Business Centre Club (BCC) to jedna z pierwszych, a obecnie najważniejszych organizacji lobbystycznych w Polsce. Powstała w 1991 r. jako klub zawiązany przez nowopowstającą grupę kapitalistów, który szybko przekształcił się w największą organizację reprezentującą interesy pracodawców. Do BCC należy obecnie 2500 członków (osób i firm), skupionych w 24 lożach regionalnych, działających w blisko 250 miastach na terenie całej Polski. Można tam odnaleźć przedstawicieli wszystkich branż gospodarki, międzynarodowych korporacji obecnych w Polsce, instytucji finansowych i ubezpieczeniowych, firm telekomunikacyjnych, największych producentów, uczelni wyższych, koncernów wydawniczych, znanych kancelarii prawnych, itp. BCC jest organizacją mającą także silne umocowanie w systemie prawnym. Występuje jako partner rządu i związków zawodowych którzy w poprzednim ustroju samodzielnie reprezentowali świat pracy, a drugim biegunem była dla nich administracja państwowa. Obecnie, różnica jest taka, że organizacje związkowe walczą o interesy kurczącej się grupy zorganizowanych pracowników pracy najemnej, a organizacje pracodawców (na czele z BCC) prowadzą lobbing na rzecz interesów swoich członków. W szczególności: stanowienia nowego prawa korzystnego dla interesów największych polskich kapitalistów. W odróżnieniu od innych organizacji pracodawców, zwłaszcza central związkowych BCC jest bogata i posiada okazałe zaplecze; wysoko kwalifikowanych ekspertów, którzy współtworzą i opiniują ustawy gospodarcze, uczestniczą w pracach komisji parlamentarnych, przekonują do swoich rozwiązań ministrów i posłów. Prace rządu np. na bieżąco ocenia grupa fachowców tworzących Monitorujący Komitet BCC [1].

Na czele takiej właśnie sieciowej struktury lobbingowej, od samego początku stoi Marek Goliszewski (+62), założyciel i prezes BCC, który przez te lata stał się jedną z ikon nowej elity władzy w Polsce. Lista jego cnót oraz zasług może robić wrażenie, nawet jeśli przyjąć, że jest ona w większej części odzwierciedleniem wysokiej pozycji i wpływów jego organizacji w strukturach instytucjonalnych państwa. W wykazie tym brakowało chyba tylko jednego: stopnia naukowego, który w wielu środowiskach jest wciąż jeszcze czymś bardzo prestiżowym, współczesnym odpowiednikiem szlachectwa.

M.Goliszewski, jak wynika z jego licznych wypowiedzi medialnych (były dziennikarz, redaktor poczytnego pisma przed 1989r.) podejmując pracę nad doktoratem naukowcem chyba nie chciał zostać. Może bardziej mentorem, który na kilka lat przed emeryturą chciał przekazać nauce swoje mocno ugruntowane doświadczenia osobiste: biznesmena i praktyka gospodarczego na poziomie makro. Dlaczego zatem do obszernej listy swoich osiągnięć zdecydował się dopisać jeszcze doktorat? Teoretycznie, pomocnym wyjaśnieniem byłaby tu zapewne bardzo aktualna teoria dekompozycji cech położenia społecznego prof. W.Wesołowskiego? Prestiż polskiego biznesmena, tak jak i polityka nie jest obecnie zbyt wysoki. Odwrotnie niż prestiż człowieka nauki, a więc może doktorat miał przeciwdziałać takiej dekompozycji i pozytywnie oddziaływać na wizerunek medialny? W jednym z wywiadów M.Goliszewski wyjawił, że za doktorat zabrał się za namową środowiska (?)ale w szczególności chodzi mu chyba tylko o swojego przyjaciela, później promotora, prof. Andrzeja Zawiślaka i poświęcił na jego napisanie „aż” dwa lata. Dzieląc swój cenny czas na kierowanie BCC i na pracę nad doktoratem, chciał udowodnić, że brak dialogu społecznego nie wpływa dobrze na wyniki gospodarcze, na dług publiczny, na deficyt w państwie. Jak na doktorat o tezie tak pojemnej, a zatem niezwykle trudnej do udokumentowania wyłącznie na sposób analityczno-teoretyczny, to bardzo niewiele czasu. Rezultat swojego 20 letniego doświadczenia jaki przedstawił w postaci tekstu o niewielkiej objętości, budzić mógł od razu różnorakie wątpliwości. Autor właściwie zignorował dotychczasowy dorobek nauki na tym obszarze w niczym nie dając poznać swojego obznajomienia z dotychczas nagromadzoną wiedzą na ten temat. Jego wnioski do jakiego by obszaru nauki ich nie zakwalifikować, czy to do dziedziny zainteresowań nauk społecznych czy do ekonomii, czy prawa zostały sporządzone w tempie dosyć ekspresowym. Nawet jeśli uwzględnić wybitne kompetencje naukowe i zawodowe tandemu promotor-doktorant. Być może wynikało to z dosyć ciekawego poglądu doktoranta, który wprost wyjawił swoją opinię na temat tego, czym dziś dysertacja doktorska być powinna. Została ona zawarta, w sformułowaniach (cyt. dosłowny za GW)„doktorat powinien zawierać się głębią rozwiązań ważnych dla życia”, „Ten doktorat jest raportem dla instytucji jaką jest nasze społeczeństwo, ulokowane w różnych grupach zawodowych: władzy, biznesie, nauce”.

Temat rozprawy doktorskiej zat. "Wpływy sposobu organizacji dialogu społecznego na efekty gospodarcze" znakomicie pasował do roli jaką pełnił M. Goliszewski, jako szef BCC w Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych (TK). Instytucja ta mała być w wizji jej konstruktorów, takich m.in. jak minister Andrzej Bączkowski sztandarowym przykładem instytucjonalizacji demokracji w Polsce. BCC, ponieważ była jednym z członków-założycieli TK, przypadł w udziale fotel wice przewodniczącego oraz przewodniczącego jednego z jej zespołów – Zespołu Rozwoju Dialogu Społecznego w Polsce. M.Goliszewski chyba nie za bardzo sprawdził się w tej roli ponieważ instytucjonalizacja dialogu społecznego w Polsce w tej formule budowana była opornie i ostatecznie legła w gruzach. Miast stanowić płaszczyznę wypracowywania wspólnego stanowiska partnerów rządu w sprawie kierunków i instrumentów polityki społeczno-gospodarczej państwa, być przykładem forum rzetelnego i odpowiedzialnego dialogu trójstronnego co najmniej, stała się listkiem figowym i politycznym alibi dla narzucanych partnerom społecznym decyzji rządu podejmowanych w sojuszu z wielkimi pracodawcami.

Wedle związkowców do klęski idei dialogu doprowadził m.in. ten ścisły alians BCC z rządem. Kiedy tak praktykowany dialog społeczny stał się zupełną fikcją związki zawodowe podjęły wspólnie (niezależnie od fundamentalnych różnic politycznych między sobą) decyzję o opuszczeniu Komisji, która faktycznie stała się dwustronna a dialog instytucjonalny nie tylko w tym wymiarze praktycznie przestał działać. Temat doktoratu M. Goliszewskiego, można więc odczytywać w tym kontekście wydarzeń, jako próbę para-naukowego uzasadnienia ideologicznego sensu neo-liberalnej wersji dialogu w wersji napoleońskiej [2], zmierzającej do uzasadnienia eliminacji związków zawodowych z partycypacji w podejmowaniu ważnych decyzji gospodarczych w państwie. Charakterystyczne jest także „urynkowienie” tego tematu polegające najogólniej na tym, że uwaga pracowników nauki została ukierunkowana nie tyle na problemach wynikających z jej dotychczasowego rozwoju, których rozwiązanie jest warunkiem jej dalszego postępu, ile na tym, co w danym momencie jest ważne ze względu na zamówienie władzy, gusty i zainteresowania, sponsorów, panującą modę itp.

Promotorem pracy doktorskiej został jeden z założycieli BCC profesor Andrzej Zawiślak, który jak sam się przedstawia jest nie tylko przyjacielem doktoranta, ale także osobą posądzaną o związki z Radą BCC. Taki związek nie tylko bardzo sugeruje możliwą kolizję interesów ale pokazuje też mechanizm obecnego powiązania różnych interesów niezależnych instytucji nauki z wielkim polskim biznesem. Przewód doktorski został otworzony na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie doktorant zasiada w instytucji doradczej Wydziału -Radzie Przedsiębiorczości- świadcząc różnoraką pomoc m.in. w organizacji praktyk i staży dla studentów, także w poszukiwaniu środków na finansowanie badań i rozwoju infrastruktury Wydziału. Krótko mówiąc szef BCC jest dla Wydziału człowiekiem tak ważnym, że właściwe mogło być tu użycie terminów: „nepotyzm”, „relacje klientystyczne”, „konflikt interesów”.

Na recenzentów pracy Rada powołała osoby uczone, ale nie tyle merytoryczne w temacie pracy, co zajmujące silną pozycję w strukturach administracyjnych nauki: dziekana Wydziału Ekonomii Uniwersytetu w Białymstoku - prof. H.Wnorowskiego oraz prof. J.Woźnickiego, byłego rektora Politechniki Warszawskiej, a od 2014 roku nowego przewodniczącego Rady Głównej Nauki i Szkolnictwa Wyższego przy Ministerstwie Nauki, oraz Fundacji Rektorów Polskich Jakby, kto pytał: Czy jest ktoś, kto ma takie kompetencje, aby mógłby zostać merytorycznym recenzentem? Odpowiadam krótko: jest nas kilku, każdy o innej specjalności czy orientacji politycznej, od lewa do prawa: J. Hausner, J. Gardawski, W.Kozek, P. Ruszkowski, W. Pańków i in. Oj, byłoby między kim wybrać, więc powstaje pytanie dlaczego Rada wykazała się brakiem takiej wiedzy na poziomie „Google” i zdecydowała się na wybór recenzentów „pozycyjnych”?

Jako rzemieślnik o sporym dorobku naukowym, i biegły merytorycznie akurat w tej właśnie problematyce, zarówno w jej teoretycznym, jaki i w praktycznym wymiarze [3] jestem zdania, że żaden z obu recenzentów zaproszonych przez dziekana Wydziału do wyrażenia opinii nt. doktoratu M. Goliszewskiego nie ma ani większego doświadczenia empirycznego ani teoretycznego dorobku naukowego w dosyć złożonej i opisywanej na wiele różnych sposobów w różnych krajach świata problematyce dialogu społecznego.

Główny problem leży w tym, że na recenzentów nie wyznaczono nikogo, kto by miał elementarne pojęcie o meritum. Na przykład prowadził na tym obszarze własne badania naukowe, czy miał też w swoim dorobku publikacje nt. dialogu społecznego i zarządzania. Krótko mówiąc: ich kompetencje na tym obszarze, w szczególności wiedza merytoryczna dotycząca problemu efektywności ekonomicznej dialogu, rozeznania dotyczącego różnych płaszczyzn i horyzontów obszaru pola badawczego są mniej więcej na takim samym poziomie jak doktoranta M. Goliszewskiego, prześlizgującego się dziennikarsko po powierzchni problematyki. Dlatego też nie byli oni w stanie kompetentnie ocenić czy doktorant w swojej pracy nie opartej ani o własne badania empiryczne ani egzaminowanie dotychczasowego dorobku stworzył jakąś nową koncepcję teoretyczną. Oczywiście jest to możliwe, ale praktycznie w swojej 40 letniej karierze naukowej nie spotykałem się z czymś takim na poziomie dysertacji doktorskiej. Pewnie dlatego, ponieważ wymaga to bardziej wszechstronnego i głębszego wykształcenia, a nie tylko dziennikarskiego zredagowania różnych obiegowych opinii na ten temat. W pracy doktorskiej M. Goliszewskiego zawarte są bowiem głównie propozycje zrealizowania różnych projektów politycznych: zmian płaszczyzny dialogu społecznego, propozycje innej formuły konsultacji społecznych, zmodyfikowania zasad działania Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, określenia roli samorządu gospodarczego, propozycje zmian ordynacji do Senatu RP, także zawarcie Paktu Społecznego między związkami zawodowymi i pracodawcami i in. Być może gdyby w trakcie trwania przewodu na egzaminie z przedmiotu kierunkowego ktoś przytomny zadałby pytanie doktorantowi o paradygmaty naukowe w tych obszarach wiedzy do obrony by nie doszło. Nie doszło by także do utyskiwania doktoranta i jego sędziwego promotora, że publiczna polemika z tezami pracy nie miała charakteru merytorycznego [4].

Brak rozeznania co do merytorycznego meritum tematu nie przeszkadzał jednak urzędowym recenzentom w formułowaniu mało merytorycznych ale za to bardzo pochlebnych opinii grzecznościowych i końcowych konkluzji. Opartych bardziej na intuicji niż wynikających z rezultatów prowadzonych jakiś badań własnych czy falsyfikacji wyników badań innych uczonych. Takiego standardu wymaganego także na prowincjonalnych uczelniach w recenzjach dysertacji doktorskiej M.Goliszewskiego (a zwłaszcza w ocenie jego dorobku naukowego ) po prostu nie ma.

Dlatego nie mogą dziwić różne kuriozalne fragmenty pracy ani passusy zawarte w recenzjach obu recenzentów naukowych, (cytowane przez studentów w konwencji kabaretu „Piwnica pod Baranami” w czasach stanu wojennego). Opinie, te pasują także jako dobre egzemplifikacje do różnych paragrafów Zbioru Zasad i Wytycznych Komitetu Etyki w Nauce Polskiej PAN. Np. par. 5.2. Pracownik nauki wyraża swą opinię o cudzej pracy i dorobku naukowym wnikliwie, bezstronnie i konkretnie. Sporządzenie opinii zasłużenie negatywnej jest kłopotliwe, ale pracownik nauki uważa to za swój obowiązek, od którego nie należy się uchylać. Pracownik nauki jest szczególnie odpowiedzialny za rzetelne i obiektywne opiniowanie prac doktorskich i habilitacyjnych[5]. Jeden z recenzentów pisze w najbardziej konkretnej formie jaka udało mi się znaleźć w całej jego recenzji pracy M.Goliszewskiego , tak oto: treści (poświęcone dialogowi społecznemu-przyp. JPG).. recenzent uznaje za szczególnie wartościową warstwę ocenianej rozprawy odwołanie się do analiz opartych na bogactwie wiedzy zdobytej przez autora w procesie udziału przez niego w polityce realnej jako uczestnika, obserwatora i współtwórcy praktykowanych form dialogu społecznego (podkr. JPG), stanowi najbardziej wartościową cechę rozprawy, przesądzającą jej pozytywną ocenę ogólną [6]. Lista takich prac w której doktoranci, znani celebryci, czy byli politycy, odwołują się wyłącznie do swoich analiz opartych na własnych zasobach bogatej wiedzy byłaby zapewne dosyć długa, ale nie koniecznie należy im się za to od razu doktorat. Czasy seryjnie nadawanych doktoratów dla działaczy partyjnych w WSNS przy KC PZPR odradzają się dziś co prawda w niszowych środowiskach, ale nie jest to jeszcze żadna reguła[1] ponieważ ci słabiej zorientowani w możliwościach obejścia procedur nadawania stopni naukowych w Polsce zadawalają się póki co pamiętnikiem, lub książką autobiograficzną przed wyborami.