Redakcja: Na czym polegała działalność Kim Dae-junga w polityce Korei Płd. w latach 1960-1980?

Dr hab. Marcin Jacoby: Kim Dae-jung jako młody człowiek był biznesmenem, ale bardzo wcześnie zaangażował się również w karierę polityczną. Już w połowie lat 50., mając około 30 lat, mocno włączył się w działalność na rzecz demokracji. To był czas rządów pierwszego z koreańskich dyktatorów, Rhee Syng-mana, ustanowionego tak naprawdę głównie przez Amerykanów. We wspomnianych latach 50. Kim Dae-jung był już postacią identyfikowaną z lewicowymi ruchami pro-demokratycznymi. W 1961 r., jako można powiedzieć profesjonalny polityk, został wybrany do parlamentu koreańskiego, ale wybory te zostały anulowane przez drugiego dyktatora, generała Park Chung-hee, który właśnie w 1961 r., po zamachu stanu, objął władzę w Korei.

W 1963 r. odbyły się kolejne wybory i Kim Dae-jung dostał się do parlamentu. System dyktatury Park Chung-hee stawał się natomiast z roku na rok coraz bardziej opresyjny i kiedy w 1971 r. doszło do kolejnych wyborów, które odbywały się już pod ogromną presją społeczną, Kim Dae-Jung osiągnął gigantyczną pulę głosów wyborców koreańskich. Udało się to mimo propagandy antylewicowej, skierowanej na opowieść o wielkim sukcesie generała Park Chung Hee, który już wtedy stał się prezydentem. Kim Dae-jung osiągnął jednak 45% głosów, co tak rozsierdziło władzę, że został on natychmiast aresztowany pod pozorem jakichś machlojek wyborczych, co było nieprawdą. W więzieniu spędził w sumie 6 lat, ponieważ, kiedy wychodził z więzienia za chwilę znowu go do niego wrzucano, po czym znowu wychodził i tak jego kariera polityczna w tamtym czasie mniej więcej wyglądała. Kiedy opuszczał więzienie natychmiast angażował się w ruchy demokratyczne, a kiedy władza bardzo się denerwowała z powodu jego aktywności, to znowu zostawał aresztowany. Był też wielokrotnie więziony w areszcie domowym, szykanowany, zastraszany, kilkakrotnie dochodziło także do prób jego zabójstwa. Można więc powiedzieć, że uchodził za bardzo znaną postać, która niezwykle irytowała prawicowe reżimy w Korei Płd.

Lata 70. okazały się okresem, w którym Park Chung-hee mocno „przykręcał śrubę”. Kim Dae-jung miał zostać zgładzony, ale to się nie udawało. Jako najsłynniejsze można właściwie określić dwa zamachy. Pierwszy, kiedy ciężarówka próbowała go stratować na chodniku i został wtedy poważnie ranny, przez co kulał później do końca życia. Drugi zaś w 1973 r., gdy agenci koreańskich służb wywiadowczych próbowali go utopić w morzu i został wtedy ponoć uratowany przez agentów amerykańskich, którzy o dziwo próbowali go jakoś ochronić. Był to więc bardzo trudny okres, kiedy Kim Dae-jung w niezwykle odważny sposób cały czas próbował walczyć o demokrację w Korei.

Za co Kim Dae-jung został skazany na śmierć i w jaki sposób udało mu się ujść z życiem?

Ta sprawa jest w Polsce mało znana. Rok 1980 to czas, kiedy trzeci z dyktatorów koreańskich, również generał, Chun Doo-hwan, po zamachu stanu zawładnął Koreą. Ogromne protesty społeczne, które wybuchły w 1980 r. były właśnie buntem przeciwko jego uzurpacji i władzy. Protesty się rozszerzały, a Chun Doo-hwan, który bardzo się tym niepokoił stwierdził, że jedną z kluczowych osób i swoistym podżegaczem jest właśnie Kim Dae-jung. Kim został aresztowany w maju podczas najważniejszych protestów tamtego okresu, co tylko rozsierdziło Koreańczyków. Kim Dae-jung pochodził z prowincji Jeolla, gdzie takim miastem stanowiącym ognisko ruchów lewicowych i demokratycznych było miasto Gwangju. W Gwangju studenci zaczęli organizować absolutnie gigantyczne masowe protesty, które następnie przerodziły się w zamieszki. Wysłano tam specjalne oddziały policji i wojska, było wiele ofiar śmiertelnych, protesty radykalizowały się i w końcu Chun Doo-hwan zdecydował, że otoczy całe miasto kordonem wojska. Generał wysłał do Gwangju najbardziej brutalne oddziały wojskowe, jakie w ogóle znajdowały się w Korei, ludzi zaprawionych w bardzo trudnych walkach w Wietnamie.

Pod koniec maja 1980 r. nastąpiło coś, co znane jest w historii jako masakra w Gwangju, dużo bardziej krwawa niż późniejsza masakra na placu Tiananmen w Chinach. Masakra ta według dzisiejszej wiedzy historyków pochłonęła od 2 do aż 20 000 ofiar, cywili, w dużej mierze nieuzbrojonych. Wojsko po prostu wkroczyło do miasta i zabijało wszystkich jak leci, strzelano do mieszkańców z helikopterów, a oddziały regularnej armii wchodziły do domów i zabijały domowników. Był to absolutnie straszliwy okres oraz wielka trauma w historii Korei Płd., odczuwalna aż do dziś.

Kim Dae-jung został skazany na śmierć, mimo że nie brał udziału w tych zamieszkach i protestach, ponieważ był już wtedy w więzieniu. Został natomiast skazany jako kozioł ofiarny i osoba, którą władza chciała obarczyć odpowiedzialnością za masakrę. Oczywiście nie miało to nic wspólnego z prawdą. Za Kim Dae-jungiem ujął się wówczas papież, to taki ciekawy polski akcent, ponieważ Kim był katolikiem i katolicy koreańscy napisali do papieża Jana Pawła II z prośbą o wstawienie się za Kim Dae-jungiem, żeby kara śmierci nie została wykonana. Papież rzeczywiście to uczynił, napisał do prezydenta Chun Doo-hwana, po czym dokonano wówczas czegoś w rodzaju politycznego dealu. Papież powiedział, że odwiedzi Koreę Płd., co politycznie i PR-owo było bardzo potrzebne reżimowi Chun Doo-hwana, w zamian za to, że złagodzona zostanie kara dla Kim Dae-junga.

Karę dla Kima najpierw zmieniono z wyroku śmierci na dożywocie, po czym zostało to zamienione na karę długoletniego więzienia, a w końcu w 1983 r. pozwolono mu na wyjazd do Stanów Zjednoczonych, czyli de facto można powiedzieć ucieczkę. Wtedy rozpoczęła się jego kariera akademicka, w czasie której nie angażował się już bezpośrednio w życie polityczne w Korei, ponieważ nie mógł. Wykładał jednak m. in. na Harvardzie, gdzie mówił o demokracji, ruchach demokratycznych oraz potrzebie demokratyzacji Korei Płd.

Oglądaj całość