Na początku należy zastrzec, że wybory prezydenta jeszcze się nie skończyły. Pretendent, kandydat partii demokratycznej, Joe Biden, formalnie nie jest jeszcze prezydentem – bo to Kolegium Elektorów 14 grudnia 2020 r. w głosowaniu wybierze prezydenta. Tym sposobem Joe Biden chociaż wygrał w większości stanów i zapewnił sobie większość głosów elektorskich może nie zostać wybrany, bo – rzecz nieprawdopodobna, chociaż teoretycznie możliwa – część elektorów może zmienić obóz i oddać głos na Donalda Trumpa. Byłoby to pierwsze takie zdarzenie w całej historii USA. Wprawdzie wcześniej zdarzały się zdrady wyborców, tzn. elektorzy głosowali nie na tego kandydata którego przez wyborców byli zobowiązani poprzeć, ale były jednostkowe incydenty, nie wpływające na ostateczny wybór osoby prezydenta USA. Nie ma żadnego powodu by tym razem było inaczej, chociaż - bardzo prawdopodobne – ustępujący prezydent, Donald Trump, będzie usilnie ich do tego namawiał.

Trump stwierdził, że trudno sobie wyobrazić by wyborach Biden otrzymał aż 80 mln głosów – co dało mu 306 głosów elektorów - nota bene, z tą samą różnicą Trump został wybrany prezydentem w poprzednich wyborach. Zdobył przewagę, którą wtedy nazwał przygniatającą, chociaż otrzymał mniej głosów wyborców niż Hilary Clinton, bo 63 mln w porównaniu do 66 mln. Przypomnę, że do czasów Bidena, najwięcej głosów otrzymał Barak Obama w 2012 roku - 70 mln. W następnych wyborach B. Obama też wygrał chociaż z z mniejszą liczbą oddanych głosów - tylko 66 mln.

5 stycznia 2021 r. w Georgii odbędą się wybory do senatu. Georgia ma przyznane dwa miejsca w Senacie USA. I aby zapewnić nowemu prezydentowi relatywny komfort rządzenia demokraci muszą je wygrać i zdobyć oba miejsca. Jeśli się to uda- w Senacie będzie równowaga między demokratami a republikanami i w takim przypadku głos prezydenta ma decydujące znaczenie. Jednak gdy republikanie zdobędą jeden lub jeszcze gorzej: dwa senatorskie fotele to szanse wprowadzenia zmian w polityce wewnętrznej i zewnętrznej przez Bidena zdecydowanie się zmniejszą. Bo pamiętajmy, że republikanie także zmniejszyli przewagę demokratów w Izbie Reprezentantów.

A Trump chociaż pokonany, nie zamierza składać broni. Będzie walczył z Bidenem aż do samego posiedzenia Kolegium Elektorskiego, a pewnie także i później… Wszyscy spekulują, że ostatnie decyzje Prezydenta Trumpa świadczą, że przygotowuje sobie grunt do kompanii wyborczej w następnych wyborach prezydenckich. A w międzyczasie będzie wywierał presję na republikanów i utrudniał lub nawet paraliżował pracę nowego prezydenta: Joe Bidena.. I zamierza wrócić na białym koniu jako wybawca i ostateczny zwycięzca … Nie jest dobre ani dla USA ani dla świata….. Ale cóż..  Donald Trump który uważa siebie za najlepszego prezydenta USA wszechczasów nie może tak po prostu odejść ze stanowiska. To by oznaczało przyznanie się do błędów, do porażki. Jeśli Trump kiedykolwiek odejdzie z polityki to pewnie ze słowami Hitlera na ustach - nasz naród (amerykański- niemiecki) nie dorósł do zadań które wyznaczyła mu opatrzność/wódz!

Trump swoją osobą, swoim zachowaniem przypomina Henry’ego Forda: geniusza przedsiębiorczości i wynalazczości i kontrowersyjnej osoby. Był to autorytarnym przywódca. Przekonany o swojej nieomylności, niezdolny do kompromisu, nieznoszący sprzeciwu oraz zwolennik konspiracyjnych teorii i zagorzały antysemita. Podobnie Trump. Chociaż jest autorem – chociaż są tacy, co w to wątpią; np. jego bratanica, Mary Trump, która twierdzi, że skoro dyplom Uniwersytetu Pensylwanii Trump zwyczajnie kupił, to bardzo możliwe że tak samo postąpił i w tym przypadku – książki o dochodzeniu do porozumienia w biznesie, to jednak w jego administracji niewiele jest osób które by pracowały dłużej niż kilka-kilkanaście miesięcy. Albo odchodziły z własnej woli albo były dymisjonowane. Ostatnim pracownikiem którego Trump wyrzucił był główny doradca do spraw bezpieczeństwa w sieci, a powodem było to, że nie znalazł śladów włamania do elektronicznego systemu liczenia głosów wyborczych.

Ale pamiętajmy, że Donald Trump ma liczną rodzinę, z której duża część zaangażowała się politycznie po jego stronie. Najbardziej aktywnie występują jego córka Iwanka i zięć Jared Kushner, którego zdanie w sprawach Bliskiego Wschodu Trump szczególnie ceni, a także synowie: zwłaszcza starszy Donald Jr i synowe: szczególnie żona młodszego syna Erica, Lara Trump. I do najbliższego kręgu zalicza się jeszcze wieloletniego przyjaciela i osobistego prawnika, byłego gubernatora Nowego Jorku, Rudy’ego Giuliani. To będzie centrum nieprzejednanej opozycji wobec prezydenta Bidena.

Trump jest osobą konfliktową i jego partyjni koledzy dobrze to wiedzą. Ale co mają robić, skoro wśród zwykłych członków partii republikańskiej poparcie dla Trumpa wciąż jest wysokie - około 70% republikanów wierzy, że wybory były sfałszowane. I ponieważ wszystkie wartości w USA dadzą się wyrazić w dolarach, to poparcie dla Trumpa do początków grudnia sięgnęło 170 mln $, pieniędzy które zwolennicy Trumpa już po wyborach zaczęli zbierać z przeznaczeniem na szukanie dowodów oszustw wyborczych. Innymi słowy: pójdą drogą która przyniosła zwycięstwo PiS-owi: regularne, co kilka miesięcy, mobilizowanie zwolenników przeciwników Bidena rewelacjami o prawdziwych lub fałszywych danych na temat przekrętów wyborczych. I już jest osoba typowana do zajęcia roli Antoniego Macierewicza – to Sidney Powell, była generalny prokurator USA. Oświadczyła, iż zamierza poświęcić się dociekaniu „prawdy o wyborach”… Aby być precyzyjnym: ona tę prawdę już zna, wybory zostały sfałszowane, tylko nie wie w jaki sposób i nie ma na to dowodów... Ostatnia jej głośna hipoteza mówi o tym, że oprogramowanie służące do liczenia głosów w stanie Georgia zostało stworzone na zlecenie (dla fałszowania wyborów) byłego prezydenta Wenezueli Hugo Chaweza…. W następnych miesiącach i latach zapewne jeszcze usłyszymy inne mniej lub więcj fantastyczne hipotezy i teorie…

Na razie tym się Biden nie musi przejmować. Nikt z poważnych obserwatorów amerykańskiej sceny politycznej nie wierzy w możliwość zakwestionowania legalności wyborów prezydenckich. Joe Biden ma znacznie poważniejsze kłopoty. Stoi przed nim zadanie likwidacji lub przynajmniej zmniejszenia czy złagodzenia podziałów w społeczeństwie USA. które bardzo mocno i wyraźnie się pokazały w czasie kampanii wyborczej. Chodzi o stosunki białych i czarnych amerykańskich obywateli: czarni czują się dyskryminowani, zaś biali uważają że władze federalne poświęcają sprawom czarnych nieproporcjonalnie dużo czasu i pieniędzy. Przywódcy akcji „czarne życie ma znaczenie” sceptycznie i z dystansem odnoszą się do deklaracji Joe Bidena. Podobnie jak i członkowie partii republikańskiej.

Ból głowy Bidena zapewne wywołują też same podziały w partii demokratycznej. Od kiedy B. Sanders wystąpił w prezydenckiej kampanii wyborczej z socjalistycznym programem i odniósł relatywny sukces, siła lewego skrzydła demokratów wciąż rośnie. Niektórzy umiarkowani demokracji zaczynają się zastanawiać: czy aby nie bliższa ideologicznie im jest partia republikańska? Zaś radykalni demokraci pytają dlaczego kolejny raz sprawa rosnących nierówności społecznych jest pomijana w programie ich partii?

O ile Trump z nielicznymi wyjątkami otaczał się białymi mężczyznami, to w nowym centrum władzy, w administracji prezydenta Bidena ma być równowaga między mężczyznami i kobietami, zarezerwowano też odpowiedni udział przedstawicieli mniejszości rasowych, etnicznych i seksualnych. To, niewątpliwie, idea zgodna z duchem czasu. Ale czy tak skonstruowana grupa rządząca będzie sprawnie działać, będzie efektywna? Cóż, wątpliwości pozostają…

I jeszcze jedna uwaga na temat przyszłej grupy władzy. W gruncie rzeczy składa się z trzech elementów: pierwszy to byli członkowie administracji prezydenta Baraka Obamy, drugi – współpracownicy Bidena z różnych okresów jego życia, trzeci – nowi, przybysze z różnych części ideologicznego spektrum, w tym także republikanie. Najważniejszą rolę ma odgrywać pierwsza grupa, na tyle ważną, że niektórzy już nazywają kadencję Bidena: Obama 2.0 lub 3.0. Jeśli rzeczywiście Biden ma naśladować styl rządów Baraka Obamy, to źle wróży polityce USA. Bo z prezydentem Obamą wiązano wielkie nadzieje, lecz jego prezydentura była rozczarowująca. Miły, sympatyczny lecz także ostrożny, niezdecydowany, niekonsekwentny – tak został zapamiętany Barak Obama. A tymczasem od Bidena sytuacja wymagać będzie zdecydowanych i szybkich decyzji. Bo wyzwania są naprawdę poważne. I rzecz idzie o gospodarce i polityce już w czasach po-pandemicznych.

Pierwsze wyzwanie wiąże się z przestawieniem gospodarki energetycznej: z surowców kopalnianych na źródła odtwarzalne, przyjazne środowisku naturalnemu. Trump lekceważył problem ocieplenia klimatu. Uważał, że wszelkie porozumienia i traktaty klimatyczne uderzają w gospodarkę, niszczą miejsca pracy. Kopalnie węgla a zwłaszcza bujnie rozwijający się przemysł wydobywczy gazu ziemnego ucierpi jeśli zastosuje się wszystkie międzynarodowe ustalenia.

Drugie wyzwanie dotyczy ekonomicznej rywalizacji z Chinami. Zwłaszcza w zakresie technologii sztucznej inteligencji. Uważa się, że Chiny jeśli już nie wyprzedziły USA to przynajmniej dorównują im w technologii która będzie decydować o przyszłości świata.

Trzecie wyzwanie to sprawa polityki zagranicznej: najważniejsze kwestie to a) naprawienie stosunków z Unią Europejską, bo Trump dążył do jej podziału. Kwestia b) to uregulowanie stosunków z światem arabskim, zwłaszcza z Iranem. Trump uważał Iran za głównego wroga, a swoją politykę: dyktatu siły, opierał na przyjaźni z Izraelem i sojuszu z Arabią Saudyjską. To prowokowała napięcia na całym Bliskim Wschodzie. Natomiast Biden prawdopodobnie będzie chciał stworzyć jakiś pokojowy układ oparty na wielostronnych i wzajemnie korzystnych porozumieniach. Sprawa c) to problem Korei Północnej i sprawa zablokowania niebezpieczeństwa użycia broni nuklearnej. I ostatnia kwestia d) to sprawa powstrzymania imperialnych ambicji Rosji i Putina. Trump uważał Chiny za swojego głównego wroga a Putin potrzebny był mu dla ewentualnego sojuszu. Prawdopodobnie to jest powód tego, że jego polityka wobec Rosji była ambiwalentna: z jednej strony krytykował Rosję i nakładał sankcje gospodarcze, lecz z drugiej strony dbał o to, by nie osłabiać jej zbyt mocno, sprzeciwiał się blokowaniu kont i kontaktów przyjaciół i oligarchów Putina. Rosja to doceniała i nieformalnie wspierała jego kampanię wyborczą – dowody można znaleźć w Raporcie Millera.

I na koniec: sprawa Polski. Niewątpliwie, stosunki USA i Polski PiS-u ulegną ochłodzeniu (sprawa praworządności), chociaż nie sądzi się, żeby nastąpił jakichś kryzys. Polska tylko sobą nie jest i nigdy nie była - także podczas prezydentury Trumpa - ważnym problemem dla USA. Jego waga i znaczenie zależy od rodzaju stosunków USA z UE i Rosją. I tak zapewne pozostanie...

Reasumując ostatnią część mojego tekstu: wyzwania które stoją przed przyszłym prezydentem USA, zwycięzcą wyborów prezydenckich w 2020 r., są poważne. Czy Joe Biden im podoła? Czy okaże się politykiem na miarę wyzwań XXI wieku?

Czas pokaże…