opracowane w Instytucie Rockefellera, będącym medycznym przyczółkiem farmaceutycznych korporacji.

Zgoła inaczej było w czasach Hipokratesa (460 p.n.e.-370 p.n.e.) w Chinach, gdzie popularny był nurt medycyny taoistycznej, który zakładał, że natura jest doskonała, więc niczego nie należy poprawiać. Wystarczy przestrzegać jej praw, bowiem to właśnie naruszenie odwiecznych praw natury jest przyczyną utraty zdrowia. Lekarz medycyny taoistycznej to nade wszystko nauczyciel uczący ludzi jak nie chorować, interweniujący tylko w nagłych i nieprzewidzianych wypadkach.

Taoiści wymieniają 6 przyczyn utraty zdrowia:

1. Nieprawidłowe odżywianie

2. Niedostateczna ilość snu i odpoczynku

3. Nieprawidłowa ilość i jakość ruchu fizycznego

4. Niewłaściwy stan emocjonalny

5. Działanie medycyny objawowej

6. Zagrożenia wynikające ze zmian środowiskowych

Lekarze medycyny taoistycznej wynagradzani byli tylko wówczas, gdy ich pacjenci byli zdrowi, natomiast gdy któryś z nich zachorował – lekarz nie dość, że nie otrzymywał zapłaty, to jeszcze musiał leczyć go na własny koszt.

Posada lekarza chińskiej rodziny cesarskiej była kusząca ze względu na sowite wynagrodzenie, ale też jego odpowiedzialność była współmierna do tegoż wynagrodzenia. W razie choroby któregoś z członków rodziny cesarskiej opiekujący się nim lekarz nie tylko tracił wynagrodzenie, ale na dodatek był karany chłostą, natomiast w razie choroby samego cesarza mógł stracić nawet życie.

W Chinach medycyna taoistyczna nie zdała egzaminu, bowiem szybko doprowadziła do przeludnienia, które w tamtejszych warunkach zawsze było i nadal jest poważnym problemem, toteż w końcu powrócono do typowych procedur medycznych. W naszych warunkach wzrost liczby ludności jest wręcz pożądany, toteż może nie chińska medycyna taoistyczna, ale hipokratejska profilaktyka prozdrowotna powinna znaleźć zastosowanie. Czego nam brakuje? Lekarzy? Oni są. Co prawda ich wykształcenie jest stricte medyczne, a więc polegające głównie na wypisywaniu skierowań na badania i recept, ale wystawiają także zwolnienia lekarskie, dzięki którym możliwe jest prawidłowe odchorowanie chorób zwanych nie bez kozery obłożnymi. Chodzi tutaj o choroby wirusowe z gorączką, takie jak grypa i choroby grypopodobne, zapalenie oskrzeli, przeziębienie, które się odchorowuje leżąc w łóżku i pocąc się. A co z receptami? Nic – po prostu można brać, ale nie musi się wykupywać.

Prawdę mówiąc, do wystawienia zwolnienia z pracy na czas choroby wcale nie jest potrzebny lekarz. Równie dobrze mógłby zrobić to sam zainteresowany, który najlepiej wie, kiedy jest chory, ale skoro jest, jak jest, to niech już tak będzie.

Poza wystawianiem zwolnień lekarskich, lekarze są potrzebni w kilku sytuacjach życiowych, takich jak: przyjęcie porodu, nagły, nieprzewidziany wypadek, zawał serca, wylew krwi do mózgu, czy inne przypadki wymagające interwencji medycyny ratunkowej.

Niestety, lekarze nigdy nie będą w żaden sposób premiowani za zdrowych pacjentów, w związku z czym nie możemy liczyć na to, że będą pełnili rolę nauczycieli zdrowego trybu życia. Tę rolę musimy przejąć na siebie sami, więc sami musimy być dla siebie i swoich najbliższych nauczycielami profilaktyki prozdrowotnej.

Wyzwolenie się od wpływu zarówno medycyny akademickiej, jak i medycyny rzekomo alternatywnej, zwanej nie wiedzieć czemu naturalną, nie może być na rękę ani jednym, ani drugim, bowiem przedstawiciele obu medycyn żyją z leczenia, czyli sprzedaży usług i leków, tyle że te alternatywne nazywa się suplementami diety.

Lekarze medycyny alternatywnej, żeby odróżnić się od medycyny akademickiej, nazywają siebie naturopatami, mimo że de facto są lekarzami. Wszak leczą za pomocą leków, dla niepoznaki zwanych suplementami diety. Czym są owe suplementy diety? Z definicji wynika, że suplementy to po prostu dodatki. Dodatki do diety? Jeśli tak, to dlaczego do każdego z nich dołączona jest długa lista chorób, które rzekomo leczą?

Skoro ustaliliśmy, że suplementy diety, według ich producentów i sprzedawców, coś tam leczą, zastanówmy się, co i jak. Kluczową rolę w tym procederze odgrywa propaganda, która najpierw potępia w czambuł metody medycyny akademickiej. Oczywiście nie po to, żeby się pacjentom poprawiło, lecz żeby ich odstręczyć od konkurencji. Co oferują w zamian? W zasadzie to samo – leczenie, tylko że innymi specyfikami, rzekomo naturalnymi dodatkami do diety, czyli suplementami popularnie zwanymi suplami.

Trzeba być totalnie zindoktrynowanym pacjentem, by uwierzyć w ewidentną bzdurę, że suplementy diety są naturalne, a tak twierdzą ich producenci i sprzedawcy. To twierdzenie można obalić prostym pytaniem: – A gdzież w naturze występują suplementy diety w tabletkach? Już bliższe prawdy jest twierdzenie, że są one pochodzenia naturalnego. To tylko część prawdy, bowiem rozsądny człowiek powinien zastanowić się, w jaki sposób wyizolowuje się poszczególne składniki z naturalnych produktów. Otóż jest to skomplikowany proces technologiczny z zastosowaniem odczynników chemicznych, które w ostatnim etapie produkcji mają być usunięte. Ale czy są i czy wszystkie? Tego nikt nie sprawdza.

Sprzedawcy suplementów tudzież wszelakich rzeczy dziwnych odkryli, że wszystko naiwnym pacjentom można sprzedać, jeśli tylko podeprze się toto badaniami naukowymi, przy czym nie chodzi o badania przeprowadzone przez byle jakich naukowców, a jedynie przez najbardziej wiarygodnych z wiarygodnych naukowców, czyli naukowców amerykańskich. Z tego właśnie względu reklamy leków pochodzenia naturalnego, dla niepoznaki zwane suplementami diety, nader często poprzedzone bywają wstawką w stylu: amerykańscy naukowcy odkryli, że...

Pamięć ludzka jest krótka, toteż dzisiaj mało kto pamięta, że to właśnie naukowcy amerykańscy swoimi badaniami przekonywali, i to niezwykle skutecznie, do zastępowania masła margaryną. Nie był to jakiś pojedynczy incydent, ponieważ ten stan rzeczy trwał 40 lat! Przez 40 lat amerykańscy naukowcy wskazywali na masło jako sprawcę miażdżycy naczyń krwionośnych i zawałów serca, zaś ratunkiem miało być zastąpienie go margaryną. I co się okazało po tych czterdziestu latach zwalczania masła i promocji margaryny? No cóż, okazało się, a odkryli to – co nie może dziwić – naukowcy amerykańscy, że jest akurat odwrotnie, bowiem to właśnie zawarte w margarynach sztucznie utwardzone tłuszcze trans uszkadzają ściany tętnic przyczyniając się do miażdżycy oraz zawałów serca, natomiast masło działa ochronnie na ściany tętnic, w związku z czym zmniejsza częstość występowania miażdżycy tętnic i ryzyko zawałów serca. Skutkiem tych badań jest zakaz sprzedaży margaryny na terenie Stanów Zjednoczonych, natomiast w Polsce na razie obowiązuje jedynie zakaz reklamy margaryny, zaś całkowite jej wycofanie z rynku ma nastąpić w ciągu pięciu lat.

Czterdziestoletnie promowanie margaryny w oparciu o wyniki badań naukowych to jeden z licznych dowodów, że – jeśli chodzi o kwestię zdrowia – żadnym badaniom naukowym nie należy ufać, żeby nie obudzić się z ręką w nocniku, jak ci, którzy przez 40 lat rujnowali sobie zdrowie unikając zdrowego masła na rzecz ewidentnie chorobotwórczej margaryny. Kto na tym skorzystał? Oczywiście potentaci przemysłu tłuszczów utwardzonych oraz – co równie oczywiste – farmaceutyczno-medyczne korporacje. Trzeba wreszcie zdać sobie sprawę, że tam, gdzie chodzi o wielkie pieniądze, nie ma miejsca na uczciwość. Jeśli jakiś produkt jest nagłaśniany w mass mediach, które przekonują nas, że jest to najnowsze odkrycie naukowców, powinna zapalić się nam czerwona lampka.

Zastanawiacie się zapewne, czy wszyscy amerykańscy naukowcy promowali margaryny zamiast masła? Jednym słowem, czy nie było wśród nich ani jednego sprawiedliwego? Ależ byli! Całkiem sporo, być może nawet większość amerykańskich naukowców ostrzegała przed zgubnym wpływem tłuszczów trans.

W kręgach naukowców nie od dziś wiadomo, że tłuszcze trans mają paskudny zwyczaj uszkadzania ścian tętnic, zapoczątkowując tworzenie się na nich blaszek miażdżycowych, co potwierdza całe mnóstwo naukowych badań. Więc w czym problem, skoro czarno na białym mamy konkretne dowody naukowe? Problem w tym, co dzieje się z wynikami badań naukowych. Otóż wszystkie zostają opublikowane w fachowych czasopismach, ale jedne tam pozostają, inne zaś „ktoś”, przeznaczając na to olbrzymie środki finansowe, nagłaśnia w środkach masowego przekazu. Tak więc zwykły zjadacz chleba, który nie śledzi publikacji naukowych, pozna tylko jedną stronę medalu, czyli otrzyma odpowiednio przygotowaną papkę informacyjną, którą będzie zmuszony połknąć, niczym pelikan cegłę. Kto go do tego zmusi? O to już zadbają fachowcy od marketingu podpierając się amerykańskimi naukowcami, występem w telewizji odpowiednio „urobionego” lekarza, czy wreszcie angażując tak zwany autorytet – znaną celebrytkę bądź celebrytę. Jeśli macie wrażenie, że wszelkie chwyty są stosowane, gdy idzie o duże pieniądze, to ono was nie myli.

Tutaj narzuca się pytanie: Co się takiego wydarzyło, że samowola producentów margaryny, wprawdzie dopiero po czterdziestu latach niszczenia zdrowia społeczeństwa, ale jednak została ukrócona? Otóż sprawiła to decyzja polityczna. Tak, tak – to Kongres Stanów Zjednoczonych podjął decyzję, które z licznych badań naukowych dotyczących wpływu margaryny na zdrowie uznać za wiarygodne, a które odrzucić jako nie tylko niewiarygodne, ale wręcz szkodliwe. Jak do tego doszło? Trudno orzec. Prawdopodobnie nacisk przeciwników bezkarnego niszczenia zdrowia społeczeństwa wziął górę nad argumentami lobbystów wywierających nacisk na polityków, by zablokować uchwałę zakazującą sprzedaż margaryny.