Wkrótce przyjedzie do Polski prezydent USA Donald Trump. Kierownictwo PiS-u mobilizuje swoich zwolenników by przyjęcie Trumpa było gorące, kompensujące mu chłód z jakim spotyka się w zachodniej Europie. Co usłyszą nasze władze, co my usłyszymy od niego? Prawdopodobnie jakieś słowa wsparcia dla polskiego rządu w jego odmowie przyjęcia uchodźców z Bliskiego Wschodu. Pewnie też wygłosi pochwałę nacjonalistycznych odśrodkowych nurtów w UE, szczególnie mocnych w Polsce i na Węgrzech. Co jeszcze? Czy poruszy sprawę wojny na wschodzie Ukrainy i kwestię Krymu?

Nie wiemy dokładnie czego będzie dotyczyć przesłanie Donalda Trumpa. Ale z całą pewnością można twierdzić, że to co powie Trump będzie wyrażało linię polityczną którą od kilkunastu miesięcy wyznacza główny strateg Białego Domu, Steve Bannon. Finansista, producent filmowy oraz menedżer i redaktor mediów internetowych. W najważniejszych chwilach zawsze w pobliżu Trumpa - czy wtedy gdy dzwoni do Putina czy podczas wystąpień w Senacie czy też w innych sytuacjach ważnych politycznych sytuacjach. To masywny mężczyzna o lekkiej tuszy, okrągłej twarzy z blond włosami zaczesanymi do góry - gdy nieogolony wygląda bardziej na irlandzkiego rybaka niż na członka amerykańskiej elity. Jego wpływ na Prezydenta i politykę USA jest ogromny, to być może druga osoba lub trzecia w hierarchii wpływów politycznych. W rankingu nieformalnych wpływów na politykę USA to osoba ważniejsza od vice prezydenta Mike Pence’a i sekretarza stanu Rexa Tillersona. Jedynie zięć Prezydenta, mąż jego córki Iwanki, Jared Kushner (ortodoksyjny Żyd, jego dziadkowie wychowali się w Polsce), może się z nim mierzyć jeśli chodzi o siłę oddziaływania na politykę prezydenta Trumpa.

Wpływ Bannona dotyczy nie tyle na codziennej polityki USA, ale jej strategii czy filozofii (w znaczeniu wartości i wynikających z nich przekonań, które kierują działaniami politycznymi). Donald Trump aż do niedawna nie zajmował się polityką, nie wypowiadał się na tematy polityczne. W swojej najważniejszej książce omówił sztukę osiągania porozumienia, sprawy polityczne są tam potraktowane marginesowo. Jego decyzję kandydowania na prezydenta przyjęto ze zdumieniem. To, prawdopodobnie, Steve Bannon przekonał go do swojej wizji polityki i namówił do wzięcia udziału w wyborach prezydenckich. I chociaż ostatnio jego pozycja na „Dworze Króla Trumpa” znacznie osłabła w wyniku konfliktu z Kushnerem, to aby zrozumieć prezydenta Trumpa oraz prowadzoną przez niego politykę konieczne jest zapoznanie się z teoriami i koncepcjami Bannona.

Zreferować poglądy Bannona - trudne zadanie, bo rzadko się wypowiada publicznie. I nie wydał żadnej książki. Ani nie opublikował artykułu w poważnych politycznych czasopismach. Lecz w to iż kieruje się wyraźnym systemem wartości i przekonań oraz ustaloną polityczną wizją świata – nikt nie wątpi. Skoro nie przez publikacje ani przez wypowiedzi, to jak można dotrzeć do wizji Bannona? Pozostaje droga pośrednia – analiza wypowiedzi jego współpracowników, badanie charakteru projektów medialnych w którymi on kierował – przede wszystkim chodzi tutaj o filmy dokumentalne, których był on producentem i reżyserem - oraz analiza rzadkich przypadków jego publicznych wypowiedzi.

Zacznijmy od tego, że najważniejszym do czasów wyborów prezydenckich projektem kierowanych przez Bannona był portal internetowy „Breitbart News”. Sam Steve Bannon określił go jako platforma dla „Alt-Right” czyli Nowej lub Innej Prawicy. Ta Nowa Prawica pod wieloma względami przypomina polską partię „PiS” (nic dziwnego, że w Klubie Ronina wybór Trumpa jako prezydenta USA przyjęto owacjami) a sam portal „Breitbart News”– polskie prawicowe portale internetowe, np. „wPolityce” braci Karnowskich. I tu i tam mamy zjadliwe i brutalne ataki na liberalną lewicę z antysemickimi i rasistowskimi podtekstami. Tylko, że o ile w Polsce głównym celem ksenofobicznych ataków jest „niemiec” Donald Tusk, to dla Breitbart News najważniejszym wrogiem jest „muzulmanin” Barak Hussein Obama. I tu i tam krążą różnego rodzaju teorie spiskowe – np. Breitbart News upowszechniała teorię (pomimo wielokrotnych oficjalnych zaprzeczeń), że Barak Obama urodził się za granicami USA i tym samym jego wybór na prezydenta jest nieważny.

Są też i różnice między polityką socjalną PiS-u i Prezydenta Trumpa: Kaczyński i Szydło rozbudowują państwo opiekuńcze, np. poprzez 500 + czy obniżając wiek emerytalny, zaś Trump ogranicza wydatki na ochronę zdrowia, likwiduje reformę ubezpieczeń zdrowotnych tzw. Obama Care i obniża podatki korporacjom.

Spróbujmy scharakteryzować tę Alt-Prawicę poprzez odniesienie jej do starej prawicy reprezentowanej np. przez R. Reagana czy M. Thatcher. Podstawową różnicą jest narodowy protekcjonizm ekonomiczny. O ile Reagan był apostołem wolnej konkurencji i starał się usuwać wszelkie przeszkody i ograniczenia przepływu towarów i siły roboczej, o tyle Nowa Prawica ustanawia granice wolności ekonomicznej i wprowadza ograniczenia w imię ochrony miejsc pracy i obrony przed nieuczciwą (bo opartą na taniej sile roboczej) konkurencją. Najbardziej spektakularnym tego wyrazem była decyzja nowego prezydenta budowy muru na granicy USA z Meksykiem. Trump doprowadził też do odrzucenia negocjowanych przez Prezydenta Baraka Obamę umów o wolnym handlu z UE. Inną różnica to zmiana strategii geopolitycznej oraz wizji roli USA w świecie. Reagan uznawał moralną odpowiedzialność USA jako największego i najpotężniejszego kraju Wolnego Zachodu za pokój i rozwój demokracji na świecie i nie wahał się z użyciem wojsk lub zastosowania sankcji ekonomicznych.

Trump odrzuca te zobowiązania. Uważa, że z powodu tej wspaniałomyślności USA były wykorzystywane przez inne kraje, co sprawiło że Ameryka straciła swoją dominującą pozycję na świecie. Np. twierdzi, że USA przeznaczają spore kwoty na utrzymywanie swoich wojsk zapewniających bezpieczeństwo i pokój, a inne kraje korzystając z tej opieki ograniczają finansowanie armii. Trump zamierza z tym skończyć. I niczym prezydent Duda chce „podnieść Amerykę z kolan”. głosi „uczyńmy Amerykę ponownie wielką”. Radą na to ma być koncentracja na własnych interesach i egoizm gospodarczy w stosunkach z innymi narodami.

Bannon kiedyś określił swoje poglądy jako „nacjonalizm, chociaż nie biały nacjonalizm”. To ważne rozróżnienie, bo w Ameryce „białym nacjonalizmem” nazywa się różnego rodzaju rasistowskie, antysemickie i skrajnie prawicowe partie i polityczne ruchy takie jak np. Ku Klux Klan (który, nota bene, poparł w wyborach prezydenckich Trumpa i pozytywnie wyrażał się o Bannonie dostrzegając pewną zbieżność między ideologią Klanu a jego poglądami). I chociaż dziennikarze pomimo poszukiwań nie znaleźli żadnej antysemickiej czy rasistowskiej wypowiedzi Bannona  - często jest on o to oskarżany przez lewicowe media. Z drugiej strony, nie da się nie zauważyć, że wybór Donalda Trumpa wiele skrajnie prawicowych, antysemickich ugrupowań uznało za swój sukces i wzmogło swoją działalność, m.in. dokonując symbolicznych ataków na żydowskie obiekty w USA.

Steve Bannon jest czytelnikiem. I to czytelnikiem nie jakichś powieścideł czy poradników, ale poważnych socjologiczno-politologicznych prac. I to niewątpliwie sprawia, że czuję do niego dziwną sympatię, chociaż krytycznie odnoszę się do jego teorii.

Steve Bannon swoim współpracownikom i podwładnym zalecał lekturę chińskiego klasyka strategii: Sun Tzu „Sztukę Wojny”. Klasyczne wojskowe porady Sun Tzu (np. „Podczas wojny gdy jesteś silny, udawaj słabego, jeśliś słaby - udawaj silnego”) są ważne, lecz książką, która ukształtowała jego poglądy – jak sam twierdzi - była praca Christophera Lascha „The Revolt of the Elites and the Betrayal of Democracy”.

Jak sam tytuł wskazuje praca jest krytyką elit. W kulturze europejskiej czy amerykańskiej istnieje cały nurt krytykujący różnego rodzaju elity, którego najgłośniejszą pracą była książka Juliena Bendy, „Zdrada klerków”. W Polsce również mieliśmy głośną krytykę uprzywilejowanych, wykształconych warstw społecznych – to „Społeczna genealogia inteligencji” Józefa Chałasińskiego. Według Lascha globalizacja i postęp technologiczny sprawił, że ukształtowała się nowa klasa – klasy operatorów symboli, czyli ludzi którzy pracują nie z materią lecz operują symbolami. Są to bankierzy, politycy, redaktorzy wielkich ponadnarodowych gazet, menedżerowie ponadnarodowych korporacji. Zagrożenie dla demokracji polega w tym, że ta społeczna grupa, zajmująca kierownicze stanowiska w społeczeństwie nie jest w ogóle związana z społeczeństwem, które reprezentuje. Te osoby wiodą życie globalistów, przenosząc się z miejsca na miejsce, a jeśli gdzieś trochę dłużej pomieszkają to zwykle w odizolowanych od zwykłych ludzi osiedlach. Ich dzieci uczą się elitarnych szkołach, często w innych krajach, a przyjaciół mają wśród takich samych jak oni globalistów i mało ich obchodzą sprawy ich kraju. Ta nowa elita to dzisiejsza arystokracja, mająca wiele wad dawnej arystokracji (np. pogarda dla zwykłego człowieka) lecz brakuje jej zalet (np. opiekuńczości w stosunku do prostego ludu). Obcy jest jej patriotyzm i tradycyjne, konserwatywne wartości. Jej ideologią jest kosmopolityzm, libertynizm i sybarytyzm. I najważniejsze to, że nowa elita nie czuje związku z społeczeństwem z którego się wywodzi oraz nie poczuwa się do odpowiedzialności ani za tymczasowego swojego miejsca zamieszkania ani też za stan kraju.

Bannon twierdzi, że zwycięstwo Trumpa było porażką kosmopolitycznych elit i zwycięstwem (chociaż cała kariera i osobowość Trumpa zdecydowanie bardziej pasuje do tych libertyńskich i sybaryckich elit) przeciętnego Amerykanina. A to że większość ekspertów i analityków przewidywała zwycięstwo Clinton jedynie dowodzi jak bardzo demokratyczni analitycy nie rozumieją tego czym żyje prawdziwa Ameryka.

Obecny system polityczny i ekonomiczny przeżywa kryzys. Objawem tego – zdaniem Bannona –był kryzys finansowy z lat 2008-2012 (w Polsce najczęściej kojarzonego z tzw. Zieloną wyspą Donalda Tuska). Jak wiadomo kryzys rozpoczął się gdy bank Lehman Brothers poprzez swoją rozrzutność i brak właściwej kontroli oraz ostrożności w kwestii kredytów znalazł się w poważnych kłopotach. W rezultacie paniki która wybuchła na Wall Street wiele osób straciło ostrożności całego życia – wśród nich był także ojciec Steve’a Bannona utracił ponad 100 tys. $. Ale co najbardziej oburza zwykłego Amerykanina, to że główni winowajcy kryzysu wcale nie zostali ukarani za swoje karygodne zachowanie. Ponieważ upadek systemu finansowego oznaczałby faktycznie krach całej gospodarki, władze USA zdecydowały się pokryć długi banków z pieniędzy podatników. A bankierzy jakby nic się nie stało, przyznali sobie sute premie za wykonaną pracę. A to szczególnie rozwścieczyło przeciętnych Amerykanów i było impulsem do powstania ruchu Occupy Wall Street.

Jak to się stało, że dzisiejsza społeczna kultura, świat dzisiejszych, amerykańskich wartość tak mało przypomina Amerykę z początków XX wieku? Amerykę farmerów, biznesmenów i robotników, uczciwie pracujących i wychowującym swoje dzieci w kulcie skromności, powściągliwości i odpowiedzialności zastąpiło społeczeństwo, którego elity ani nie cenią tradycji, nie interesują się sprawami lokalnymi, ani też nie czują odpowiedzialności za los swoich współobywateli.

Aby wyjaśnić przemiany systemu politycznego, kulturalnego i społecznego w Ameryce Bannon odwołuje się teorii dwóch socjologów, teoretyków kulturowego rozwoju społeczeństwa - Williama Straussa i Neil Howe. W ich teorii podstawową koncepcją jest pokolenie. Pokolenie to osoby urodzone mniej więcej w jednym czasie – różnica między nimi może się wahać między 20 a 25 lat, których jednoczy przeżyte wspólne, bezpośrednio lub pośrednio, jakieś ważne wydarzenie historyczne. Na przykład: w Polsce dużo się pisze o tzw. Pokoleniu Solidarności, czyli o osobach urodzonych w latach 50-60-tych, nie znających ani tragedii wojny, ani czasów odbudowy, którzy spróbowali zreformować system polityczno-społeczny by był bardziej efektywny i sprawiedliwy. Dla tych osób czasy I Solidarności, okres Stanu Wojennego, strajków i demonstracji itd. były najważniejszym doświadczeniem życiowym.

Pokolenie to nie przedmiot, to podmiotów dziejów, to siła która sprawia, że zachodzą zmiany, że świat dzieci jest inny niż świat ich rodziców czy dziadków. Każde pokolenie wchodząc na arenę dziejów kontynuuje dzieło ojców, ale także stara się świat kształtować na swój obraz, zgodnie z własnymi wartościami i wyobrażeniami. I kolejne pokolenia tak samo postępują i tym sposobem świat dziadów i pradziadów już w niewielkim stopniu przypomina świat ich dzieci. Tak dokonuje się rozwój społeczny. Chociaż zmiany mogą być wolniejsze lub szybsze. Nasz czas to okres szybkich zmian społecznych i kulturowych. Anthony Giddens zauważył, że człowiek ze starożytnej rzymskiej Brytanii bez problemu odnalazłby się w XVII wiecznym Londynie, lecz Londyńczyk z tego okresu zupełnie nie poradziłby sobie we współczesnej londyńskiej megapolis.

Wracając do Bannona, uważa on, iż to pokolenie lat sześćdziesiątych, czas studenckich protestów przeciwko wojnie w Wietnamie, komun, narkotyków i wolnej miłości to źródło dzisiejszych społecznych i kulturowych problemów, których ekonomicznym wyrazem był kryzys lat 2008-2012. To wtedy – jego zdaniem – został uruchomiony mechanizm zmian, nastąpiło zerwanie z tradycją – słynne hasło ówczesnej młodzieży „nikomu kto skończył 30 lat nie można ufać” - odrzucenie protestanckiej kultury pracy i wstrzemięźliwości oraz pojawiły się zalążki dzisiejszej globalnej kultury celebrytów, ostentacyjnej konsumpcji, zanik małych ojczyzn i lekceważenie społecznej odpowiedzialności za swoje czyny.

Warto zauważyć, iż Bannon uwypukla negatywne aspekty kulturowego dziedzictwa studenckich protestów i pomija pozytywne dziedzictwo kontrkultury takie jak zanegowanie rasistowskiej i antysemickiej ideologii, odrzucenie prostego materialnego konsumpcjonizmu, wzrost znaczenie indywidualizmu i odrzucenie opresyjnego kolektywizmu itd.

W polityce zagranicznej Bannon lekceważy Europę i potępia UE. Jako nacjonalista uważa, że takie ponadnarodowe projekty jak Unia Europejska są sprzeczne z naturą i ich jedynym rezultatem jest panowanie brukselskiej biurokracji. I tym prezydent Trump motywował swoje poparcie „Brexit”, czyli wyjścia Wlk. Brytanii z UE. I dlatego też w wyborach we Francji poparł Marine le Penn.

Bannon uważa, że teatr geopolitycznej rywalizacji przeniósł się do Azji, a takie kraje jak Japonia, Korea czy w ostatnich dwóch dziesiątkach lat - Chiny mają środki i ambicje by próbować zakwestionować dominującą rolę USA. Kilka lat temu wyraził przekonanie, że konflikt USA z Chinami jest nieunikniony. Niemniej jednak na razie administracja USA stara się redukować napięcia i minimalizuje ekonomiczne spory.

Od przełomu XX i XXI wieku ważną rolę w światowej polityce problemy islamu, konfliktów w świecie islamskim oraz sprawa terroru islamskich fanatyków. Prezydent G. Bush (junior) po ataku na wieże World Center w 2001 roku stwierdził, że nie można tym przestępstwem obarczać wszystkich muzułmanów, bo „islam to religia pokoju”. Wówczas Bannon w swoim programie na „Breitbart News” skrytykował tę wypowiedź twierdząc, że islam to religia nie pokoju tylko wojny z całym nie-islamskim światem. Twierdził, że islam stanowi zagrożenie dla amerykańskich obywateli, dla amerykańskiego państwa. Ale z drugiej strony bogate kraje islamskie z Środkowego Wschodu są chłonnym rynkiem zbytu amerykańskich towarów luksusowych i broni. I te dwa punkty, będące w konflikcie ze sobą, sprawiają, że polityka USA prezydenta Trumpa wobec islamu i muzułmańskich krajów jest niespójna i wewnętrznie sprzeczna. Bo chociaż Trump potępia wojowniczy i polityczny islam oraz proponuje wprowadzenia tymczasowego zakazu wjazdu do USA obywateli sześciu islamskich krajów, Iraku, Syrii, Iranu, Sudanu, Libii, Somalii i Jemenu, motywując to obawą przed muzułmańskim terrorem - nota bene; żaden lub  prawie żaden obywatel tych krajów nie atakował USA i jej obywateli. Większość terrorystów rekrutowała się z Tunezji, Egiptu, Pakistanu i innych nie objętych zakazem krajów. Sam przywódca Al Kaidy i mózg zamachu Osama bin Laden był Saudyjczykiem, to z Arabią Saudyjską Trump podpisuje wielomiliardowy kontrakt na dostawy amerykańskiej broni. To jeszcze raz potwierdza starą zasadę, że w konflikcie zasad z interesem – zwykle zwycięża interes.

I w końcu problem Rosji w koncepcjach Bannona i polityce Prezydenta Trumpa. To zadziwiające, że Trump tak lekceważąco (np. zignorował jej propozycję uścisku dłoni przed kamerami dziennikarzy) odnoszący się do kanclerza Niemiec A. Merkel i innych przywódców Europy, z taką atencją i tak uległe – niczym idealny służący, który wykonuje polecenia swojego Pana, zanim jeszcze on je wypowie - reaguje na ministra spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej, Siergieja Ławrowa… Czy jest w tym jakiś podtekst? Czy mowa ciała wskazuje na jakieś ukryte motywy prezydenta Trumpa? Wiele lat temu Trump organizował konkurs piękności w Moskwie. Istnieją pogłoski, nie potwierdzone podejrzenia, że rosyjska tajna służba, FSB, wtedy mogła zdobyć jakieś kompromitujące go zdjęcia. To na razie tylko plotki, ale są też dowody na to, że w czasie kampanii wyborczej wielu współpracowników, wtedy jeszcze kandydata na prezydenta, Donalda Trumpa, w tym także i jego zięć, kontaktowało się z różnymi osobami z ambasady rosyjskiej. Niekoniecznie musi być w tym coś podejrzanego: Rosja tak i inne kraje o globalnych interesach, jest żywotnie zainteresowana kto przejmie ster w Białym Domu. Ponadto, zdecydowana większość współpracowników Trumpa to biznesmeni, a wielu z nich prowadzi interesy na terenie Federacji Rosyjskiej lub też krajach z nią związanych ekonomicznymi. Czyli ich rozmowy niekoniecznie dotyczyły problemów polityki przyszłego kandydata.

Wszystkie te fakty można byłoby zignorować gdyby nie fakt bezpośredniej interwencji Federacji Rosyjskiej w przebieg amerykańskiej kampanii wyborczej. Dodajmy: domniemanej. Bo chociaż szefowie różnych amerykańskich agencji wywiadowczych zeznali, że w ich przekonaniu Rosja starała się wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich, to – na razie – nie istnieje „smoking gun”, czyli nie posiadają niepodważalnego i ostatecznego dowodu na rosyjską interwencję. Wszystko to co jest w ich ręku – to poszlaki.

O co tutaj chodzi? Sprawa w tym, że w końcówce kampanii wyborczej hakerzy, najprawdopodobniej działający z terenów Rosji, włamali się na serwery Partii Demokratycznej i poprzez WikiLeaks udostępnili dokumenty świadczące, że kierownictwo Demokratów wszelkimi sposobami starało się pomóc Hillary Clinton w jej walce z senatorem Bernie Sandersem o nominację Partii Demokratycznej. Sprawa ta w pewnym stopniu przyczyniła się do porażki Clinton i zwycięstwa Donalda Trumpa, bo chociaż Sanders lojalnie (ale bez entuzjazmu) poparł Clinton, to jednak niektórzy jego zwolenników albo w proteście zagłosowali na Trumpa, albo – jak np. znana aktorka i zdeklarowana zwolenniczka Sandersa, Susan Sarandon – oddali głos na kandydata niezależnego.      

Sam Trump nazwał całą aferę z domniemanym rosyjskim cyberatakiem „polowaniem na czarownice”. Niemniej jednak to utrudniło mu ułożenie sobie stosunków z Federacją Rosyjską. Zmuszony był do podpisania nowej porcji sankcji wobec niektórych rosyjskich wysokich urzędników i przedsiębiorstw. Sęk w tym, że geopolitycznej strategii Stevena Bannona Rosja nie jest przeciwnikiem. Przeciwnie może być ważnym sojusznikiem albo przynajmniej partnerem w pokonaniu islamistów i ograniczaniu wpływów chińskich. Lecz na razie Trump ma ręce związane. Dlatego na spotkaniu w Warszawie, jeśli w ogóle temat konfliktu z Rosją się pojawi, to należy oczekiwać pojednawczych gestów a nie jakichś wojowniczych wypowiedzi.

P.S.

Dzisiaj, tj. 18 sierpnia 2017 roku ze stanowiskiego głównego doradcy prezydenta USA pożegnał  się Steve Bannon. Od pewnego czasu był w konflikcie z otoczeniem Prezydenta, przede wszystkim z jego zięciem, Jaredem Kushnerem. Jednak powód jego dymisji był głębszy:  jego niezgoda na zmiany w polityce zagranicznej i wewnętrznej Trumpa - odejście od lini polityczno-ideologicznej, która dała mu zwycięstwo w wyborach. Powiedziano o nim, że był twórcą i zwolennikiem "trumpizmu". lecz mało dbał o interesy samego Donalda Trumpa i jego rodziny... Dlatego musiał odejść ...