W praktyce największe znaczenie ma ograniczenie korzystania ze świadczeń, przy założeniu, że część z nich, np. intensywne korzystanie z porad lekarskich, nie jest niezbędna. Oczywiście trudno jest zakładać, że ktokolwiek podda się wszczepieniu bypassów, tylko po to, aby nadszarpnąć budżet NFZ. Jednak można oczekiwać, że osoba, która nie uczestniczy w kosztach świadczeń, będzie korzystać z porady lekarza w bardziej błahych przypadkach, a w razie zachorowania wybierze szpital o wyższym standardzie. Może to dotyczyć również procedur medycznych, które dają niewielką szansę na poprawę stanu zdrowia. Reasumując, celem współpłacenia jest ograniczenie fałszywego poczucia bezpłatności, które pojawia się, gdy ochrona zdrowia jest finansowana wyłącznie ze środków publicznych.

Celem współpłacenia jest więc ograniczenie „zbędnych” świadczeń, zdyscyplinowanie pacjentów i zbudowanie poczucia współodpowiedzialności za funkcjonowanie systemu. Zawsze jednak pozostaje problem osób, które korzystają intensywniej ze świadczeń, ale jest to uzasadnione, nie tylko z medycznego, ale również ekonomicznego punktu widzenia. Dotyczy to pacjentów cierpiących na chroniczne dolegliwości, w których stała kontrola stanu zdrowia zmniejsza ryzyko ciężkich powikłań. Dobrym przykładem jest cukrzyca – leczenie jej powikłań w warunkach szpitalnych pochłania znaczne nakłady, a wprowadzenie dopłat do świadczeń opieki ambulatoryjnej może stworzyć absurdalną sytuację, w której pacjenci będą unikali wizyt kontrolnych, co w efekcie doprowadzi do ogólnego wzrostu kosztów leczenia.

Oznacza to, że ewentualny system współpłacenia powinien obejmować mechanizmy ochronne dla osób, w przypadku których mogłoby wystąpić pogorszenie dostępności świadczeń. Często pojawia się więc pomysł zwolnienia od opłat osób najuboższych, co na wstępie rodzi problemy ze zdefiniowaniem poziomu, uprawniającego do zwolnień, oraz ciągłej weryfikacji uprawnień (abstrahując od kwestii ewentualnych wyłudzeń socjalnych). Rodzi to również koszty administracyjne, które mogą pochłonąć ewentualne środki z dopłat. Dlatego częstym rozwiązaniem jest roczny pułap wysokości opłat, powyżej którego pacjent jest zwolniony z konieczności ich wnoszenia. Rozwiązanie to dobrze chroni osoby przewlekle chore, nie dając pełnego zabezpieczenia osobom najuboższym, ale rodzi mniejsze koszty administracyjne. Kolejną możliwością jest całkowite zwolnienie z opłat (lub obniżone limity) dla konkretnych grup pacjentów (dzieci, kobiety w ciąży, osoby niepełnosprawne, rodziny wielodzietne, osoby w domach opieki i hospicjach, itp.) lub w przypadku określonych chorób (choroby przewlekłe, rzadkie choroby genetyczne).

Ochrona zdrowia w Polsce jest finansowana w systemie powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. Opłacanie obligatoryjnych składek jest, co do zasady, warunkiem dostępu do leczenia. Oczywiście pewną rolę odgrywają inne źródła publiczne – budżet państwa (a więc nasze podatki), czy, w ograniczonym zakresie, budżety samorządów.

Czy więc czeka nas wprowadzenie dodatkowych dopłat do świadczeń zdrowotnych? Czy będziemy zmuszeni w większym stopniu finansować, z własnych środków, ochronę zdrowia? Już obecnie wydatki prywatne stanowią 27% ogólnych wydatków na ochronę zdrowia, a jeśli weźmiemy pod uwagę tylko wydatki bieżące (wyłączając inwestycje i wydatki powiązane z ochroną zdrowia) udział ten rośnie do 41%, z czego ogromna większość to bezpośrednie wydatki gospodarstw domowych. To poziom relatywnie wysoki, nie tylko w porównaniu z sąsiadami, ale również krajami Europy Zachodniej. Środki prywatne najczęściej przeznaczamy na zakup leków, w tym dopłat do leków refundowanych, dopłaty do zaopatrzenia ortopedycznego (np. protez), dopłaty do leczenia sanatoryjnego, prywatne ambulatoryjne porady specjalistyczne, badania laboratoryjne, świadczenia stomatologiczne, usługi rehabilitacyjne.

Taki poziom partycypacji gospodarstw domowych w kosztach świadczeń może stwarzać, według Światowej Organizacji Zdrowia, zagrożenie katastrofalnymi wydatkami na zdrowie, a więc sytuacją, gdy część osób nie będzie mogła korzystać ze świadczeń w związku ze swoją sytuacją materialną, lub będzie to prowadziło do ruiny finansowej. Pomimo tego, że w Polsce rozważane są relatywnie niewysokie dopłaty do świadczeń ambulatoryjnych (na poziomie 5zł) za poradę lekarską, i tak będzie to stwarzało pewne dodatkowe obciążenie.

Decyzja w sprawie wprowadzenia dodatkowych opłat należy oczywiście do ustawodawcy, który zdaje sobie sprawę ze społecznych i politycznych konsekwencji takiego kroku. Z pewnością byłaby to decyzja społecznie niepopularna, ponieważ opinia publiczna jest generalnie przeciwna współpłaceniu w publicznej służbie zdrowia, co jasno pokazują badania opinii publicznej. I to pomimo tego, że, de facto, dopłaty już teraz w naszym systemie funkcjonują (leki, sprzęt ortopedyczny, leczenie sanatoryjne).

Niechęć ta jest tak silna, że rząd, który wprowadzi współpłacenie raczej nie wygra następnych wyborów, a ich likwidacja będzie pierwszym hasłem wyborczym opozycji. Taka sytuacja miała miejsce i w innych państwach Europy Środkowo-Wschodniej, w których wycofano się z wprowadzonego współpłacenia.