Redakcja: W jakich okolicznościach w 1627 r. doszło do bitwy pod Oliwą?

Dr Przemysław Gawron: Dla Szwedów kluczowym elementem ich strategicznych działań było opanowanie Gdańska, ponieważ pozwalało to na przejęcie z rąk Polaków najważniejszego portu wraz z potężnym zapleczem. W grę wchodziły także kwestie dynastyczne. Gustaw II Adolf pozbawiając stryja Gdańska uniemożliwiał jakiekolwiek plany inwazyjne, a takowe Zygmunt III jeszcze na początku lat 20. formułował, licząc na to, że uda mu się, przy pomocy floty hiszpańskiej, cesarskiej czy własnej, przerzucić oddziały do Szwecji i odzyskać koronę. Z tego powodu Gdańsk był podwójnie ważny.

Dla Rzeczpospolitej utrata Gdańska oznaczałaby z kolei drugą potężną stratę po utracie w 1621 r. Rygi, najważniejszego portu, z którego Rzeczpospolita importowała cały szereg różnych towarów, głownie z Niderlandów. Oznaczałoby to więc poważne problemy, tak dla państwa jako całości, jak i dla poszczególnych przedstawicieli elit, którzy mieli tam swoje rozmaite interesy. Gdańsk był więc kluczowy i dlatego po opanowaniu sytuacji w Inflantach, latem 1626 r., Gustaw II Adolf zdecydował się przerzucić swoją armię na teren dzisiejszego Pomorza Gdańskiego oraz Prus Wschodnich. Zaczął od zajęcia należącej do elektora Piławy, prawdopodobnie nie bez współdziałania ze strony miejscowego oficera, który ułatwił Szwedom lądowanie, a kiedy zdobył już bazę w postaci portu, mógł rozpocząć działania na lądzie. Te działania trafiły idealnie, okazało się bowiem, że Prusy Królewskie są niemal całkowicie nieprzygotowane do działań wojennych. W rękach Szwedów znalazła się w krótkim czasie większość twierdz, a Polska kontrofensywa utknęła powstrzymana przez nich, a można nawet powiedzieć, że pokonana w czasie stoczonej w drugiej połowie września i na początku października trzydniowej bitwy pod Gniewem.

Ta sytuacja trwała jeszcze długo. Szwedzi musieli ściągać sporą część zaopatrzenia ze swojego kraju, Bałtyk zimą zamarzał i warunki pogodowe nie nadawały się do żeglugi, a korzystając z braku posiłków i wyczerpania szwedzkich załóg hetman Stanisław Koniecpolski, który dowodził oddziałami polskimi w Prusach znakomicie sobie z nimi radził. Mimo to, po przybyciu razem z armią okazało się, że szwedzka przewaga w piechocie artylerii, a co za tym idzie także w sile ognia jest decydująca i nie pozwala Polakom na osiągnięcie jakichkolwiek poważniejszych sukcesów. Szwedzi nie zrealizowali jednak swojego podstawowego celu, jakim był Gdańsk. Polskim oddziałom udało się doprowadzić do powstrzymania marszu wrogich sił w kierunku miasta, co umożliwiło zbudowanie fortyfikacji, które uczyniły je miejscem nie do zdobycia bez długiego oblężenia, na co Szwedzi nie mogli sobie w tej sytuacji pozwolić. Tak więc jesienią 1626 r. panował pat, obie strony szukały jakiejś formy porozumienia dyplomatycznego, ale warunki, jakie sobie wzajemnie proponowały nie były satysfakcjonujące. W momencie, kiedy w zasadzie skończyły się działania na lądzie, rozpoczęły się działania na morzu.

Jak wyglądał układ sił pomiędzy stronami?

W makroskali przewaga Szwedów była druzgocząca. Dysponowali oni flotą liczącą około 50 okrętów, z czego co najmniej 12 wielkości największych okrętów w polskiej flocie. Warto jednak zaznaczyć, że były to okręty niemal przez cały rok zaangażowane do różnych zadań, związanych głównie z blokadą morską miasta oraz transportem. W listopadzie na redzie Gdańska znajdowało się zresztą jedynie 16 statków, czyli z jednej strony wystarczająco dużo żeby powstrzymać jakiekolwiek próby uderzenia ze strony polskiej floty, ale z drugiej sytuacja ta pokazywała, jak trudno byłoby Szwedom zmobilizować wszystkie siły w jednym miejscu o tak późnej porze.

W przypadku floty Zygmunta III musimy pamiętać, że nie należała ona do Rzeczpospolitej, a była flotą opłacaną z prywatnych pieniędzy króla. Po za tym, podobnie jak niemal wszystkie floty owych czasów, składała się w większości ze statków, które zostały pierwotnie wybudowane dla celów kupieckich, a następnie po drobnym przezbrojeniu i remoncie przystosowane do działań w charakterze statków wojennych, co oczywiście sprawiało, że nie było większej różnicy pomiędzy tymi okrętami, a statkami ze zwykłej floty handlowej. Po trzecie polska flota nie miała w zasadzie w tym czasie poważniejszych doświadczeń we wspólnym, zespołowym działaniu. Co prawda próby jej stworzenia podejmowano już od prawie 20 lat, ale tak naprawdę nabrały one przyspieszenia dopiero na początku lat 20. XVII w. i doprowadziły do tego, że na liście płac znajdowało się w sumie 10 okrętów: dwa duże galeony - Święty Jerzy i Król Dawid, mniejszy Wodnik, kilka flot oraz pinek.

W rezultacie nie była to flota przesadnie liczna i jak powiedziałem znacznie słabsza od szwedzkiej, przez co proporcje między nimi przypominały trochę możliwości słonia i mrówki. W momencie, w którym Szwedzi wycofali większość swoich okrętów na zimę do baz w Szwecji czy Inflantach, ta dysproporcja stawała się jednakże coraz mniejsza, a jeszcze mniejsza stała się w ostatnich dniach listopada, kiedy na Redzie Gdańska zostało tylko 6 szwedzkich okrętów.

Oglądaj całość