W połowie listopada 2020 roku w numerze 45 magazynu „Plus Minus”, będącego sobotnio-niedzielnym wydaniem dziennika „Rzeczpospolita”, ukazał się krótki felieton Tomasza P. Terlikowskiego zatytułowany „Mentalność odrzucenia Krzyża”. Początkowo zlekceważyłem ten tekst, ponieważ jest w nim tak wiele błędnych uproszczeń i zafałszowań, że nie warto byłoby trwonić czas na jego rozważanie. Jednak po trzech miesiącach od przeczytania, przypomniałem go sobie, choć nie potrafię powiedzieć, z jakiego powodu. Przeczytałem powtórnie ze świadomością, iż wszystkie jego wady świadczą o niezrozumieniu natury ludzkiej i  niewłaściwym pojmowaniu chrześcijańskiego przesłania zawartego w Ewangeliach. A jako takie świadczą o głębokim kryzysie Kościoła katolickiego – kryzysie, którego źródłem jest zanik wiary. A gdy zanika wiara, na jej miejsce wchodzi ideologia. Autor felietonu głosi tezy swej ideologii w przekonaniu, że głosi prawdy swej wiary.

Tomasz P. Terlikowski przytacza słowa św. Jana Pawła II, że „każdy ma swoje Westerplatte”, odczytując je jako wezwanie do uświadomienia sobie, że każdy z nas jest doświadczany cierpieniem i często bywa tak, że musi się z nim pogodzić. I w odniesieniu do nich zauważa, iż o ile jeszcze do niedawna słowa takie były akceptowane, o tyle teraz filozofowie, publicyści, politycy itd. głoszą, że cierpienie jest tak wielkim złem, że jego unikanie staje się priorytetem, nie wolno nikogo na nie skazywać, jak też od nikogo nie wolno wymagać heroizmu. Jego zdaniem postawa taka jest równoznaczna z odrzuceniem fundamentów naszej cywilizacji i zmianą rozumienia człowieczeństwa. Swoje twierdzenie uzasadnia tym, że każda religia i każda filozofia próbuje zrozumieć cierpienie i przezwyciężyć je, a nie było dotąd cywilizacji, która postawiłaby sobie za cel wyeliminowanie cierpienia. My zaś teraz usiłujemy wyeliminować cierpienie „poprzez wyeliminowanie cierpiących za pomocą aborcji, eutanazji, odseparowania w specjalnych ośrodkach, gdzie inni, niedotknięci nim w takim stopniu, nie mają z nimi styczności i nie muszą się nimi przejmować”. A przecież tam, gdzie nie ma cierpienia, nie ma także człowieczeństwa; a jeśli nie jesteśmy w stanie cierpieć, to nie jesteśmy też w stanie odczuwać szczęścia.

Dziwna jest logika tego wywodu. Jeśli przywołane przez papieża Westerplatte symbolizować ma doświadczenie cierpienia, to należałoby wnosić, że tak jak obowiązkiem żołnierza jest walka z wrogiem i odrzucenie go od granic państwa, tak powinnością człowieka jest walka z cierpieniem i uwalnianie się od niego. Oczywiście, tak jak żołnierz może ulec przeważającym siłom wroga, może zostać zabity albo wzięty do niewoli, tak i człowiek może zostać dotknięty cierpieniem nie dającym się usunąć. Ale walczyć należy, jak długo starcza sił i środków.

Jednak inny aspekt jest tu o wiele ważniejszy. Przede wszystkim zauważmy, że cywilizacja nie stawia przed sobą żadnych celów. Cywilizacja jest metodą organizowania przestrzeni działań i rozwoju jednostek i społeczności. Poszczególne cywilizacje odmiennie tę przestrzeń kształtują, w rezultacie różne dopuszczają możliwości i stopnie rozwoju materialnego i duchowego człowieka. W każdej cywilizacji natomiast ludzie bronią się przed cierpieniem dopóki mogą, a dopiero, gdy cierpienie nie daje się usunąć, próbują się z nim pogodzić za pomocą swej religii czy filozofii. Chyba jedynym wyjątkiem jest buddyzm, który cierpienie uznaje za istotę tego świata, więc nic z nim nie usiłuje zrobić; dlatego to nie buddyści, tylko my stworzyliśmy naukę, a dzięki niej wynaleźliśmy m.in. środki eliminujące ból ciała i łagodzące cierpienia duszy. Nie jest też prawdą, że dopiero my teraz uznajemy eutanazję czy aborcję za coś w rodzaju praw człowieka. Starożytni Grecy i Rzymianie, od których przecież cywilizacyjnie się wywodzimy, akceptowali i jedno, i drugie. Najbardziej surowa etyka starożytności, etyka stoicka, głosiła, że jeśli cierpienie fizyczne (ból) uniemożliwia cierpiącemu spełnianie funkcji właściwych człowiekowi, wówczas ma on nie tylko prawo, ale też moralny obowiązek popełnić samobójstwo. A starożytni lekarze służyli przy tym fachową pomocą. Podobnie w wypadku aborcji – nie tylko wywoływano poronienia, ale uśmiercano nawet niemowlęta, jeśli nie spełniały oczekiwań ojca. Lekarze z kręgu Hipokratesa stanowili wyjątek, jako że wywodzili się z tradycji pitagorejczyków, uznających każde życie za świętość, podobnie jak buddyści. To dopiero chrześcijaństwo zmieniło zasadniczo  dominujące w starożytności podejście do życia, nadając mu wymiar świętości od poczęcia do naturalnej śmierci i tym samym uznając i aborcję, i eutanazję za czyny grzeszne.

Cierpienie ma dwa oblicza: fizyczne i psychiczne. Cierpienie fizyczne to doświadczenie bólu, doznanie uczucia, przeciwko któremu cały nasz organizm protestuje i od którego całe nasze jestestwo chce się uwolnić. Ból jest wspólnym doświadczeniem ludzi i zwierząt. Cierpienie psychiczne natomiast, o którym nie wiemy, w jakim stopniu jest także doświadczeniem zwierząt, to doznanie obecności w naszej świadomości czegoś jej obcego, co zakłóca bądź wręcz uniemożliwia normalne, właściwe człowiekowi działanie. Nasza psychika znajdując się w stanie cierpienia albo się od niego potrafi uwolnić, albo traci zdolność do normalnej percepcji rzeczywistości. Nie chcemy cierpieć ani fizycznie, ani psychicznie, staramy się cierpieniu zapobiec lub się od niego uwolnić, a dopiero wtedy, gdy staje się pewne, iż jest ono nieusuwalne, usiłujemy jakoś ułożyć sobie z nim życie.

Sprzeciw wobec cierpienia jest naturalną reakcją człowieka, jest konsekwencją właśnie natury ludzkiej. Rozumie to chrześcijaństwo, uznając istnienie cierpienia za konsekwencję grzechu pierworodnego i akceptując ludzkie wysiłki zmierzające do eliminowania cierpień. Ta postawa znajduje swój wyraz w przejmującej scenie ewangelicznej, w której Jezus przed poddaniem się męce Krzyża prosi Ojca, aby odsunął od niego kielich cierpienia. Jezus nie chce cierpienia i jeśli mimo to poddaje się mu, jeśli wypowiada słowa „bądź wola Twoja”, to dlatego, że zna sens swego cierpienia, tzn. wie, iż jest ono konieczne, aby dokonało się misterium Zbawienia. Kiedy człowiek staje w obliczu cierpienia, najpierw próbuje odsunąć je – na przykład lecząc chorobę organizmu czy psychiki, podejmując działania zabezpieczające przed wypadkiem itp. – a dopiero, gdy okazuje się, że jest to niemożliwe, usiłuje w jakiś sposób pogodzić się z nim, nadać mu sens. Chrześcijaństwo wypracowało dwie odpowiedzi na pytanie, jaki jest sens doświadczania przez człowieka cierpienia. Chrześcijaństwo zachodnie uznaje, że sensem cierpienia człowieka jest naśladownictwo Chrystusa; chrześcijaństwo wschodnie widzi w cierpieniu drogę przebóstwienia człowieka prowadzącą go do odzyskania w pełni statusu bytu stworzonego na obraz i podobieństwo Boga.

Tragiczny rozłam chrześcijaństwa na bizantyjskie (wschodnie) i rzymskie (zachodnie) sprawił, że do dziś nie wypracowano syntezy tych dwu postaw, które wzięte z osobna okazują się niepełne. Postawa chrześcijaństwa wschodniego pozostawia człowieka bezradnym w sytuacji cierpienia skrajnego, odbierającego człowiekowi jego człowieczeństwo. Postawa chrześcijaństwa zachodniego tą samą słabością się charakteryzuje, nadto zaś może prowadzić do niepokojącego wniosku, że odrzucając cierpienie, na przykład podejmując leczenie choroby, człowiek odrzuca zaproszenie Chrystusa do współuczestnictwa w Jego cierpieniu. Zwróćmy uwagę na ten aspekt. Jeżeli odrzucając cierpienie, dajemy świadectwo, że posiadamy – jak to ujął T. P. Terlikowski – „mentalność odrzucenia Krzyża”, wówczas prawie wszystkich chrześcijan należałoby uznać za ludzi zakłamanych. Czyniąc znak krzyża, chrześcijanin daje wyraz swojej wiary, ale zarazem wyraża swe pragnienie, by znak ten chronił go przed złem. Wielki poeta i wizjoner, Stanisław Wyspiański, włożył w usta bohatera swego dramatu „Wyzwolenie” takie oto słowa:

                         Krzyż znaczę Boży nie przeto,

                        bym na się krzyż przyjmował;

                        lecz byś mnie, Boże, od męki,

                        od męki krzyża zachował.

Gdy chrześcijanin czyni znak krzyża, zmienia jego sens, i gest symbolizujący mękę staje się gestem mającym chronić przed cierpieniem i złem wszelakim tego świata.

Tomasz P. Terlikowski napisał swój felieton w odniesieniu do wyrażanych, często w brutalnej formie i wulgarnym stylu, sprzeciwów wobec orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w kwestii aborcji. Nierozsądna i nieodpowiedzialna decyzja polityczna spowodowała nie tylko liczebny wzrost postaw skrajnych po obu stronach barykady, ale także znaczące natężenie ich emocjonalności. Jeszcze do niedawna niezadowolenie z tzw. kompromisu aborcyjnego wyrażało się po jednej stronie postulatem zmniejszenia, a po drugiej stronie postulatem zwiększenia zakresu dopuszczalności przerywania ciąży. Obecnie dominujący stał się przekaz skrajny – jedni żądają całkowitego zakazu, drudzy całkowitego przyzwolenia; kierunek, w jakim zmierza nasza cywilizacja, czyni wielce prawdopodobnym przypuszczenie, że to ci drudzy dość szybko zrealizują swój postulat. Felietonista uważa, że ci, którzy domagają się prawa do aborcji na życzenie, podobnie jak ci, którzy chcą zalegalizowania eutanazji, posiadają „mentalność odrzucenia Krzyża”. Jest to pogląd nie tylko upraszczający problem, ale przede wszystkim błędny. A błędność jest spowodowana widzeniem problemu przez pryzmat ideologii, z jednoczesnym przekonaniem, że patrzy się przez pryzmat wiary.

Jak należy oceniać postawę tych, którzy z przekonaniem twierdzą, że aborcja powinna być traktowana jak zwykła usługa medyczna, a więc dostępna na życzenie? Niedawno jeden z nich uznał za wskazane ogłosić publicznie, że jego dziewczyna swego czasu poddała się aborcji, ale niestety nie on był sprawcą usuniętej ciąży i teraz ma jedynie nadzieję, że jeszcze wszystko przed nim. W takich przypadkach nie pojawia się problem cierpienia, a postawa tych ludzi determinowana jest po prostu bezmyślnym wygodnictwem; nie mamy tu więc do czynienia z jakąś „mentalnością odrzucenia”, tylko ze zwyczajną głupotą. Na gruncie etyki anglosaskiej należałoby uznać, że tacy ludzie mają upośledzony zmysł moralny (moral sense), a więc nie są zdolni rozpoznać wielu przejawów zła, analogicznie jak człowiek z upośledzonym zmysłem słuchu nie jest zdolny usłyszeć wielu tonów. Na gruncie etyki chrześcijańskiej należy uznać, że tacy ludzie mają przytłumione lub źle uformowane sumienie, a więc nie zawsze mogą usłyszeć jego głos albo słysząc go, nie zawsze potrafią właściwie zrozumieć.

Rzeczywiste cierpienie pojawia się wtedy, gdy kobieta dowiaduje się, że zaistniałe w niej nowe życie nie ma szans na normalny rozwój – że nosi ona w sobie płód bez mózgu lub obciążony wadami śmiertelnymi, prowadzącymi do obumarcia jeszcze w jej łonie albo wkrótce po urodzeniu. Czy decydując się w takiej sytuacji na dokonanie aborcji, kobieta ujawnia „mentalność odrzucenia Krzyża”? Jeśli kobieta dowiaduje się, że w jej macicy pojawił się nowotwór, natychmiast podejmuje leczenie, decyduje się na operację chirurgiczną, chemioterapię itd.; nie czyni się jej wówczas zarzutu, że przecież powinna przyjąć z ufnością zesłane przez Boga cierpienie i być pogodzona z możliwością rychłej śmierci. Istota problemu moralnego wyraża się więc w pytaniu, czy płód bez mózgu lub obciążony wadami letalnymi wolno potraktować tak, jak traktuje się tkankę nowotworową.

Tak postawiony problem jest w istocie problemem ustalenia początku zaistnienia człowieka. Chodzi oczywiście nie o człowieka w sensie czysto biologicznym, ten bowiem zaczyna się od poczęcia, czyli połączenia jajeczka z plemnikiem. Powstała w ten sposób zygota jest człowiekiem, ponieważ posiada pełny materiał genetyczny przesądzający o jej ludzkich cechach zewnętrznych i wewnętrznych, zatem nie rozwinie się z niej nic, co należałoby do jakiegoś bytu odmiennego rodzaju biologicznego. Pytamy tutaj o człowieka w sensie metafizycznym, o osobę ludzką, która wedle nauki Kościoła jest jednością (złączeniem) ciała i duszy. Kościół zdecydowanie twierdzi, że tak rozumiany człowiek zaczyna się w momencie poczęcia, ponieważ Bóg łączy nowo stworzoną duszę z nowo utworzoną zygotą w jednym czasie. Nie zawsze tak twierdzono, początkowo przyjmowano arystotelesowski pogląd, że dopiero na pewnym etapie swego rozwoju płód otrzymuje duszę. Pomińmy jednak tę kwestię i przyjmijmy, że teza o zaistnieniu duszy w momencie połączenia gamet żeńskiej i męskiej jest prawdziwa. Wynika z niej, że dokonanie aborcji jest w każdym przypadku zabiciem człowieka – nie tylko człowieka w sensie biologicznym, ale zarazem osoby ludzkiej. Jeżeli człowiek posiada właściwie uformowane sumienie, jego głos ostrzeże go, że przerywając ciążę, przerywamy życie osoby ludzkiej, czyli dokonując aborcji popełniamy morderstwo.

Formowanie sumienia nie polega na odwoływaniu się wyłącznie do emocji i uczuć, lecz także na racjonalnej argumentacji i uzasadnianiu. Chcąc uformować sumienie jednostki, musimy nie tylko zapoznawać ją z uznanymi w naszym kręgu cywilizacyjnym i kulturowym normami moralnymi, ale także uzasadniać, dlaczego uznajemy, że to, co te normy nakazują, jest dobre, a to, czego zakazują, jest złe. To uzasadnienie nie może ani opierać się wyłącznie na autorytecie, ponieważ różne są autorytety i różne głoszą zalecenia, ani odwoływać się wyłącznie do naszej emocjonalności, ta bowiem również nie jest u wszystkich jednakowa. Inaczej rzecz ujmując: uzasadnienie nie może być subiektywne, lecz musi mieć charakter obiektywny, czyli musi być argumentacją racjonalną. W odniesieniu do naszych rozważań znaczy to, że powinniśmy przynajmniej starać się racjonalnie argumentować na rzecz tezy, że duszę posiada nie tylko płód, którego materiał genetyczny nie wyklucza możliwości dalszego rozwoju, ale również zygota, która zostanie samoistnie poroniona, płód bez mózgu, płód, który obumrze w łonie kobiety, czy który przeżyje najwyżej kilka tygodni. Przeprowadzając taką argumentację, musimy zarazem być świadomi, że powinna ona wyjaśniać, przynajmniej hipotetycznie, jaki jest sens Boskiego aktu nadawania duszy takim zygotom. Przeprowadzenie racjonalnej argumentacji jest warunkiem koniecznym ukazania sensu urodzenia tego rodzaju płodów, a więc tylko wówczas będziemy mogli przekonywać kobietę, że jej cierpienie ma sens, zatem nie powinna go odrzucać. Jezus przyjął cierpienie, ponieważ znał jego sens.

Człowiek wierzący, jeśli jest głęboko przekonany o człowieczeństwie płodu z wadami letalnymi, może (a nawet powinien) to swoje przekonanie wyrażać. Są kobiety, które dały świadectwo swojej wierze, rodząc życie, które nie miało szans na przeżycie. Ale osobiste świadectwo jest potwierdzeniem osobistej wiary, nie może zaś stanowić argumentu. Dlatego ci, którzy na gruncie swojej wiary przekonują kobietę, że powinna donosić swą przerażającą ciążę, winni to czynić środkami racjonalnymi. Nie są zdolni do tego ci, u których wiara zanika, a na jej miejsce wchodzi ideologia świętości życia. Oskarżanie kobiety, że decydując się przerwać tragiczną i beznadziejną ciążę, wykazuje „mentalność odrzucenia Krzyża”, jest i głupie, i nieludzkie.

Podstawowym problemem człowieka, którego dotyka cierpienie, jest rozstrzygnięcie, czy ma ono sens. Pytanie o sens cierpienia to jedno z fundamentalnych pytań egzystencjalnych, a jego pochodną jest pytanie o sens przyjmowania cierpienia, którego można uniknąć. Ideologia nie może odpowiedzieć na żadne z pytań egzystencjalnych – ona może jedynie głosić swoje arbitralne odpowiedzi i wymuszać postępowanie zgodne z nimi. W wypadku religii jej kryzys staje się nieuleczalny od momentu, od którego na trwałe przestaje ona być zdolna do udzielania odpowiedzi na fundamentalne pytania egzystencjalne. Tym samym zaś Kościół pogrążony w kryzysie wiary nie jest zdolny do formowania ludzkich sumień.

Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czy chrześcijaństwo, w szczególności katolicyzm, wyjdzie z kryzysu, w którym się obecnie znajduje. Mam tylko nadzieję, że tak, albowiem kres chrześcijaństwa byłby kresem naszej cywilizacji; ale nie jest to mocna nadzieja, może raczej wielkie pragnienie. Potrafię jedynie powiedzieć, że mój rozum wskazuje mi, iż w pewnych sytuacjach przerwanie ciąży jest moralnie dopuszczalne, może nawet konieczne, a moje sumienie nie sprzeciwia się ustaleniom mego rozumu. Być może mam sumienie źle uformowane. Nie dlatego jednak, że tak mi jest wygodniej, lecz dlatego, że jak dotąd nikt nie wykazał mi, iż mój rozum się myli. Z pewnością moje sumienie uzyskałoby inny format, gdyby ktoś przekonał mnie za pomocą racjonalnych argumentów, że zygota od samego początku obdarzona jest duszą, z czego wynikałoby, że przerwanie ciąży w każdym przypadku jest zabiciem osoby ludzkiej. Inaczej mówiąc, chciałbym poznać racjonalne uzasadnienie, że nie jest sprzeczne z rozumem twierdzić, że duszę posiada zygota, która zostanie poroniona z przyczyn naturalnych, zygota, z której rozwinie się płód bez mózgu, czy zygota obciążona genetycznie wadami letalnymi, a więc każda z nich jest osobą ludzką, czyli jej uśmiercenie jest zabiciem człowieka.

                                                      ***

Powyższe rozważania odniesione zostały do kwestii aborcji, jest to bowiem przykład wyrazisty i obecnie wzbudzający wielkie spory. Ale podobne można przeprowadzić w odniesieniu do kwestii eutanazji – wówczas problem będzie wyrażał się w pytaniu, jaki jest sens trwania w cierpieniu, które odbiera człowiekowi jego człowieczeństwo. Na to pytanie ideolog ma także jedną i tę samą odpowiedź: ponieważ życie jest święte, więc eutanazja jest niemoralna w każdym przypadku. Jak wszelka ideologia, tak również ideologia świętości życia nie jest zdolna do formowania ludzkich sumień. Wręcz przeciwnie, ona sumienie zagłusza. Pojawia się w miejscu opuszczonym przez wiarę i zastępuje wiarę ludziom, którzy utracili nadzieję życia wiecznego, ale nie chcą się do tego przyznać nawet przed sobą. Ideologia świętości życia pozwala im oszukiwać samych siebie, że ich bezkompromisowa obrona każdego ludzkiego życia w każdej sytuacji nie jest powodowana lękiem przed nieistnieniem, lecz wynika z głębokiego przekonania o świętości życia.