Redakcja: Jak powszechna cyfryzacja wpłynęła na edukację?

Andrzej Radomski: Edukacja począwszy od najniższych szczebli, a skończywszy na nauczaniu akademickim przeszła istotną rewolucję. Polega ona przede wszystkim na tym, że szkoła czy uczelnia przestała być jedynym miejscem, gdzie możemy zdobywać wiedzę, ponieważ dzięki nowoczesnym technologiom praktycznie cały internet może być postrzegany jako nieograniczony niemalże zasobnik, w którym możemy umieścić cały dorobek cywilizacyjny ludzkości. To powoduje też dalsze konsekwencje. Człowiek może uczyć się w różnym tempie, w dowolnym czasie, za pomocą różnych instytucji i metod oraz w sposób dowolny dobierać sobie różnego rodzaju treści edukacyjne.

Dawniej sytuacja była prostsza. W określonym miejscu istniała pewna instytucja, do której zmuszeni byli uczęszczać uczniowie albo studenci, jakim serwowano z góry zaprogramowaną porcję wiedzy. Obecnie mamy już na przykład uczelnie, które rezygnują z tradycyjnych wykładów, nawet z konieczności uczęszczania na zajęcia. Takim klasycznym przykładem może być prawdopodobnie najlepsza politechnika świata, czyli MIT w Cambridge w stanie Massachusetts. Tam od początku  XXI w. studenci nie muszą chodzić na wykłady, ponieważ wszystkie one zostały nagrane i za darmo udostępnione w sieci. Studenci mają jedynie obowiązek uczestniczyć w różnego typu grupach badawczych i tam współtworzyć naukę.

Innym przykładem może być pojawienie się darmowego szkolnictwa, które funkcjonuje przede wszystkim na platformach internetowych. Mowa chociażby o Khan Academy założonej przez absolwenta Uniwerstetu Harvarda. Jeszcze inny przykład to różnego rodzaju tutoriale, które potencjalnie każdy może zamieszczać. Znam wiele takich kursów doskonale opracowanych przez zapaleńców czy hobbystów, którzy w wolnym czasie tworzą różnego rodzaju materiały szkoleniowe, udostępniane następnie wszystkim zainteresowanym. Skutkiem tego, tradycyjna uczelnia staje się zaledwie jedną z możliwych form edukowania społeczeństwa.

Red.: Czym jest kultura i kto może ją tworzyć?  

AR: Jest to jedno z najtrudniejszych pytań, jakie można sobie wyobrazić. Istnieje wiele koncepcji czy też teorii kultury, których nikt dokładnie nie potrafi zliczyć. Ja również z góry kapituluję. Szokujący dla naszych internautów może być fakt, że obecnie dyskredytuje się pojęcie kultury. Uważa się, iż jest to pojęcie bez ściśle określonych ram. Coś, co się rozbija na różne cząstkowe sfery. Ponadto, za sprawą modnych ostatnio nurtów filozoficznych na czele z post-modernizmem uważa się, że kultura jest czymś opresyjnym, narzucającym określone wzorce i reguły zachowania oraz dzielącym ludzi np. na dobrych i złych. Dlatego też niektórzy współcześni antropolodzy kulturowi uważają, że dobrze byłoby się pozbyć tej kategorii w ogóle, a sami zachowują się tak jakby jej nie było, pisząc o konkretnych przejawach ludzkich zachowań.

Istnieje jeszcze inny aspekt, być może mniej znany. Fakt, iż w świecie, zdominowanym przez technologię, w którym coraz większą rolę odgrywa biologia, zwłaszcza jej dział zwany inżynierią genetyczną, próbuje się do pewnego stopnia wywodzić kulturę od natury. Wywodzić i pokazywać, że kultura pojawia się w pewnym okresie dziejów człowieka. Rodzi się więc podstawowe pytanie, kto stworzył kulturę? Coraz częściej nurtuje ono różnych badaczy i filozofów. Słynny angielski biolog Richarda Dawkins zadał je, po czym stwierdził, że jeśli my nie potrafimy odpowiedzieć, to musimy uznać, że jest to prezent dla ludzkości od „Bóg wie kogo”. Coś, co pojawiło się w sposób nagły, w pewnym momencie. Stanowi to kolejny dowód, że mówienie o kulturze staje się coraz bardziej problematyczne. Może się to na pewno wydać dziwne w ustach człowieka na co dzień zajmujego się jakimś rodzajem humanistyki. Trudno było sobie do tej pory wyobrazić humanistę, który nie posługiwałby się kategorią kultury. Okazuje się jednak, że jest to już coraz bardziej możliwe i dopuszczalne.

Red.: O co chodzi w hipotezie „sztucznego” pochodzenia człowieka?

AR: Pojawiają się głosy, że życie rozumne nie powstało w sposób ewolucyjny jak się standardowo wydaje obecnie praktycznie wszystkim uczonym poza nieliczną grupą zwolenników kreacjonizmu. W prestiżowym amerykańskim piśmie przeczytałem ostatnio artykuł, w którym autorzy dowodzili, że życie mogło być dziełem przybyszów z kosmosu. Nie chodzi tu bynajmniej o teorię panspermii, która mówi, że życie na elementarnym poziomie mogło przybyć przemycone np. w skałach komety, a następnie przez miliony lat ewoluować. W tymże piśmie pojawiła się sugestia, że my, standardowo od ponad stu lat uznając teorię ewolucji jako koncepcję, która w sposób najpełniejszy tłumaczy powstanie życia w dalszym ciągu mamy wiele brakujących ogniw. Jednym z nich jest przepaść, która dzieli naczelne i samego człowieka. Człowiek rozumiany jako homo sapiens pojawia się trochę niespodziewanie. Stąd też ci uczeni sugerują, że istnieją pewne racje, aby przyznać, iż do kodu DNA, który mógł się rozwijać w sposób samorzutny przez miliony lat na ziemi, ktoś nadpisał kod umożliwiający powstanie gatunku homo sapiens. Mogło to być dziełem nieznanej cywilizacji z kosmosu, co nawet zgadzałoby się z mitami i obrazami, jakie znajdujemy w różnych wierzeniach albo w rysunkach naskalnych, sugerujących  wyobrażenie czegoś w rodzaju statków kosmicznych. Jeśli połączymy te dwa skądinąd odległe od siebie fakty, to ta teoria nie będzie już tak absurdalna, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.  

Oglądaj całość