Redakcja OtokoClub: Czy można uprawiać historię alternatywną?

Piotr Zychowicz: Nie tylko można, ale wręcz trzeba. Wszędzie na świecie analizuje się wszelkie możliwe scenariusze. Jest to absolutną podstawą, ponieważ zazwyczaj nie wiemy czy podjęte przez nas decyzje były słuszne, jeżeli nie zastanowimy się co by się stało, gdybyśmy podjęli jednak inne. Gdybanie, czyli właśnie ta nazywana pogardliwie „alternatywna historia” jest bardzo pożytecznym narzędziem do analizowania przeszłości. Dotyczy to zresztą nie tylko badań historycznych, ale też życia codziennego, w którym przy każdej decyzji, jaką mamy podjąć, uprawiamy „gdybologię”. Zastanawiamy się, jakie będą skutki danego działania jeśli zrobimy tak albo inaczej i często już po podjęciu decyzji mówimy sobie „kurczę, to nie był najlepszy pomysł, mogłem jednak postąpić w inny sposób”. Dlatego też, jak najbardziej warto uprawiać historię alternatywną, ponieważ historia ma być nauczycielką życia.

Jak mogłaby wyglądać alternatywna historia Polski po 1918 roku?

To nie jest sprawa łatwa. „Pakt Piłsudski-Lenin” to książka, którą wydałem niedawno, opowiadająca o najwcześniejszych wydarzeniach, czyli o wojnie polsko-bolszewickiej. Tę wojnę można było rozegrać lepiej. Wydaje się, że conajmniej dwukrotnie podczas zmagań między Polakami a „czerwonymi” istniała szansa, żeby osiągnąć więcej.

Pierwszy moment to jesień 1919 r., kiedy bolszewicy zostali otoczeni ze wszystkich stron przez siły „białych” i znaleźli się w tragicznej sytuacji. Już Lenin był przygotowany do oddania władzy i przejścia z powrotem do działalności podziemnej, gdy siły „białych” nacierały od południa na Moskwę. Dowodził nimi znakomity generał Anton Denikin, zresztą pół-Polak. Nacierał na nich, przez co rzeczywiście sytuacja bolszewików była katastrofalna. Generał Denikin wysyłał poprzez swoich posłańców listy do Józefa Piłsudskiego, z prośbą o to, by Piłsudski dokonał potężnego uderzenia, które pomogłoby „białym”. W ten sposób Polacy i Rosjanie wspólnie zniszczyliby hydrę bolszewizmu. Nie ma żadnych wątpliwości, że gdyby wówczas Piłsudski poszedł za radą Denikina i uderzył na wschód, bolszewizm zostałby zniszczony. Lenina prawdopodobnie razem z Trockim i Dzierżyńskim powieszonoby na Placu Czerwonym w Moskwie. Cały ten koszmar bolszewizmu, który trwał, jak wiadomo do lat 90. byłby tylko krótkim mgnieniem w dziejach.

Gdyby Polska obsadziła przy tym tak zwane dalsze Kresy i po prostu poszła dalej na wschód, zdobyła całą Ruś, Białoruś oraz całe Wielkie Księstwo Litewskie, stałaby się rozgrywającym w Europie Wschodniej. „Biali” Rosjanie jeszcze długo sprzątaliby po „czerwonych”, byliby znacznie słabsi niż my, a to rzeczywiście otworzyłoby przed nami olbrzymie geopolityczne możliwości. Niestety tak się nie stało. Jak wiadomo, Piłsudski po tajnych negocjacjach w miejscowości Mikaszewicze, które jego wysłannicy prowadzili z wysłannikami Lenina, zgodził się na ciche zawieszenie broni. To jest własnie ten tytułowy pakt Piłsudski-Lenin z bolszewikami. Obie strony się dogadały. Siły polskie z całą świadomością stały z bronią u nogi, przez co bolszewicy mogli zdjąć z frontu przeciwpolskiego resztki swoich sił. Rzutem na taśmę udało im się tego Denikina odeprzeć spod bram Moskwy, a sowieci uciekli wtedy spod szubienicy.

Moim zdaniem, jeżeli weźmiemy pod uwagę konsekwencje tego, co się stało, czyli operację polską NKWD, Katyń, 17 września, Jałtę i wszystkie inne potworne zbrodnie sowieckie na Polakach, a także wszystkie inne zbrodnie bolszewizmu i komunizmu na świecie, których ofiary liczy się w dziesiątki milionów, to staje się oczywiste, że był to fatalny błąd. Straciliśmy dużą szansę dlatego, że Piłsudski jako weteran walki z „białymi” i weteran ruchu rewolucyjnego nie mógł sobie psychologicznie wyobrazić, że mógłby u boku znienawidzonych „białych” oficerów w epoletach carskich walczyć ze swoimi towarzyszami walki rewolucyjnej. Piłsudski obrał też pewną kalkulację geopolityczną, czy też inaczej, uważał, że Rosja „czerwona” będzie znacznie słabsza od Rosji „białej” i nie zagrozi w przyszłości przez wiele pokoleń Polsce. Dlatego lepiej, żeby Rosja była „czerwona” niż „biała”, żeby była komunistyczna. Tu znowu popełnił fatalny błąd.

W książce przedstawiam również drugi taki moment w dziejach. To jest oczywiście ten moment, kiedy pobiliśmy bolszewików pod Warszawą w sierpniu 1920 r. Armia sowiecka uległa wtedy kompletnej dekompozycji i mogliśmy wówczas iść dalej oraz obsadzić całe terytorium Rzeczypospolitej, a więc nie tylko odbić z rąk czerwonych Wilno czy Grodno, ale również Witebszczyznę, Mińsk i Ukrainę. Było to militarnie niewątpliwie do wykonania, ale wtedy znowu Piłsudski powiedział stop w najbardziej dramatycznym momencie, czyli w październiku 1920 r. Obawiał się, że tym razem to generał Piotr Wrangel, tak zwany „czarny baron”, jak go nazywali Bolszewicy, który atakował od południa „czerwonych” zwycięży w wojnie domowej i Rosja stanie się „biała”. Ta kalkulacja była więc taka sama jak rok wcześniej.

Swoje dołożyli także endecy, których ja dość mocno krytykuję w tej książce. Oni z kolei nie chcieli, żeby Polska ofensywa szła dalej, żeby w przyszłej RP nie znalazło się zbyt dużo przedstawicieli mniejszości. To był już moment, kiedy w narodzie polskim triumfowała mała, nacjonalistyczna koncepcja Polski dla Polaków. Nie chciano wziąć zbyt dużo terytoriów zamieszkanych przez tak zwanych obcoplemieńców. Taka koncepcja dla mnie jako człowieka, który pochodzi z Kowieńszczyzny, uważającego się za Litwina, sierotę po Wielkim Księstwie Litewskim, jest oczywiście nie do przyjęcia. Ja jestem patriotą Rzeczypospolitej Obojga Narodów, czyli składającej się zarówno z Wielkiego Księstwa Litewskiego, jak i Korony. Dlatego też z przykrością i nostalgią myślę o tej wielkiej Rzeczpospolitej i o tym, że w w 1920 r. nie udało jej się odbudować, a szansa taka niewątpliwie istniała.

Czy II wojna światowa była nieuchronna według Pańskiej alternatywnej historii?

Nie ma wątpliwości, że gdybyśmy poszli za ciosem w roku 1919 albo 1920 i ruszyli dalej na wschód, to bolszewizm by upadł. Co dalej? Tu już należy zastanawiać się ostrożniej. Czy sprawdziłyby się obawy Piłsudskiego, że „biała” Rosja stałaby się groźniejsza dla Polski? Moim zdaniem na pewno nie. Byłby to reżim, trudno powiedzieć jaki, ale na pewno nie komunistyczny. Na pewno nie zostałby restaurowany carat, bo warto pamiętać o tym, że „biali” szli jednak pod sztandarami rządu tymczasowego i wszystkich tych zmian, które przyniosła rewolucja lutowa. A więc powstałaby pewnie jakaś demokracja parlamentarna, ewentualnie w miarę liberalny autorytaryzm, w takim trochę starym, konserwatywnym znaczeniu.

Pewne jest, że po tych potwornych zniszczeniach, jakie przyniosła rewolucja przez pierwsze dwa-trzy lata „biali” mieliby bardzo dużo do sprzątania po „czerwonych”. Należy pamiętać, że baza społeczna, na której mógłby się reżim „białych” oprzeć, została właściwie przez „czerwonych” wyrżnięta. Pozbycie się w dużej mierze szlachty, burżuazji i innych ludzi już byłoby pierwszym problemem dla takiego reżimu.

Po drugie, bolszewicy zdruzgotali komunizmem wojennym gospodarkę rosyjską. Przyniosło to kompletną katastrofę, więc również w wymiarze ekonomicznym „biała” Rosja musiałaby się zbierać. No i trzecia rzecz - bolszewizm. Rewolucja, rozbudziła olbrzymie nadzieje wśród robotników, ale przede wszystkim wśród włościan. W latach 1917-1918 zostały zrabowane wielkie majątki ziemskie. Chłopi zabrali tę ziemię, a reżim musiałby to jakoś uregulować. Mógłby próbować odebrać chłopom i oddać z powrotem panom, czyli szlachcie rosyjskiej. Byłoby to ogromnie kłopotliwe, Rosjanie męczyliby się przez kilka dekad i przez ten czas nie stanowiliby dla nas specjalnego zagrożenia.

Rzeczpospolita z kolei, odtworzyłaby się albo w nieco archaicznej formie wielonarodowej albo, bardziej prawdopodobnie, w formie nowoczesnej, którą proponował Piłsudski, czyli jakiejś federacji Ukrainy, Białej Rusi, Litwy, Łotwy i Polski, w której Polska miałaby rolę hegemona. Taka federacja niewątpliwe byłaby potężnym, rozgrywającym graczem w Europie Wschodniej, znacznie silniejszym niż ta zbierająca się do kupy Rosja.

Trzeba też pamiętać o co zawsze toczą się wojny polsko-rosyjskie i po co toczą się wojny w tej części świata. Toczy się je o ukraińskie czarnoziemy. W związku z tym, gdyby Polska kontrolowała Ukrainę i te najżyźniejsze terytoria Europy, to na pewno kondycja gospodarcza drugiej RP byłaby znacznie silniejsza niż tej, która w rzeczywistości powstała. Dlatego też, to my uchodzilibyśmy za silnych, a oni za słabych, czyli nastąpiłby powrót do stanu rzeczy z XVII wieku i wcześniej, kiedy w tej rywalizacji polsko-rosyjskiej to my byliśmy górą. To jest optymistyczny wariant, który zakłada, że Rosja byłaby bardzo długo słabszym graczem niż my.

W wariancie najbardziej pesymistycznym doszłoby w przyszłości do wojny polsko-rosyjskiej między „białą” Rosją a Rzeczpospolitą. Taką wojnę moglibyśmy jednak wygrać, przy tej dysproporcji sił. Należy się też zastanowić, w jakiej konstelacji, z jakimi sojusznikami ta wojna byłaby toczona? Najczarniejszy scenariusz, który przychodzi do głowy to powtórka z rozrywki. Porozumienie „białej” Rosji w latach 40., 50., 60. z Niemcami, ale na pewno nie Niemcami narodowo-socjalistycznymi, bo takie Niemcy w ogóle by nie powstały. Jak wiadomo, Hitler był tylko marną imitacją komunizmu i kimś zbyt głupim, żeby wymyślić taki system. Bez bolszewizmu nie byłoby Hitlera. W związku z tym załóżmy, że dochodzi do paktu Berlin-Moskwa i wtedy rzeczywiście taką wojnę Polska czy też federacja europejska przegrywa. Nawet wtedy jednak nasza sytuacja byłaby o stokroć lepsza niż była w rzeczywistości. Nie trzeba Polakom mówić jaka jest różnica między słowami okupacja i zabór.

Oglądaj całość