Tak to już jest, że najpierw trzeba zachłysnąć się swoją legendą, aby później mieć już jej dość i rozpocząć „miesiąc trzeźwości”, oczywiście w ocenie tego co było. Na razie jesteśmy natrętnie przemęczeni nową, poprawioną wersją przeszłości, która w dodatku ugięła się presją obowiązującej dziś poprawności, a ona nijak ma się do relacjonowanych (jakoby) faktów z przeszłości.

Współczesna wersja Cudu nad Wisłą przebiła nawet sanacyjną propagandę, kształtowaną po 1926 roku (od zamachu stanu Piłsudskiego), czyli w czasie gdy obowiązywał (nawet formalnie) państwowy kult jego osoby. W najnowszej wersji historii jak wiemy zmieniono nawet ówczesnego wroga: już nie jest nim państwo bolszewickie lecz Rosja, co zapewne jest wielkim, wręcz fundamentalnym odkryciem naukowym. Zapewne przewracają się w grobach naoczni świadkowie, lecz również ówcześni polscy biskupi, którzy w lipcu 1920 roku wystosowali list do Papieża, gdzie nawołując do obrony stwierdzili oczywisty fakt, że bolszewicy „zniszczyli Rosję” a teraz chcieli to samo zrobić z Polską.

Nasz nowy wróg ma jednak wiele twarzy, bo nazywany jest również „azjatyckimi hordami”, a w szeregach wojsk owej Rosji znajdujemy dziś nawet Chińczyków, a skrzętnie wykreślono Niemców, Ukraińców a zwłaszcza Polaków (trochę ich było). Mamy więc nowego wroga, który ukrył się za skośnymi oczami tychże „Azjatów” i jednocześnie wykreślono z przeszłości zupełnie inny obraz, który raz po raz daje o sobie znać, gdy reprodukowane są ówczesne plakaty propagandowe zagrzewające nas do walki w obronie Ojczyzny.

A co jest najważniejszym ówczesnym obliczem naszego wroga? Jest nim oczywiście „ŻYD”, mający zwłaszcza rysy Lejby Bronsteina, czyli Lwa Trockiego – drugiej osoby w państwie bolszewickim. Nam, wiernym sojusznikom Stanom Zjednoczonym i Izraela, nie wolno dziś o tym wspomnieć, bo przecież byłoby to namacalnym dowodem zapiekłego „polskiego antysemityzmu”.

My musimy na co dzień potwierdzać, że przestrzegamy nakazów nowej cenzury, które sprzed stu laty nie mieściłby się nawet w najbardziej lewicowych wyobrażeniach. Dla ówczesnych polskich (i zachodnich) propagandystów, ideologów i polityków zagrożenie ze wschodu było „żydowskim spiskiem” przeciwko Rosji i chrześcijaństwu, który bynajmniej nie był tajny. Zamieszkująca wszystkie miasta i miasteczka Kongresówki i innych ziem byłego zaboru rosyjskiego i austriackiego ludna i dynamiczna diaspora żydowska również nie ukrywała swoich sympatii do socjalistów, w tym bolszewików, jednocześnie z głęboką niechęcią lub wręcz nienawiścią odnosiła często zarówno do Polski jaki i Rosji.

We wspomnianym już liście biskupów polscy hierarchowie mówili wprost o „rasie”, kierującej bolszewizm, która wcześniej „podbiła świat przez złoto i banki”, a w 1920 roku gnana „odwieczną żądzą imperialistyczną płynącą w jej żyłach”, chce ujarzmić nas Polaków. Ówcześni biskupi jakoś nie zauważyli odkrytego przez współczesną poprawność „imperializmu rosyjskiego” sprzed stu laty, lecz mówili o innym „ rasowym imperializmie”.

Dziś powtarzanie tych słów stawia każdego poza nawiasem poprawności grozi nokautującym zarzutem „antysemityzmu”. Tyrania jej obrońców niektórym nakazuje poprawiać historię i pleść androny o „rosyjskiej agresji w 1920 roku” byleby tylko nie zasłużyć na to piętno.

Mam oczywiście w umiarkowanym poważaniu północnoatlantycką poprawność, ale nie zamierzam chować się pod jej kołdrą: nie ugnę się pod terrorem obowiązującej głupoty. Przeszłość ma się nijak do narracji w wersji A.D. 2020, a nieukrywana niechęć do gorszych nacji (do której – obok „Żydów” zaliczono na Zachodzie również nas, Polaków) była faktem i nie cenzurujemy przeszłości. Ówcześni politycy polscy nie owijali w bawełnę, lecz nie mieli również pomysłu na przekonanie do obrony Polskiego Państwa wszystkich zamieszkujących nasze ziemie mniejszości narodowych („rasowych”).

Więcej, mieli również kłopot  przekonaniem do polskości nawet polskich chłopów, stąd powołanie na stanowisko szefa rządu Obrony Narodowej Wincentego Witosa, który chciał zjednać włościańską większość naszego kraju poprzez uchwalenie ustawy o reformie rolnej. Uzyskano jednak dość niskie poparcie, reformy rolnej z 1920 roku nie przeprowadzono, a ówczesny premier przebył później nie tylko sanacyjne katownie, był sądzony i bezprawnie skazany, a koniec końców zmuszony do emigracji przez „chłopców komendanta”. Może IPN zajmie się tym bezprawiem i obejmie swoim śledztwem wszystkie zbrodnie przeciwko Narodowi Polskiemu, również te sanacyjne?

Wiem, że to jednak nie nastąpi, bo było to „bezprawie niepodległościowe”. To oczywiście ironia – gwoli wyjaśnienia dla onetinteligentów.