Najstarsze tragedie greckie są dziełem Ajschylosa. Niestety nie wszystkie się zachowały. Najstarsza z nich to tragedia Błagalnice – jedyna ocalała część trylogii. Jest w tym utworze wielka i wspaniała scena chóru głoszącego hymn ku czci Zeusa, głównego boga w panteonie greckim. Sławiony jest Zeus jako ten, który całym wszechświatem rządzi, nad wszystkim opatrznościową władzę sprawuje i także człowieka ma w swej opiece. Kiedy Grek mówił o jakimś bogu, w istocie mówił o jakimś aspekcie przyrody – greckie bóstwa uosabiały różne siły i moce natury, które ówczesny człowiek potrafił wyróżnić i wyrazić w pojęciach. Ajschylos wielbiąc Zeusa, sławi potęgę przyrody, od której człowiek tak bardzo i w tak wielu dziedzinach jest zależny, bez której żyć nie może, sam bowiem jest jej częścią. Człowiek ubóstwiał przyrodę, odkąd tylko zaczął być świadomy samego siebie i świata, w którym żyje.

Inną, późniejszą tragedią Ajschylosa jest Prometeusz w okowach – również tylko jedna ocalała część pierwotnej trylogii. I w tej tragedii pojawia się Zeus, tym razem jednak w zupełnie innej roli przedstawiony: jako okrutny tyran gnębiący rodzaj ludzki. To Prometeusz oszukał Zeusa, wykradł mu ogień, zaniósł go ludziom, których nauczył też wszelkich umiejętności, aby nie byli bezradni wobec potęgi nieprzyjaznego im boga.

Dziwnym może wydać się to, że Ajschylos zarazem wielbi wszechmoc Zeusa i jako tyrana wrogiego ludziom go przedstawia. Czyżby jakaś sprzeczność się tu wkradła? Można oczywiście tak sądzić, lepiej jednak założyć, że sprzeczność jest tylko pozorna i głęboki sens da się odczytać pod tym pozorem ukryty. Ta rzekoma niekonsekwencja Ajschylosa wyraża w istocie intuicję, która w tamtych czasach jeszcze nie mogła znaleźć właściwego sobie środka wyrazu. My jednak możemy i powinniśmy uświadomić ją sobie. A zresztą dobrze wiemy o niej, choć wolimy nie myśleć, bo tak jest nam wygodniej. Odsuwamy od siebie świadomość, żeśmy nieuczciwi wobec natury. 

Przecież człowiek od wieków wielbił moc przyrody, a jednocześnie oszukiwał ją; my zaś im bardziej świadomi jesteśmy jej potęgi, tym bardziej ją wykorzystujemy, nadto na skalę dla tamtych ludzi niewyobrażalną. Oszukujemy przyrodę, skłaniając ją do wykonywania tylu działań, których ona sama z siebie nie mogłaby czynić celowo. Zmuszamy ją, aby nam służyła, i przekształcamy ją tak, jak nam jest to użyteczne. Właściwie już niczego nie pożytkujemy w takiej postaci, w jakiej występuje to w naturze. Nie da się zjeść jabłka rosnącego dziko – gębę nam wykrzywi. Jabłka, które spożywamy, są rezultatem długiego procesu oszukiwania jabłonki, aby obcą gałązkę uznała za swoją. Kiedy przeszczepiamy choremu człowiekowi organ pobrany od drugiego człowieka, oszukujemy organizm biorcy, aby nie mógł rozpoznać obcej tkanki. A przecież jeszcze wszystko przed nami: nie jesteśmy zdolni wyobrazić sobie, jak daleko zaprowadzą nas postępy nauk biomedycznych, na co pozwolą nam dokonania inżynierii genetycznej. Być może bliski jest czas, w którym ujmiemy w swoje ręce ewolucję własnego gatunku. Kiedyś zjedliśmy w ogrodzie rajskim jabłko poznania i odtąd stale jesteśmy głodni wiedzy.

A przecież tak naprawdę to dobrze wiemy, intuicyjnie odczuwamy, że nie da się w nieskończoność oszukiwać natury. Ona kiedyś okaże nam swoją moc – i wtedy będzie już za późno. Ale nie możemy wskazać momentu, od którego powinniśmy się zatrzymać; a gdyby nawet było to możliwe, to nie bylibyśmy zdolni stanąć w miejscu. Może więc sama natura nas do tego zmusi?