Film 50 twarzy Greya, w którym każde odsłonięcie torsu J. Dornana budzi szmer westchnienia wśród zapatrzonej kobiecej części widowni, oczywiście tej najmłodszej.

Poszłam do kina specjalnie w godzinach dopołudniowych żeby nie oglądać tych wszystkich wzdychających w ekran małolatów i nie słuchać komentarzy, a nawet jęku par po skończonym filmie jaki to on beznadziejny i nudny. W towarzystwie 8 – 10 osób na sali kinowej całkiem przyjemnie oglądało się film.

Przechodząc do meritum.

Nie oczekiwałam wielkiego dzieła i muszę stwierdzić, że pod tym względem się nie zawiodłam. Film jest bowiem średni, przeciętny jak kto woli i nie wiem dlaczego zyskał w zdecydowanej większości opinię beznadziejnego. Książka literacko też jest słaba a stała się o dziwo bestsellerem. Należałoby sobie zadać pytanie. Czy współczesne społeczeństwa ciągle są żądne tematyki w obszarze sado – maso, gdzie jeden z partnerów dominuje, a drugi jest mu całkowicie podporządkowany?

Owszem, tematyka seksu, erotyzmu zawsze budziła większe zainteresowanie. Wspomnieć by chociaż należało markiza de Sade czy też stworzoną przez Larsa von Tiera Nimfomankę. To były obrazy wykreowane przez mężczyzn.

A tu mamy kobietę, a właściwie kobiety, bowiem autorką książki jest E. L. James, scenarzystką K. Marcel i reżyserką również kobieta – S. Taylor – Johnson. Można więc założyć, że to kobiecy punkt widzenia na sprawy seksu i pewnej obyczajowości w tej sferze. Śmiem twierdzić, że obydwie dziedziny kultury masowej (książka i film) przełamią pewne tabu oraz wprowadzą normy obyczajowe oparte na dominacji w sferze nie tylko erotycznej. Zastanawiam się tylko czy współcześni mężczyźni sprostają coraz większym oczekiwaniom kobiet, które będą poszukiwały Greya nie tylko jako dominującego i wyrafinowanego kochanka, ale kuszącego, wysportowanego i nieprzeciętnie bogatego. Takiego, który potrafi zaspokoić ale i rozbudzić fantazje nie tylko erotyczne, ale także docenić kobietę. Traktować ją jak damę, dziwkę i boginię. Pokazać w prostym kodzie gestów, spojrzeń, że ją pożąda i jest dla niego najważniejsza. Tak panowie, Mr. Grey niezwykle wysoko zawiesił poprzeczkę.

Co mi się w filmie podobało? Piękne, luksusowe, a zarazem ascetyczne wnętrza na miarę korporacji XXI wieku. Urzekły mnie niektóre sceny i zdjęcia. Do moich ulubionych należy scena gdzie Anastasia (Dakota Johnson) wsiada do samolotu i ukazują się przepiękne, nocne widoki Seattle. Któraż z kobiet nie pokusiłaby się na taką bajkową, podniebną wędrówkę. Druga scena, która mnie urzekła to Dakota, która rano robi naleśniki i seksownie porusza biodrami podśpiewując w rytm muzyki. Ubrana w białą koszulę Greya (to zawsze robi wrażenie) w niewinny sposób daje do zrozumienia jak doskonała była noc.

Nie sposób pominąć muzyki w filmie, która jest perfekcyjna i naprawdę jest w co się wsłuchać. Tak oto przeciętny film zapewne stanie się hitem i zajmie wysokie miejsce w światowych rankingach. Z pewnością przyczyni się do rozwoju sklepów z akcesoriami BDSM i myślę, że ci najbardziej zdegustowani po wyjściu z kina już marzą o biczowaniu w seksownie wypięty pośladek.

Zastanawiając się jeszcze nad fenomenem popularności śmiem stwierdzić, że przyczyną jest również prostota podlana melodramatem jak w większości seriali, którymi karmione są społeczeństwa (cywilizowane społeczeństwa!) na całym świecie. Odbiorca – konsument w większości nie oczekuje intelektualnych i estetycznych przeżyć lecz taniej rozrywki przed ekranem zarówno małym jak i dużym. Tu myślę, że film ma jeszcze większą szansę odbioru, bo dla niektórych książka była zbyt „grubą bryłą” - to określenia, które słyszałam w społecznym odbiorze konsumentów i wielbicieli harlekinów.

Czyżby kobiety w XXI wieku wkroczyły w kolejny obszar, w którym zdecydowanie dominował męski punkt widzenia

Dywagować również można na ile pokazana w filmie obyczajowość w sferze erotyki zdominuje życie w zaciszu „domowych sypialni”.

Ocena filmu: 3,5 /5