Otrzymałem następującą propozycję od redakcji OtokoClub:

Proponujemy Panu zabranie głosu w dyskusji o tym Czy można zrzec się obywatelstwa, nie pobierać świadczeń i nie płacić podatku? Pytanie brzmi jak totalny upadek patriotyzmu. Ale obserwując sytuację młodych ludzi w naszym Państwie podobne pytania cisną się same na języki. Skoro Państwo oferuje jedynie świadczenia, które w żaden sposób nie zapewniają spokojnej egzystencji, w zamian pobierając wysokie podatki, to po co obywatelstwo tegoż Państwa? Coraz więcej naszych rodaków wyjeżdża za granicę i nie zamierza wracać do ojczystej ziemi. Czy mogą się oni zrzec obywatelstwa Polskiego? Czy mogą zostać tzw. bezpaństwowcami? I czy w takiej sytuacji nie będą musieli opłacać podatków?

Poniżej moja odpowiedź:

 

Odpowiedź na takie pytania trudna, ponieważ oczekuje się w odpowiedzi wiedzy eksperckiej, czyli obiektywnej i niezaangażowanej politycznie i społecznie. Z drugiej strony jednak jako obywatel tego kraju, uczestniczący w jego życiu i zaangażowany w spory polityczne i filozoficzne nie mogę udawać, że nie posiadam wyrobionego poglądu politycznego i filozoficznego. Konieczny jest jakiś kompromis między tymi pozycjami. W moim rozumieniu oznacza to w miarę możliwości rzetelne spojrzenie na przedmiot analizy z różnych punktów widzenia. Moje uwagi mniej dotyczą indywidualnych decyzji, bardziej będzie mnie interesować filozoficzne uzasadnienia polityki społecznej.

Pytanie dotyczy dwóch ważnych spraw, obywatelstwa i podatków, i nie można ich rozpatrywać łącznie. Zacznijmy od ostatniej sprawy, od problemu: czy można nie płacić podatków? Moja odpowiedź: i tak, i nie. To znaczy, po pierwsze; można nie płacić podatków, jeśli traktujemy to jako akcję protestacyjną. Odmowa płacenia podatków jest w tym przypadku rodzajem obywatelskiego nieposłuszeństwa. Nie zgadzamy się na płacenie, np. abonamentu telewizyjnego, bo nie zgadzamy się na tę formę publicznej telewizji, jaką nam oferuje obecne jej kierownictwo. Dlatego nie mam pretensji do Premiera, że ten - kiedy telewizją publiczną zarządzał dziwny sojusz PIS-u, Samoobrony i SLD - wezwał swoich zwolenników do nie płacenia abonamentu. Jednakże nie powinien się dziwić, gdy partie opozycyjne w tej czy w innej sprawie zastosują tę samą metodę protestu. Ale uwaga!, jeśli decydujemy się na tę formę protestu powinniśmy być gotowi ponieść jego konsekwencje – to znaczy, być świadomi, że kiedyś zapuka do naszych drzwi komornik…

Nie płacenie podatków jest skrajną i półlegalną formą protestu, znacznie bardziej bezpieczne są inne typy akcji; np. wysyłanie listów protestacyjnych, uczestnictwo w demonstracjach czy pikietach. Ale przecież i te formy uczestnictwa w życiu publicznym niosą ze sobą pewne koszty. Czas, pieniądze i niebezpieczeństwo negatywnych reakcji osób, który interesy lub wartości są sprzeczne z celami demonstracji – to koszty protestacyjnych akcji. W tym kontekście dziwne wydają się żądania niektórych organizacji społecznych do prawa ukrywania tożsamości członków demonstracji. Pomińmy już fakt, że zakładanie kominiarek czy innych masek służy przede wszystkim wandalom i chuliganom. Ważniejsze jest to, że demonstracje mają zadanie wyrazić obywatelski sprzeciw (lub poparcie) wobec jakiś zjawisk czy politycznych decyzji. Pokazanie swojej twarzy jest rodzajem moralnego nacisku. Skoro na listach protestu czy poparcia, które często pojawiają się w sieci, podpisujemy swoim pełnym imieniem i nazwiskiem a nie pseudonimem, to i w tym przypadku powinniśmy okazać cywilną odwagę, broniąc odkrytą twarzą cennych dla nas wartości.

Po drugie, czy można w ogóle zerwać z płaceniem podatków i zrezygnować z obywatelstwa swojego kraju?

Moja odpowiedź jest z prosta, oczywiście, że można. Można wyjechać, można zerwać wszelkie kontakty z rodzinnym krajem. I za to nie grożą żadne sankcje ani nam, ani naszym bliskim w kraju. Ale jeśli identyfikujemy się z tym krajem w Europie, jeśli chcielibyśmy by ludność tu mieszkająca cieszyła się dobrobytem i kwitła kultura, to będziemy rzetelnie płacić podatki. I traktować to jako jeden z podstawowych obowiązków obywatelskich. Nie można być patriotą i oszukiwać. Bo przecież to uderza w państwo, uderza w dobrobyt całego narodu. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to powszechne stanowisko w naszym narodzie. Znacznie łatwiej jest narzekać na władze (niezależnie od ich politycznej orientacji), oszukiwać na podatkach (i nie tylko tutaj) i czuć się moralnie usprawiedliwionym, bo podatki są wysokie, władza despotyczna, a poza tym wszyscy oszukują itd. Jakże różnią się w tym Polacy od Niemców! Niemców, których tak podziwiamy, za dobrobyt i porządek! Ale czyż nie dzięki temu niezwykłemu szacunkowi dla prawa i porządku Niemcy są bogaci i potężni?

Autorzy pytania opisują współczesne dylematy Polaków następująco: „Skoro Państwo oferuje jedynie świadczenia, które w żaden sposób nie zapewniają spokojnej egzystencji, w zamian pobierając wysokie podatki, to po co obywatelstwo tegoż Państwa?” W założeniu pytania jest przedstawiony związek między państwem a obywatelem jak relacja między producentem a konsumentem: Obywatel daje pieniądze a zamian państwo zaspokaja jego potrzeby. Ponieważ państwo nie zaspokaja odpowiednio jego potrzeb, to obywatel ma moralne prawo zerwać ten układ i wyemigrować - wejść w podobny związek z innym państwem. Analogicznie należałoby potraktować przedsiębiorcę; jeśli podatki które płaci nie pozwalają mu osiągnąć odpowiednio wysokiego dochodu, ma takież samo prawo do zarejestrowania swego przedsiębiorstwa w którymś z rajów podatkowych.

Na początku warto  zwrócić uwagę, że ów problem inaczej jawi się w północnej Ameryce, a inaczej w Europie. Państwo amerykańskie powstało jako wynik połączenia się niezależnych wspólnot imigranckich. W tym przypadku mówienie o kontrakcie jako podstawie relacji między państwem a obywatelem ma historyczny sens. Przecież najpierw były niezależne wspólnoty, które po pewnym czasie powołały państwo federacyjne. I rzeczywiście USA są miejscem ruchów społecznych tzw. „Freemen on the Land”, które odrzucają ów kontrakt między państwem (federalnym) a wolnym obywatelem. Przestają płacić podatki, nie przyjmują żadnych dotacji czy grantów, i jednocześnie – odmawiają podporządkowania się federalnym prawom, niezależnie czego by one nie dotyczyły.  I to jest amerykańska specyfika. W Europie to byłoby niemożliwe. Tutaj narody-państwa są tradycyjnie postrzegane jako wyimaginowane wspólnoty, które łączy mit wspólnego przodka. Dodatkowo działa też czynnik – w USA właściwie nieobecny – poczucie zagrożenia ze strony innych państw. Tym niemniej trzeba podkreślić, że nawet w USA „freemeni” są niewielką mniejszością, a dominujący patriotyzm większości Amerykanów wyraża znane powiedzenie J.F.K  (prezydenta Kennedy’ego) „Nie pytaj, co kraj może Ci dać, lepiej spytaj się siebie, co Ty możesz ofiarować temu krajowi”  

Wracając sformułowanego pytania - uważam, iż definicja obywatela jako klienta państwa jest błędna, bo państwo to nie jakaś zewnętrzna rzeczywistość, to my obywatele stanowimy państwo. Rezygnując z państwa tracimy część siebie samego. Albo inaczej; państwo jest narzędziem dzięki któremu społeczeństwo-naród osiąga cele zbiorowe. Czyli nie można tak po prostu odrzucić państwa. Oczywiście, często zdarzają się sytuacje w których czujemy, że to państwo nie realizuje naszych celów i wartości lub jest nieefektywne, błędnie zarządzane. Rządzący otrzymują nasze podatki, jednak nie potrafią ich efektywnie wykorzystać, a część z nich przepada w przepastnych kieszeniach biurokratów. Inna sytuacja, gdy państwo przestaje realizować nasze wartości i czujemy się coraz bardziej wyalienowani z życia publicznego. Ale mimo tych zastrzeżeń nic nie daje nam prawa do odrzucenia państwa – natomiast jest to powód by wzmóc wysiłki jego naprawy.

Uważam też, że każdy obywatel ma prawo do mieszkania i pracy tam gdzie uważa za słuszne czy wygodne. Niemniej jednak osoba uważająca się za dobrego obywatela, dobrego Polaka nie może zrzec się odpowiedzialności za los tego kraju i tego narodu. Jeśli zdecyduje się na emigrację to nie powinien tracić łączności z krajem, z narodem, z kulturą polską. I państwo powinno zrobić wszystko by to mu ułatwić.

Ze znanych mi badań socjologów brytyjskich wynika, że robotnicy polscy, którzy legalnie pracując i często otrzymując najniższe w danej kategorii wynagrodzenie – na które rzadko godzili się Brytyjczycy - i tak zarabiali ponad dwa razy więcej niż to co mogliby otrzymać w Polsce, nawet przy najwyższych stawkach. Jeśli dodamy do tego, że dziś emigracja już nie wiąże się już ani z wielkimi kosztami materialnymi ani też z psycho-kulturowym wstrząsem, to pozostawanie osób w kraju, które mają szansę się zagranicą dorobić, jest z ich strony heroizmem.  Ale polityka społeczna nie może wymagać od zwykłych ludzi heroizmu. Dlatego emigrantów nie można potępiać. Nie można ich nazywać „nieudacznikami” – tak jak były premier w rozmowie z T. Blairem – ale należy starać się by przebywając zagranicą nie zapomnieli o Polsce. Zadbać o to by chcieli wrócić i zdobyte doświadczenie i wiedzę zastosować w rodzinnym kraju. Są kraje państwa, które potrafiły wykorzystać intelektualny potencjał reemigrantów. Na przykład rozwój przemysłu informatycznego w Indiach dokonał się dzięki reemigracji z USA inżynierów-informatyków.   

Nie należy też robić tragedii ze skali emigracji z Polski. Są kraje z większą emigracją. Podobno jedna czwarta dorosłej populacji Litwy pracuje zagranicą. Oczywiście, Polska należy do krajów o wysokiej emigracji. Ale czy mogło być inaczej? Wszak jesteśmy pod wpływem zachodnioeuropejskich stylów konsumpcji. Przeciętny Polak wzruszy tylko ramionami na uwagę, że w porównaniu do naszych wschodnioeuropejskich sąsiadów dokonaliśmy wielkiego postępu. Manifestanci w Kijowie to Polskę przywoływali jako przykład cywilizacyjnego awansu, który się dokonał dzięki wstąpieniu do UE. Niemniej jednak dystans jaki dzieli Polskę od Niemiec czy Francji lub Wielkiej Brytanii wciąż jest ogromny.

Nie znaczy to, że ta skala emigracji jest zjawiskiem pozytywnym. Przeciwnie należy starać się ją zmniejszyć. Ale jedynym sposobem by radykalnie ograniczyć emigrację jest wzrost dobrobytu polskiego społeczeństwa. Tylko wzrost gospodarczy połączony ze znaczącym zmniejszeniem bezrobocia i postępie w tworzeniu nowych, wymagających wysokich kwalifikacji, miejsc pracy radykalnie zmniejszy emigrację.  

Aby tego dokonać nie można się zamykać, nie można bać się obcego kapitału, należy odrzucić jakieś dziwne obawy, że nas wykupią, zniewolą itd. Itp. Trzeba zliberalizować rynek kapitału, rynek pracy. Zmniejszyć rolę państwa. Ograniczyć polityczne wpływy związków zawodowych. Zlikwidować lub sprywatyzować większość spółek państwowych, które głównie zatrudniają znajomych i rodziny polityków rządzących partii. Zaufać pomysłowości i przedsiębiorczości Polaków. Skoro zagranicą skutecznie rywalizują z tamtejszym biznesem, to dlaczego w Polsce miałoby być inaczej?

Ale uwaga: nic nie przychodzi łatwo, nic nie dostaje się za darmo – zawsze są jakieś koszty. Jeśli kładziemy nacisk na szybki rozwój, to trzeba być przygotowanym na to, że dystans między bogatymi a biednymi się zwiększy i wzrośnie strefa ubóstwa. Ponadto to sprawa nie na kilka lat, to praca dla kilku pokoleń. W historii gospodarczej świata bardzo rzadkie są przypadki szybkiego (czyli w okresie jednego pokolenia, tj. mniej więcej 30 lat) gospodarczego wzrostu i doścignięcia rozwiniętych krajów Zachodu. W XX wieku jedynie sukces gospodarczy tzw. azjatyckich tygrysów może służyć jako taki przykład. Ale wzór azjatycki raczej nie ma zastosowania w naszym przypadku. W Polsce kultura pracy, stosunki między pracodawcą a pracobiorcą są zupełnie inne niż np. w Korei czy Japonii czy na Tajwanie. Ponadto warto zauważyć, że budowa podstaw sukcesu gospodarczego Azji południowo-wschodniej dokonała się w czasie światowej koniunktury gospodarczej, w okresie tzw. Zimnej Wojny i napływu ogromnego kapitału amerykańskiego do krajów uważanych za terytoria zagrożone komunizmem.