W roku akademickim 1990/91 r. było w Polsce około 3 tys. osób legitymujących się stopniem naukowym doktora zatrudnionych w szkolnictwie wyższym. Pod koniec 1999 roku było ich już ponad 25 tys. Mimo niżu demograficznego od początku obecnej dekady taka wysoka dynamika przyrostu utrzymuje się także obecnie. Według aktualnych danych zawartych w systemie „POL-on” [1], mamy obecnie 102.349 osób czynnych w pracy na wyższych uczelniach, legitymujących się stopniem doktora, stopniem doktora habilitowanego oraz tytułem naukowym profesora [2]. Początkowo ilość doktorów rosła w tempie odpowiednim do tego jak przybywało studentów, ale później liczba ta była także rosnąca w związku ze wzrostem ilości absolwentów, którzy z braku możliwości zatrudnienia w swoich wyuczonych zawodach podejmowali decyzję o dalszym kształceniu. W Polsce, jeszcze w roku akademickim 1992/1993 było tylko 124 szkół wyższych, w tym 18 uczelni prywatnych (tzw. niepublicznych). Od tego czasu ilość nowopowstających szkół wyższych, zwłaszcza prywatnych zaczęła gwałtownie wzrastać i w obecnym roku akademickim wynosi już 518, z czego 377 (72.7%) to szkoły niepubliczne [3]. Taki zauważony w świecie boom edukacyjny w Polsce, którego przyczyną był bez żadnej wątpliwości rozwój szkolnictwa prywatnego miał miejsce także, jeśli chodzi o zwiększającą się liczbę studentów. Początkowo było ich 403 tys. a pod koniec ostatniej dekady liczba wszystkich studentów była już około 5 krotnie większa i osiągnęła rekordowy stan 1953 tys. Dzięki temu 12,3 proc. wskaźnik scholaryzacji z roku akademickiego 1992/1993, skoczył w szczytowym roku roku 2010/2011 aż do 53,8 proc. w grupie grupy wiekowej 18-24 lata. Oznaczyło to, że w erze globalizacji Polska przeskoczyła w swoim tempie rozwoju Niemcy, USA (ok. 40%), a także kilka innych krajów wysokorozwiniętych, jeśli chodzi o rozwój edukacji na poziomie wyższym. Ilościowy wzrost nie był jednak związany z poziomem jakości kształcenia, bardziej z umasowieniem dostępności wyższego wykształcenia. Nakłady na szkolnictwo wyższe w Polsce, które wynosiły w 2010 roku 0,71% PKB) utrzymywały się na niezmienionym poziomie, cztery razy niższym niż w krajach Europy Zachodniej, choć statystyki państwowe nie odnotowywały w pełni nakładów poza sferą budżetową. W 2010 roku w szkołach wyższych w Polsce było ok.100 tys. etatów, zajmowanych przez zaledwie 58 tys. osób. I tylu też było w Polsce nauczycieli akademickich, podczas gdy 20 lat wcześniej było ich więcej, bo 64 tys. [4]. Oznaczało to, że statystyczny nauczyciel akademicki musiał być zatrudniony na minimum 2-ch etatach a przyrost wysokokwalifikowanych kadr nie nadążał za tempem przyrostu studentów. Nastąpił więc znaczący wzrost liczby studentów przypadających na jednego nauczyciela akademickiego, z 7 studentów na 1 nauczyciela akademickiego w 1991r. do około 33 pod koniec ubiegłej dekady. Obecnie wskaźnik ten wynosi ok. 15, więc może to oznaczać, że sytuacja w Polsce powróciła do normy a pozycja nasza ustabilizowała się na średnim poziomie europejskim. Kiedy pod koniec ostatniej dekady pogorszyła się sytuacja demograficzna i znacząco zmniejszyła się też liczba nowych studentów uwidoczniły się jednak inne problemy oraz słabości szkolnictwa wyższego. Na początku obecnej dekady nastąpiła coraz większa większej komercjalizacja i zauważalny spadek etosu szkół wyższych. Towarzyszył temu znaczący spadek kandydatów na studia (zmniejszenie o ok. 300 tys. w 2014/5 r.), a ostra konkurencja zmuszała wiele uczelni do zamykania kierunków, łączenia uczelni w konsorcja, cięcia kosztów przy stale zmniejszających się dochodach, poszukiwania studentów zagranicznych, itp. Ale szkół wyższych ubyło stosunkowo niewiele, z czego można wysnuć wniosek, że biznes edukacji wyższej był ciągle jeszcze ekonomicznie opłacalny. Według danych GUS w roku akademickim 2012/2013 studiowało w Polsce ok. 1, 67 mln osób. Szczególnie zmalała liczba kandydatów na studiach niestacjonarnych na uczelniach państwowych i na płatnych studiach na uczelniach prywatnych. Spadek ten wyniósł ok. 45 procent, czyli około 60 tysięcy osób. W kolejnym roku akademickim 2014/2015 rozpoczęło studia łącznie ponad 462 tys. maturzystów, czyli ok. 15 tysięcy mniej niż w poprzednim roku akademickim. Jeśli taka tendencja spadkowa miałaby utrzymać się przez następnych kilka lat, to niedługo rynek usług edukacyjnych w Polsce może zostać ograniczony do zaledwie kilkudziesięciu najlepszych placówek. Według szacunków MNiSW w końcu najbliższej dekady liczba studentów może spaść do poziomu 1,25 mln. Wiele prywatnych szkół wyższych już teraz zaczęło ulegać balansować na progu likwidacji, a zdecydowana większość nie nadąża z utrzymywaniem standardów, jakości kształcenia. Ich działalność zaczęła się sprowadzać do masowej sprzedaży dyplomów, a na rynku pojawiły się oferty gotowych prac dyplomowych na dowolnym poziomie kształcenia•. Wysyp absolwentów uczelni w ostatnich latach koniunktury demograficznej zderzył się także z niemożnością znalezienia przez nich zatrudnienia na rynku pracy. Sprawiło to, że duża część absolwentów albo emigrowała, lub niejako z konieczności przedłużyła swój dotychczasowy okres kształcenia rozpoczynając studia na tzw. III poziomie Procesu Bolońskiego. Na płytkim i konkurencyjnym rynku pracy doktorat, przynajmniej z niektórych dziedzin, dawał ciągle jeszcze elitarne przywileje. Legitymowanie się stopniem naukowym w Polsce może m.in. zwalniać z egzaminu na członków rad nadzorczych spółek skarbu państwa. Doktorat otwiera także możliwości zatrudnienia na rynku pracy szkolnictwa średniego i szkoleń, kształcenia na poziomie wyższym, a także otwiera możliwości prowadzenia tzw. innowacyjnych prac badawczych.


Jak wynika z ustaleń kontroli, jakość kształcenia w zakresie opieki promotorskiej nad pracami dyplomowymi w skontrolowanych przez NIK szkołach wyższych pozostaje mało zauważalna. Przyjęte w uczelniach rozwiązania organizacyjne nie sprzyjały, a czasem wręcz uniemożliwiały promotorom rzetelne wspieranie i nadzorowanie studentów, sporządzających pod ich kierunkiem pierwsze prace dyplomowe. Część zbadanych podczas kontroli dyplomów zawierała nieuprawnione zapożyczenia. Oprócz najczęściej stosowanych technik plagiatowych typu ”zaznacz-wytnij-wklej” pojawiły się, także bardziej wysublimowane oszustwa polegające na zlecaniu na internetowym rynku przeprowadzenia kompletnych badań empirycznych. W raporcie NIK przytacza się znaczący przypadek: Jeden z nauczycieli akademickich z Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach w swoich wyjaśnieniach wskazał, iż miał miejsce przypadek, kiedy student usiłował przedłożyć całą część empiryczną pracy bez uprzednich konsultacji i pokazania drogi dochodzenia do poszczególnych rozwiązań [5]. Zdarzało się więc, że promotorzy nie zauważali bądź wręcz ignorowali i lekceważyli zauważone przypadki oszustw. Zdaniem NIK powodem tego jest przypisywanie promotorom nadmiernej liczby studentów - zdarzało się, że w jednym roku akademickim pod kierunkiem jednego promotora pracę pisało ponad 100 osób [6]. Wydaje się jednak, że taki wniosek to tylko czubek góry lodowej całego problemu, ponieważ na takie praktyki istnieje duże przyzwolenie wielu środowisk, zwłaszcza na uczelniach niepublicznych. W mojej byłej już uczelni (prywatnej), samorządnej i zarządzanej demokratycznie (wedle definicji Abrahama Lincolna 1863) tzn. gdzie „rządzą cudzoziemscy właściciele, przez cudzoziemców i dla cudzoziemców” na ostatniej obronie doktoratu, w której uczestniczyłem zwróciłem uwagę w dyskusji na Radzie Wydziału, że dysertacja nie spełnia podstawowych rygorów stawianych pracom naukowy, ponieważ m.in. nie zawiera załącznika z zawartością pełnego narzędzia badawczego, czyli ankiety na podstawie, której oparta była jej cała część empiryczna dysertacji. W opisie metodycznym brakowało także poprawnej metodologii badania, a wnioski i konkluzje nie miały swojego uzasadnienia w treści argumentacji. Część kolegów z Rady nawet się ze mną zgodziła, ale przewodniczący, oświadczył: „Dziękujemy za te uwagi, które są cenne, ale odnoszą się one w zasadzie tylko do jednego rozdziału końcowego. A ponieważ cała praca liczy 5 rozdziałów, a 4 nie były kwestionowane, to proponuję przyjęcie pracy przegłosować”. Oczywiście duża większość członków Rady pracy w ogóle nie przeczytała ani nawet nie miała w ręku (pytałem w bibliotece - nikt nie prosił o udostępnienie), ale sprawnie przegłosowała wniosek na „TAK”, a mnie, zapewne aby uniknąć takich niespodzianek na przyszłość nie przedłużono już umowy o pracę na następny rok akademicki.


Czasy, kiedy doktoraty na wyższym poziomie kształcenia wykuwały małe manufaktury, w których cechy czeladników nauki zatrudnionych na uczelniach pod okiem profesora i jego asystentów odeszły już w niepamięć. Zaczęły zastępować je powszechnie organizowane masowe formy- studia doktoranckie- a zdobywanie tytułu doktora stawało się bardziej dostępne i częściej nadawane za „zasługi”. Także dla osób przypadkowych, często zupełnie nieprzejawiających żadnych uzdolnień do pracy naukowo-dydaktycznej, nieselekcjonowanych i nieweryfikowanych przez środowiska naukowe. W roku 2010 w formule studiów doktoranckich było przygotowywanych do napisania rozprawy ponad 35 tysięcy doktorantów, czyli ponad dwa razy więcej niż przed 12 laty. Przez kolejne cztery lata przybyło kolejnych 5 tys. nowych kandydatów. Doktoraty zamiast dobrych dyplomów magisterskich stawały się nowym symbolem standardu jakościowego wykształcenia. Coraz chętniej mile widzianym także przez pracodawców, pożądanym dowodem ponad przeciętnych kwalifikacji.