Traf chce, że walki toczone na przedpolach Warszawy w lipcu i sierpniu 1944 roku są już bardzo dokładnie opisane przez historyków zajmujących się faktami (a nie domysłami), a są to zarówno historycy polscy, jak i niemieccy i rosyjscy. W ich opracowaniach oczywiście nie ma nawet śladów pośrednio potwierdzających ów kanon, a dzień 1 sierpnia 1944 roku minął bez echa dla wojsk toczących wówczas realną wojnę w okolicach naszej stolicy.

Najbardziej zaskakujące, przynajmniej dla nas, jest to, że rozpoczęte w Warszawie powstanie nie miała w sensie militarnym jakiegokolwiek znaczenia. Zarówno niemiecka jak i sowiecka machina wojenna działała sprawnie, co dzień przez objęte powstaniem miasto płynęło zaopatrzenie dla walczących na jej przedpolach wojsk niemieckich, przerzucono przez miasto wielkie jednostki, setki tysięcy ton materiałów, tysiące pojazdów. Wojska frontowe nie były w żadnym stopniu zaangażowane w walki z powstańcami. Przypomnę, że do 10 sierpnia 1944 r. na wschód od Warszawy trwało kontrnatarcie z udziałem aż pięciu niemieckich dywizji pancernych (Wermachtu: 4 i 19 dywizja pancerna, dwóch Waffen-SS: Totenkopf i Wiking oraz należący do Luffwafe dywizji – Hermann Göring).

Uzyskano lokalne sukcesy terenowe, a przede wszystkim częściowo zlikwidowano otoczony w okolicach Radzymina i Wołomina sowiecki 3 korpus pancerny gwardii, odbito zajęte przez ów korpus na przełomie lipca i sierpnia tereny, a największa bitwa pancerna na ziemiach polskich zaczęła wygasać od 5 sierpnia 1944 roku. Trzy wielkie jednostki pancerne (obie dywizje Wermachtu i dywizja Hermana Göringa), omijając tylko centrum Warszawy, przemaszerowały na północ oraz na południe, w tym w okolice Warki, w celu - jak się później okazało - nieudanej likwidacji przyczółku warecko – magnuszewskiego i wzięły udział w dniach 9 – 15 sierpnia tego roku w bitwie pod Studziankami. Trzy sowieckie korpusy pancerne wchodzące w skład dwóch armii pancernej gwardii (3, 8 i 16) prowadziły jeszcze walki, m.in. udało się obronić Okuniew, lecz w linii były wzmacniane lub nawet zastępowane przez nadciągające z południa dywizje ogólnowojskowe. Bilans walk tych trzech wielkich związków pancernych do 10 sierpnia 1944 był niekorzystny.

Poniesiono relatywnie wysokie straty, a natarcie szybko wygasało w zurbanizowanych przedmieściach Warszawy. Walki trwały przez kolejne tygodnie sierpnia, niemiecka obrona skutecznie opóźniała tempo natarcia, ale – co dla szczególnie ważne – obrona nie załamała się, bo z militarnego punktu widzenia Powstanie w Warszawie nie miało wpływu na to, co działo się na przedpolu. Jego obszar został wydzielony z zakresu działań broniącą się nad środkową Wisłą 9 Armii (dowódca gen. Nikolaus von Vorman), a likwidacją powstania powierzono głównie siłom SS i policji pod dowództwem kata Warszawy Gruppenfürera Ericha von dem Bacha – Zelewskiego (on odebrał kapitulację powstania w dniu 2 października 1944 r.).

Ze smutkiem musimy przyznać, że w sensie militarnych Powstanie nie miało dla działań na tym odcinku frontu wschodniego żadnego znaczenia. Nie osłabiło niemieckiej obrony, nie związało jednostek frontowych i nie doprowadziło do zmiany w niemieckiej strategii obronnej. Nic również nie wskazuje na to, że miało wpływ na plany operacyjne a nawet strategiczne wojsk sowieckich na tym froncie. Ówczesną wojnę prowadzono poprzez kolejne wielkie ofensywy, prowadzone na szczeblu frontu (odpowiednik niemieckiej armii lub grupy armii), a najważniejsze fronty na terenie Polski (Pierwszy Front Białoruski i Pierwszy Front Ukraiński wyczerpały swoje siły ofensywne osiągając linię Wisły po zdobyciu dwóch niewielkich przyczółków jej zachodnim brzegu. Do kolejnej wielkiej ofensywy trzeba było czekać aż do stycznia 1945 r., choć lokalne walki trwały na południe i północy od linii środkowej i dolnej Wisły jeszcze na jesieni 1944 r. Przypomnę, że wybuchło wtedy Powstanie Słowackie, które – mimo czynnego i silnego wsparcia ze strony wojsk sowieckich - również skończyło się klęską powstańców.

Na najważniejsze dla nas pytanie: czy dowództwo Armii Sowieckiej miało w planach zdobycie (wyzwolenie) Warszawy już w lipcu 1944 r., a jeśli tak, czy plany ten uległy zmianie w wyniku wybuchu Powstania Warszawskiego, znamy już od dawna odpowiedź. Plany takie były (dowódca 2 armii pancernej gwardii otrzymał w lipcu rozkaz ataku na część praską Warszawy, ale już 31 lipca 1944 r. musiał wstrzymać natarcie i przejść do obrony, bo kontratak sił niemieckich okazał się bardzo skuteczny. Gdyby Powstanie nie wybuchło (albo rozpoczęłoby się później), wynik walk na przedpolu Warszawy byłby podobny, chyba że Powstańcy byliby w stanie opanować lub wysadzić mosty na Wiśle (było ich wówczas cztery), czyli zagrozić liniom zaopatrzenia i manewrom wojsk niemieckich.

Nawet gdyby przejściowo udałoby się osiągnąć, to Niemcy szybko odbiliby mosty lub zbudowali przeprawy tymczasowe. Byli wówczas na szczycie swojej potęgi i potrafili zlikwidować (w tym samym czasie) dużo większą operacją typu dywersyjnego na froncie zachodnim (rozgromienie i wzięcie do niewoli kilku dywizji spadochronowych pod Arhem – operacja Market Garden). W żadnym przypadku operacje militarne, nawet skoordynowane z działaniami wojsk sowieckich, nie gwarantowały sukcesu militarnego zarówno Powstańcom, jak i armii sowieckiej. Doświadczone i wciąż świetne zaopatrzone wojska niemieckie, dowodzone przez pierwszą ligę dowódców, umiały zwyciężać nawet z silniejszym przeciwnikiem.

To smutna, lecz dość oczywista prawda. Siłą rzeczy pasywna koncepcja militarna Powstania Warszawskiego, które miało tylko wyzwolić możliwie największą część Warszawy od Niemców, nie zrealizowała również tych celów. Powstanie szybko upadło na Pradze, nie zablokowano linii kolejowych i głównych tras przelotnych oraz nie opanowano lotnisk (było ich trzy). Niemcy szybko i trafnie oszacowali siły powstania i – poza likwidacją Starówki – nie podejmowali w sierpniu 1944 r. większych operacji ofensywnych mających na celu odzyskanie zajętych dzielnic.

Nie było to potrzebne: nikt nie chciał angażować wojsk liniowych, tylko „drugą ligę” wojsk policyjno – pacyfikacyjnych. Powstanie przegraliśmy już w chwili jego wybuchu, a nieprzejednana chęć odwetu, która łączyła wszystkich (prawie bez wyjątku) Warszawiaków nie musiała doprowadzić do tej eksplozji. Wbrew dzisiejszej polityce historycznej, zwykli ludzie chcieli na ulicach Warszawy witać sowieckie czołgi, które teoretycznie mogły, pojawić się na jej ulicach, gdy Niemcy nie chcieli jej bronić. Politycy londyńscy oraz dowództwo Armii Krajowej nie doceniało siły i zdolności defensywnej a nawet ofensywnej armii niemieckiej. Oni myśleli przeszłością: wyobrazili sobie, że w latach 1944 r. powtórzą się listopadowe dni 1918 r., prawdopodobnie sądzili (co potwierdzają dokumenty i relacje), że armia niemiecka zbuntuje się – tak jak wtedy - przeciwko wojnie.

W końcu wydawało się im, że lepiej znają Niemcy, bo w czasie tamtej wojny walczyli po ich stronie. Ich diagnozy i dywizje okazały się nie tylko błędnie, ale również niewyobrażalnie tragiczne w swoich skutkach. Ale warszawska ulica w lipcu 1944 r. była antyniemiecka, rządna zemsty wierząc w szybkie wyzwolenie przez „czerwona zarazę”, którą witano by chlebem i solą. Oczywistym nonsensem było wydanie rozkazu do walki przy tak rażącym braku umiejętności zdiagnozowania sytuacji militarnej i politycznej.

Powstanie NIE MUSIAŁO wybuchnąć, tak jak nie wybuchło w Łodzi, Krakowie, Częstochowie czy nawet w innych, mniejszych miastach. Jakimś mitycznym przymusem tłumaczy się konieczność wydania rozkazu do jego wybuchu.

Gdyby nie było, nie obchodzilibyśmy już dziś siedemdziesiątej piątej naszej Warszawskiej Rocznicy.