Niewątpliwie jednym z większych problemów ochrony zdrowia, nie tylko w Polsce, są rosnące koszty. Przyczyny tego zjawiska leżą zasadniczo w dwóch obszarach. Pierwszy to demograficzne starzenie się społeczeństw, które obserwujemy we wszystkich krajach rozwiniętych. A efektem jest większe zapotrzebowanie na usługi zdrowotne. W Polsce, w okresie transformacji, również znacznie spadła dzietność kobiet, co już niedługo zaowocuje znaczącym udziałem osób starszych w populacji. Nakłada się na to systematyczne wydłużanie oczekiwanej długości życia, której nie towarzyszy jednak proporcjonalny wzrost oczekiwanej długości życia w zdrowiu. Wydłużający się okres starości, związanej z wieloma przewlekłymi dolegliwościami, również przekłada się na większy popyt na świadczenia zdrowotne.

Druga, często podnoszona przyczyna, to postęp w terapii, który powoduje nie tylko wzrost kosztów jednostkowych świadczeń, ale również sprawia, że schorzenia dotychczas śmiertelne stają się chorobami przewlekłymi, generującymi znaczące koszty dla systemu. Presja, związana ze zwiększaniem ilości i jakości świadczeń, stymuluje wzrost obciążeń finansowych. W praktyce, nie ma więc kraju, który byłby w stanie sfinansować wszelkie potrzeby zdrowotne swoich obywateli, i to niezależnie od przyjętego systemu ich finansowania.

Konieczność zachowania równowagi finansowej w długim okresie, wymaga działań, polegających bądź na zwiększaniu puli środków dostępnych w systemie (zarówno publicznych, jak i prywatnych), bądź poszukiwaniu oszczędności i poprawie efektywności ich wydatkowania. Zapewne w każdym systemie drzemią pewne rezerwy związane z samą jego organizacją. Niestety, najczęściej źródłem oszczędności, przynajmniej w krótkim okresie, są różnego typu ograniczenia dostępu do świadczeń (np. w formie konieczności uzyskania skierowania), limitowanie ich ilości (poprzez ograniczanie wielkości kontraktów), bądź decyzji o niefinansowaniu określonych procedur w ramach koszyka świadczeń gwarantowanych. Efektem jest zwykle konieczność długiego oczekiwania, zwłaszcza w przypadku najnowocześniejszych procedur, lub obniżenie ich jakości, co najbardziej uderza w osoby o zwiększonych potrzebach zdrowotnych.

Partycypacja pacjentów w finansowaniu ochrony zdrowia jest więc postrzegana jako jeden z mechanizmów umożliwiających uzyskanie równowagi finansowej poprzez, z jednej strony, zwiększanie puli środków w systemie (choć nie jest to podstawowy cel), z drugiej zaś – poprzez tworzenie bodźców sprzyjających racjonalizacji korzystania ze świadczeń.

Pacjenci finansują świadczenia zdrowotne w dwóch podstawowych formach: płatności bezpośrednich, lub udziału w kosztach świadczeń, określanych jako współpłacenie (pomijając kwestię tzw. płatności nieformalnych).

Płatności bezpośrednie są związane z zakupem świadczeń zdrowotnych na rynku prywatnym. Dotyczy najczęściej świadczeń wyłączonych z finansowania przez płatnika lub usług refundowanych, ale w wąskim zakresie (jak stomatologia). Ale nie tylko. W tej formie są również finansowane świadczenia teoretycznie zapewniane przez publicznego płatnika, ale w praktyce mało dostępne w efekcie długiego okresu oczekiwania czy dużej odległości do świadczeniodawcy. Najczęściej w takiej formie płacimy za ambulatoryjne porady specjalistów (np. endokrynologa, kardiologa). I, wbrew pozorom, nie dotyczy to wyłącznie osób o wyższym statusie materialnym, które mogą świadomie rezygnować ze świadczeń sektora publicznego w poszukiwaniu wyższej jakości lub krótszego czasu oczekiwania, ale również osób, które ze względu na stan zdrowia, nie mogą oczekiwać na limitowane świadczenie lub chcą skorzystać z usług konkretnego prywatnego ośrodka lub specjalisty.

Drugą formą, w jakiej pacjenci finansują usługi zdrowotne jest współpłacenie. Mamy z nim do czynienia, gdy korzystamy z usług zdrowotnych objętych ubezpieczeniem zdrowotnym (a więc finansowanych przez NFZ) ale musimy do nich dopłacić. Już teraz współfinansujemy zaopatrzenie ortopedyczne, czy, i to w znacznym stopniu, leki. Ta partycypacja może przybierać różne formy: współpłatność, gdy dopłacamy stałą kwotę do każdego świadczenia (np. 5 zł do każdej porady lekarskiej); współubezpieczenie, gdy, jest to ustalony procent kosztów (ceny) usługi zdrowotnej (np. 20% kosztów zabiegu); lub udział własny, kiedy pacjent płaci za wszystkie świadczenia, z których korzystał, do pewnej określonej kwoty, powyżej której wszystkie koszty przejmuje płatnik. Trzeci wariant jest zdecydowanie mniej popularny i dotyczy najczęściej ubezpieczeń prywatnych. Natomiast zarówno współpłatność, jak i współubezpieczenie, są powszechnie stosowane w większości krajów Europy.

Efektem współpłacenia jest wprawdzie pewne dodatkowe źródło środków w systemie ochrony zdrowia, jednak, jak wspomniano wcześniej, nie jest to cel sam w sobie, ponieważ zwykle, z punktu widzenia całości nakładów, ich znaczenie jest marginalne, szczególnie, jeśli nie pozostają w budżetach placówek, z których usług korzystamy, a wpływają do budżetu płatnika. Cele wprowadzenia współpłacenia są zdecydowanie bardziej zróżnicowane: ograniczenie liczby świadczeń, które nie mają znaczenia z punktu widzenia zachowania zdrowia pacjentów, a przez to poprawę dostępności do świadczeń dla innych pacjentów, czy ograniczenie korupcji w ochronie zdrowia.