W liście tym jest sporo dramatycznych słów o „grożącej katastrofie finansów publicznych”, „niszczycielskiej sile” czegoś, co nazywają „procyklicznością dochodów z VAT-u” (już to brzmi bardzo poważnie i powinno budzić niepokój) oraz o tym, że obecny rząd coś „uparcie lekceważy”. Być może autorzy nie dostrzegają, że stan dochodów budżetowych jest co miesiąc publikowany oficjalnie na stronach resortu finansów, a wyniki w rachunku narastającym za pięć miesięcy – podobnie jak po czterech miesiącach – są ogłaszane na początku trzeciej dekady następnego miesiąca.

Zresztą bez tego raportu wiemy już, że spadek dochodów budżetowych w maju tego roku w stosunku do prognozy był podobny jak w kwietniu br.: dotyczy to przede wszystkim podatku dochodowego od działalności gospodarczej (osób fizycznych i osób prawnych), akcyzy oraz VAT-u. Nie jest to jakąkolwiek tajemnicą, nie ma czego „ujawniać” ani tym bardziej „ukrywać”, bo jest to wiedza powszechnie dostępna: w tym roku spadek dochodów budżetowych (rok do roku) będzie wynosić już na pewno 15%, a gdy ktoś wpadnie na pomysł, aby z powrotem wprowadzić jakąś kwarantannę (mamy przecież więcej zakażeń niż wtedy, gdy ją przed trzema miesiącami wprowadzono na początku epidemii), to ów spadek będzie jeszcze większy.

Połowę dochodów z akcyzy daje opodatkowanie paliw silnikowych, a ich sprzedaż spadła i wciąż jest „pod kreską”, mniej pijemy alkoholu (dwa miesiące zamknięte były bary i restauracje) oraz obniżyła się sprzedaż detaliczna większości towarów objętych stawką 23% VAT-u. Po prostu mniej kupujemy, a „winę” za to ponosi narzucony nam sposób zwalczania pandemii (nie tylko u nas).

Może byli ministrowie finansów pracując swego czasu na ulicy Świętokrzyskiej 12 nie mieli okazji bliżej zająć się problematyką dochodów budżetowych (bo musieli zajmować się innymi ważnymi problemami) i nikt im tym tematem nie zawracał głowy.

Zaskakuje jednak publicznie wyrażona troska o stan dochodów budżetowych przez przynajmniej niektórych sygnatariuszy tego listu, którzy w czasie pełnienia funkcji publicznych raczej nie wypowiadali się na ten temat. Przypomnę, gdy przed trzydziestu laty ograbieni z oszczędności życia i bieżących dochodów konsumenci nie byli w stanie – wobec panującej drożyzny – zaspokoić swoich potrzeb, a na prawie każdej ulicy kwitł w najlepsze nieopodatkowany handel kontrabandą, w tym wódką i papierosami, a płacący jeszcze jakieś podatki państwowi przedsiębiorcy gnębieni byli drakońskimi podatkami, ówczesny minister finansów nie wyrażał publicznej troski o stan dochodów budżetowych, mimo że skala załamania lat 1990-1991 była prawdziwa katastrofą, którą w liberalnej publicystyce i „inaczejnaukowych” pracach nazwano „sukcesem radykalnej transformacji”.

Wśród zatroskanych obecnym stanem finansów publicznych jest również „najlepszy minister finansów Europy Wschodniej”, który swoimi rządami pośrednio autoryzował drugą po latach 1990-1991 największą grabież pieniędzy publicznych w okresie od 2008 do 2014 r. Straty tego okresu były nawet większe niż w czasie „radykalnej transformacji”, bo jego rządy trwały dużo dłużej. Swoją drogą może sygnatariusze tego listu zażądaliby również ujawnienia, ile kosztowały nas rządy we wspomnianych już dwóch „liberalnych” okresach?

Jeżeli tak, to służę pomocą w policzeniu ich dokonań, które przecież doceniono w sposób dosłowny przyznając również najwyższe odznaczenia państwowe, bo w wolnej Polsce wszelkie zasługi są sowicie nagradzane.

Żeby nie było wątpliwości: nigdy nie byłem szczególnym entuzjastą rządów na ulicy Świętokrzyskiej 12 sprawowanych w latach 2016-2019, choć w tym czasie zrobiono również sporo dobrego, nawet więcej niż przez poprzednie piętnaście lat, ale również dano zarobić interesariuszom (w końcu rządzili „ludzie z rynku”). W całym ostatnim dwudziestoleciu obiektywnie były to jednak najlepsze czasy pod tym adresem dla budżetu państwa, ale na tle poprzedników raczej dość łatwo o sukces (wystarczy nie psuć).

Autorzy listu ledwo skrywają to, o co im prawdopodobnie idzie publikując ten list: mowa jest tam o wyborach prezydenckich, mimo że na miły Bóg głowa państwa nie zajmuje się i nie odpowiada za stan dochodów budżetowych. Ale przy okazji może dowiedzieliśmy się, kto będzie wspierał swoim doświadczeniem kandydata zjednoczonego AntyPiSu. Gdyby taka była wola wyborców, aby wygrał w starciu z PiSem, wiemy do jakich doświadczeń będzie nawiązywać tworząc być może nowy, mniejszościowy rząd. Czekają nas wtedy wielkie powroty.

Możemy być pewni: wtedy już na pewno „piniędzy nie ma, nie było i nie będzie” na jakieś tam „rozdawnictwo”.