Istotne jest to, że w sensie prawnym nie wypowiedziano nam wojny, a władze naszego kraju również nie potraktowały wkroczenia Armii Czerwonej jako cassus bellum (słynny rozkaz naczelnego wodza Marszałka Edwarda Rydza-Śmiałego: „z Sowietami nie walczyć”.

Według mojej najlepszej wiedzy ani władze dożywającej wtedy swojego kresu sanacji ani tym bardziej faktycznie narzucony przez Francję rząd na uchodźstwie, nie uznawały stanu wojny ze Związkiem Radzieckim. Przywrócono stosunki dyplomatyczne w 1941 r., które istniały aż do ich zerwania przez Moskwę, ale było to dopiero w 1943 r. w związku z ujawnieniem przez Niemców mordu katyńskiego. Nie jest w pełni jasny stan relacji polsko-sowieckiej w okresie od dnia 17 września 1939 r. aż do zawarcia w lipcu 1941 r. układu Sikorski-Majski, ale w stanie wojny nie było mowy. Suwerenność naszych rządów na uchodźstwie rezydujących we Francji a potem w Wielkiej Brytanii była dość ograniczona i pomysł wypowiedzenia przez nie wojny głównemu sojusznikowi państw anglosaskich byłby im szybko wybity z głowy – zresztą nikt nie miał takich zamiarów. Wiemy, że rządy te były zdominowane przez polityków antysanacyjnych, którzy dalecy byli od dzisiejszych antyrosyjskich czy antysowieckich fobii. Również dążący do odzyskania tylnymi drzwiami wpływów politycznych postpiłsudczycy, uznawani wówczas (słusznie) za odpowiedzialnych za katastrofę września 1939 r., nie byli antysowieccy: wręcz odwrotnie – zgodnie z tezą ich patrona rządy bolszewickie były „najbardziej przyjazną dla Polski formą państwowości rosyjskiej”.

W sanacyjnej Warszawie nikt nie zauważył ludobójstwa Polaków dokonanego przez władze sowieckie w całym okresie międzywojennym, a zwłaszcza pod koniec lat trzydziestych dwudziestego wieku, gdy zamordowano albo deportowano ponad 100 tys. Polaków zamieszkałych tereny Związku Radzieckiego. Również politycy emigracyjni po 1939 r. nie byli – wbrew dzisiejszej histografii polskiej – wyznawcami teorii dwóch wrogów: był tylko jeden – Niemcy.

Teorię dwóch wrogów wymyślili krajowi postpiłsudczycy wtedy, gdy nie udało się im dogadać z Niemcami. Już wiele wiemy o próbach ich powrotu do koncepcji politycznych z lat 1916-1918, czyli dogadania się z Berlinem po to, aby pod jego auspicjami wrócić w latach 1940-1941 do władzy nad jakimś pseudopolskim tworem państwowym. Jest wysoce prawdopodobne, że cichy powrót do okupowanej Polski byłego naczelnego wodza Rydza-Śmigłego miał na celu znalezienie kompromisu z niemieckim okupantem, a jego śmierć była wynikiem wyroku wydanego przez władze podziemnego państwa z polecenia rządu na uchodźstwie. Moglibyśmy się o tym dowiedzieć z jego relacji, bowiem pozostawił po sobie pamiętniki, które przetrwały do okresu powojennego i zostały ukradzione wraz z zamordowaniem jego byłej żony.

Konkluzja jest więc dość prosta: nie byliśmy w sensie prawnym w stanie wojny ze Związkiem Radzieckim w latach 1939-1945, co otworzyło nam drogę do udziału – przynajmniej formalnego – w koalicji antyhitlerowskiej i miejsca po stronie zwycięzców. Dzięki temu przetaczający się przez nasze ziemie front wschodni w latach 1944-1945 był słusznie uznawany za wyzwolenie spod okupacji, a w warunkach naszej zależności od zwycięskich mocarstw, w tym również tych zachodnich, nikt, kto się wówczas liczył w polityce, nie uznawał wyzwolenia od Niemców za jakąś „nową okupację”.

Świat ówczesny należał do zwycięzców nad Niemcami i oni bez żenady tworzyli zależne od siebie państwa i ich rządy. Przecież polskie rządy na uchodźstwie nie miały demokratycznej legitymacji, tak jak jej nie miały wszystkie rządy Rzeczypospolitej Polskiej od zamachu majowego w 1926 r. Utworzony w Polsce tzw. Rząd Jedności Narodowej w czerwcu 1945 r., który składał się również z polityków emigracyjnych (m.in. wicepremierem był były premier rządu na uchodźstwie Stanisław Mikołajczyk), był niedemokratycznie narzuconym nam przez Wielką Trójkę, czyli nie tylko Związek Radziecki, ale również Wielką Brytanię i tak uwielbiane dziś Stany Zjednoczone.

Trzeba jednak zauważyć, że polityka sowiecka lat 1943-1945 znacznie różniła się od tej, którą prowadziło to państwo latach międzywojennych aż do połowy 1941 r. Dla ówczesnych obserwatorów życia politycznego było oczywiste, że bolszewickie i wczesnostalinowskie państwo było strategicznym partnerem zarówno Niemiec Weimarskich, jak i rządzonych przez NSDAP. To bolszewizm był krnąbrnym dzieckiem niemieckiej polityki, a werbalnie antykapitalistyczni narodowi socjaliści byli bliscy lewicowym rządom w Moskwie.

Jeszcze na początku 1941 r. większość obserwatorów była przekonana, że oś Berlin – Moskwa będzie organizować ówczesny świat przez długie dziesięciolecia. Gdy przyszedł dzień 22 czerwca 1941 r. i doszło do wojny niemiecko-sowieckiej, wielu (również w Polsce) sądziło, że prędzej czy później dojdzie do kolejnego „Pokoju Brzeskiego”, czyli powtórki roku 1918. Nie umieli przewidzieć, że Brytyjczycy i Amerykanie szybko reaktywują Ententę Bis, tym razem z udziałem państwa stalinowskiego, które musiało pozbyć się wielu bolszewickim miazmatów, o czym się dziś nie chce pamiętać. Państwo stalinowskie przeszło w latach 1941-1945 najgłębszą w swojej historii ewolucję.

Wojna z Niemcami stała się drugą po 1812 r. Wielką Wojną Ojczyźnianą. Berlin odrzucił wszystkie próby dogadania się ze strony Moskwy, a obrona państwa sowieckiego stała się dla większości Rosjan obroną ich ojczyzny; bez tej metamorfozy nie byłoby zwycięstwa w 1945 r. Kadrowa, jeszcze bolszewicka, Armia Czerwona została zniszczona w latach 1941-1942. Wojnę wygrali młodzi, będący najczęściej przed trzydziestką Rosjanie, Ukraińcy, Gruzini, Ormianie, Azerowie, którzy utożsamiali obronę Związku Radzieckiego ze swoim narodowym patriotyzmem. To ich armia, zwana już Armią Radziecką, wkraczała do Polski 1944 r. i była to już zupełnie nowa historia, mimo że od 17 września 1939 r. minęło zaledwie pięć lat. Ale ten krótki czas mierzony był nieznaną w historii ofiarą krwi.

Dzięki temu istnieje do dziś Polska i my mówimy i myślimy po polsku.