Przypomnę, że pojawił się w tłumie oklaskując obecnego szefa jego partii w czasie konwencji programowej. To prawda, nawet nie dano mu siedzącego miejsca, stał grzecznie blisko drzwi, co w dworskiej hierarchii współczesnych liberałów wyznacza dość odległe miejsce w szeregu.

Patrząc jednak z perspektywy podatników, a zwłaszcza przedsiębiorców, warto zastanowić się, jakie mogłyby być rządy liberalne, gdy werdykt wyborców dał im znów szansę. Wiem, że ich możliwości uzyskania większości parlamentarnej są dość skromne, ale kto to wie? Przecież zarówno lewica jak i ludowcy mogą nie przekroczyć wyborczego progu albo stać się „przystawkami” liberalnego lidera.

Oczywiście nie ma i raczej nie będzie na tyle szczegółowego programu, którego analiza pozwoliłaby sformułować prognozę polityki finansowej, a zwłaszcza podatkowej, zwycięskiej opozycji. Nawet gdyby taki program powstał, to i tak nie miałby on jakiegokolwiek znaczenia, bo do tradycji naszego parlamentaryzmu należy dziwna samodzielność, wręcz autonomia polityki prowadzonej przez ludzi faktycznie rządzących na ulicy Świętokrzyskiej 12. Wiemy, że również wśród zwolenników obecnej większość parlamentarnej „chodzą” dowcipy typu: „może pod koniec tej kadencji PiS wreszcie wygra TAM wybory” lub mamy wreszcie NASZE kierownictwo resortu: w poprzednich wyborach nawet jeden z nich głosował na PiS”.

A jak byłoby gdyby pojawiłaby się nowa większość parlamentarna?

Biorąc pod uwagę dość skromne zaplecze personalne liberałów na najważniejsze stanowiska byliby – zgodnie z tradycją – powołani zaufani debiutanci, którzy mieliby dopiero nauczyć się nowej roli. Przypomnę, że podatkami przez blisko siedem lat zajmowała się osoba o wykształceniu inżynierskim. Kto więc tworzył przedstawiane przez resort projekty ustaw? Na pewno nie on.

I tu wracamy do istoty owej autonomii polityki fiskalnej prowadzonej w naszym kraju. Ktoś to przecież musi pisać, choć o autorstwo bezpośrednie nawet nie można podejrzewać „społecznego doradcy”, czyli znanej z występów przed komisją śledczą damy z zagranicznego biznesu doradczego, bo zresztą się całkowicie tego wyparła. Są jednak pewne sygnały: w czasie dwudniowej konwencji liberałów wśród ekonomicznych ekspertów partii pojawił się główny ekonomista innej zagranicznej firmy doradczej, znanej z tego, że obsługiwała słynne „umowy luksemburskie” służące ucieczce od opodatkowania. Nie tylko zresztą w Polsce.

Gdy politycy nie mają jakiegokolwiek programu ekonomicznego, a zwłaszcza koncepcji polityki podatkowej, szybko znajdą się chętni do załatwiania państwowymi rękami swoich pomysłów. Bo model sprawowania władzy (piękne określenie) jest tu od lat ten sam:

- formalnie władza należy do mało ważnych figurantów, których rola ogranicza się do autoryzowania „resortowych” lub „rządowych” pomysłów,

- korpus urzędniczy, który – poza codziennym buszowaniem w internecie – ma „obrobić” formalnie przynoszone do resortu koncepcje, tworzone przez kogoś zupełnie innego,

- rzeczywiste ośrodki decyzyjne są poza strukturami oficjalnymi: tworzą je głównie zagraniczne firmy doradcze, które mają podpisane z władzą nawet formalne umowy na owo doradztwo, lecz ich rolą jest również transmisja interesów tych, którzy zarabiają na naszym państwie.

Kim oni są?

Tego nie wiemy, a komisja śledcza zajmująca się wyłudzeniami VAT-u i akcyzy nie zainteresowała się „kuchnią” podatkowych rządów w naszym kraju. Gorzej, bo na świadków powołała lobbystów udających ekspertów i nikt nawet nie zapytał ich o konflikt interesów.

Skoro PiS nie dał sobie rady z powyższym modelem, który powstał już na początku tego wieku w czasie naszego przystępowania do Unii Europejskiej, to na pewno nie zmienią go liberalni włodarze – gdyby oczywiście wrócili do władzy.

Na pocieszenie mogę tylko dodać, że podobny „model” funkcjonuje prawdopodobnie nie tylko w wielu państwach „nowej Europy”, lecz również w samej Unii Europejskiej. Liberalna demokracja jest ustrojem fasadowym, zajmuje się „wielkimi problemami współczesności” takimi jak: „prawa mniejszości seksualnych”, „zagrożenia dla demokracji ze strony niedemokratycznych sił” czy też „dalsze pogłębienie integracji europejskiej”. W związku z tym nie ma już czasu na zajmowanie się prozą rządzenia, którą trzeba pozostawić „fachowcom”, czyli międzynarodowemu biznesowi doradczemu oraz lobbystom oczywiście reprezentującym naszych strategicznych partnerów i protektorów. Dzięki ich wpływom w mediach polityka ta zyska pochwały ze strony niezależnej prasy czyli „opinii publicznej”.

Zapewne taki będzie obraz polityki fiskalnej w przypadku, gdyby wyborcy skutecznie zatęsknili za czasami Rostowskiego. Gdyby jednak – co jest dość prawdopodobne – niewielu opowiedziało się za jego powrotem, to ów model sprawowania władzy będzie realizowany pod rządami tych, którzy zwyciężą w wyborach chyba że „PiS kiedyś wreszcie wygra wybory również na ulicy Świętokrzyskiej”. W końcu cuda się zdarzają, zwłaszcza gdy rządzą tak pobożni ludzie.