Klasycznemu pacjentowi, bo przy tym wyróżnieniu już pozostaniemy, wygodnie się żyje w błogiej nieświadomości, czyli z pobożnym życzeniem, że o swoje zdrowie nie powinien dbać on sam, lecz jego lekarz. Szkopuł w tym, że ów lekarz nic o tym nie wie, ponieważ swój zawód traktuje jako sposób zarabiania pieniędzy na leczeniu chorych, toteż nie jest zainteresowany, żeby jego pacjent tryskał zdrowiem, lecz żeby go leczyć. Mamy więc do czynienia z konfliktem interesów, którego to faktu klasyczny pacjent nie jest w stanie przyjąć do wiadomości, ponieważ zburzyłoby mu to wygodne życie w błogiej nieświadomości.

Wygodnictwo klasycznego pacjenta przejawia się tym, że bezkrytycznie, wręcz ochoczo, powierza zdrowie nie tylko swoje, ale także zdrowie najbliższych, w tym własnych dzieci, specjalistom od chorób, czyli funkcjonariuszom tak zwanej służby zdrowia. W rzeczywistości ani to służba, ani zdrowia. To po prostu korporacja uzurpująca sobie prawa do zdrowia pacjentów, głównie po to, by za pomocą sztuczki zwanej darmowymi badaniami wynajdywać im prawdziwe bądź urojone choroby, a potem leczyć, zwiększając zyski i tak już nieprzyzwoicie bogatych koncernów farmaceutycznych. Tym sposobem została wprowadzona na globalną skalę popularna maksyma słynnego twórcy psychoanalizy Zygmunta Freuda: Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani.

Trzeba przyznać, że badania zwane darmowymi to zaiste chytra sztuczka farmaceutyczno-medycznej zmowy. Gdyby chcieć owe badania zafundować sobie prywatnie, to trzeba za nie zapłacić niezłą kasę, a tu taka gratka: darmowe badania! – Grzechem by było nie skorzystać – myśli sobie pacjent – a kto je sponsoruje, to już mniejsza o to. – Szkopuł w tym, że w świecie, w którym przyszło nam żyć, nie ma niczego za darmo. Wszystko jest inwestycją, która musi się nie tylko zwrócić, bo to za mało, ponieważ inwestuje się po to, żeby zarobić. Takie są po prostu prawa rynku.

Proceder darmowych badań jest o wiele mniej kosztowną inwestycją niż reklamy, na które wydaje się wielkie pieniądze, co wcale nie zniechęca reklamodawców, bo i tak zyski znacznie przekraczają zainwestowane nakłady. Tak zwane darmowe badania finansowane są na dwa sposoby: skierowania od lekarza, które z naszej kieszeni finansuje NFZ, oraz badania sponsorowane przez firmy farmaceutyczne, które rzekomo w trosce o nasze zdrowie fundują nam nieodpłatne wykrywanie chorób i odpłatne leki na nie. Wszystko zatem sprowadza się do tego, żeby maksymalnie wykorzystać postęp technologiczny w diagnostyce medycznej i dopomóc tym, którym się wydawało, że są zdrowi, a byli tylko... niezdiagnozowani.

A co, jeśli ktoś nie chce być niezdiagnozowany – a więc oczekujący na diagnozę, na jaką chorobę powinien się leczyć – lecz chce mieć zdrowie, czyli najlepsze lekarstwo na wszystkie choroby? Co powinien zrobić? Nade wszystko musi uświadomić sobie, czym jest owo zdrowie, o które tak wszyscy rzekomo dbają, ze służbą zdrowia na czele. Wątpliwości rozwiewa definicja zdrowia, która brzmi: Zdrowie to obiektywny brak potrzeby korzystania z usług medycznych. Jasno z tego wynika, że nie może być zdrowy ten, kto do lekarza idzie... po zdrowie, a tak właśnie postępują klasyczni pacjenci, czyli bezkrytyczni nabywcy usług i leków medycznych.

Przestać być klasycznym pacjentem to znaczy wziąć swoje zdrowie, a także zdrowie własnej rodziny, we własne ręce. Czy jest to trudne? Najtrudniejsze w tej transformacji okazuje się wyrugowanie papki informacyjnej, którą w procesie wielopokoleniowej indoktrynacji wtłaczano nam do głowy.

Gdy klasyczny pacjent zrobi już ten pierwszy krok i wyrzuci z głowy ów owczy pęd nakazujący mu bezrefleksyjnie podążać za resztą stada, to pozostaje już tylko wziąć odpowiedzialność za swoje zdrowie, a także zdrowie najbliższych, we własne ręce. Wbrew pozorom, nie jest to trudne, wystarczy bowiem spełnić jedynie trzy warunki:

1. Zadbać o szczelność jelit

2. Prawidłowo się odżywiać

3. Odchorowywać choroby infekcyjne