Otwieram blog - to mój pierwszy wpis. Z wykształcenia jestem socjologiem, nauczycielem akademickim, ale pasjonuję się polityką. Ze przekonań - liberalnym demokratą. Zamierzam tutaj komentować wydarzenia polityczne, rzadziej ekonomiczne i kulturalne tutaj, na wschodzie Europy. Moim stałym i ulubionym mottem jest przejęte od Simony Veil (francuskiej filozofki) powiedzenie Leibniza "Sprawy ludzkie: nie śmiać się, nie płakać, lecz rozumieć". I tak właśnie będę starał się traktować wszystkie kwestie.

Na początek wrócę do tekstu Marka Jana Chodakiewicza, "Dlaczego Polacy potrzebują dekomunizacji?" zamieszczonego tutaj, na portalu OtokoClub. Bynajmniej nie dlatego, żebym uważał ten tekst za szczególnie istotny i wartościowy. Za to jest niewykle inspirujący, ponieważ przedstawia sposób myślenia, który można nazwać nacjonalistycznym. W samym artykule uderzył mnie szczególnie koniec tekstu - uwagi Chodakiewicza na temat narodu. Autor stwierdził, że naród to wspólnota zbudowana na prawdzie. I dalej pisał:  "Polskość w ścisłym znaczeniu tego słowa to wspólnota w Prawdzie. Ci, którzy zaprzeczają istnieniu Prawdy dobrowolnie wyrzekają się polskości, czyli przynależności do narodowej rodziny".

Jak to należy te kilka zdań rozumieć? Niewątpliwie Chodakiewicz jest przekonany, że naród jest wspólnotą etyczną, że nie jest w stanie zbłądzić, zawsze ma rację. I ci którzy kwestionują słuszność stanowiska narodu, nie tylko nie są patriotami, ale w ogóle tracą swoje członkostwo w narodzie. Czyli inaczej niż nacjonaliści zachodnioeuropejscy, którzy często powiadali "Right or Wrong - My Country", co można tłumaczyć Zawsze będę stał przy swoim kraju, niezależnie od tego, czy w sprawie mamy rację czy nie, Chodakiewicz nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że naród mógłby nie mieć racji. 

Takie stanowisko budzi mój głęboki niepokój. Wręcz strach.

Zastanówmy się nad kilkoma konsekwencjami tego podejścia do narodu. Przede wszystkim pytanie: 1) kto ma wyrażać tę prawdę albo wolę narodu? Z nacjonalistycznego punktu widzenia nie mogą to być to ani referenda ani wybory - zbyt zmienne i podatne na manipulacje. W niemieckim faszyzmie sprawa była prosta: to wódz i partia byli wyrazicielami woli narodowej i posiadaczami bezwględnej prawdy. Ale jak mialoby to wyglądać u polskich nacjonalistów?

2) Jak ma się do tego krytyka różnych negatywnych cech narodu, przedstawiona w pracach autorów, których niesposób nazwać moralnymi relatywistami? Za przykład niech posłuży Roman Dmowski i jego slynna praca "Myśli Nowoczesnego Polaka". Czy można krytykować naród, skoro oparty jest on na prawdzie?

3) Jak ma się prawda jednego narodu jeśli jest sprzeczna z prawdą innego narodu? Najnowszy przykład takiego konfliktu: Krym jest dla  87% Rosjan jest integralną częścią Rosji. Za Krym płynęły rzeki krwi rosyjskich żołnierzy  - najpierw na wojnach z Tatarami, potem państwami zachodnimi, aż w końcu z Niemcami. Bohaterska obrona Sewastopola opisana, m.in. przez Tołstoja, weszła do kanonu rosyjskiej legendy i narodowej mitologii. To, że Krym znalazł się w granicach Ukrainy - zasługa dziwnego kaprysu Chruszczowa, ale wtedy nikt nie przypuszczał, że ZSRR może upaść, a Ukraina oderwie się od Rosji.

A dla Ukraińców Krym jest ukraiński i nigdy nie pogodzą się z jego stratą. W tym jednym i elita i społeczeństwo są zgodne.

Niewątpliwie w Rosji nacjonalizm jest na fali. Jego znaczenie rośnie i rośnie. Tamtejsze media opisują heroizm ochotników, którzy przedzierają się przez granicę ukraińską, by walczyć za "noworosję" (region doniecki). W badaniach socjologicznych prezydent Putin bije rekordy popularności. I to dzieje sie w czasie, kiedy stan rosyjskiej gospodarki jest coraz gorszy, podrożały o kilka procent podstawowe produkty żywnościowe i życie zwykłych ludzi stało sie o wiele trudniejsze.

Niedawno prezydent Putin nagrodził pieniężnie dziesiątki czy nawet setki dziennikarzy. Sam fakt, że prezydent, czyli władza wykonawcza, nagradza dziennikarzy, jest dziwny, bo przecież dziennikarze powinni być w stałym sporze z władzą. W tym właśnie się przejawia kontrolna funkcja mediów. Być może dlatego owo wyderzenie nie było nagłaśnione, nawet można powiedzieć, że cała ceremonia miała charakter tajny. Ale co najbardziej zaskakujące było uzasadnienie nagród: Otóż dziennikarze zostali nagrodzeni za to, że napisali prawdę (sic!) o wydarzeniach w Krymie!!!

Często w prasie zachodniej przeciwników ustroju sowieckiego nazywano dysydentami. Dysydentami byli na przykład Vaclav Havel czy Jacek Kuroń. Ale to niewłaściwe określenie. To nie byli dysydenci. Bo czuli - nawet jeśli nie przez całe, to na pewno większość społeczeństwa - moralne i psychiczne wsparcie. Prawdziwym dysydentem jest osoba, która w pojedynkę sprzeciwia się temu, co większość narodu uważa za prawdę. We współczesnej Rosji są takie osoby. Nieliczne - Jedną z nich byla zmarła kilka dni temu - Waleria Nowodworska - Ale tym bardziej są one godne szacunku i podziwu. Tak jak w Trzeciej Rzeszy Dietrich Bonhoeffer. Duchowny, pastor Kościoła ewangelickiego. Bo łatwo być odważnym kiedy się ma za sobą społeczeństwo, które popiera protest. Prawdziwą odwagą jest wystąpienie przeciwko całej społeczności, tak jak bohater Gary'ego Coopera, z filmu "Pojedynek w samo południe".  To jest prawdziwe bohaterstwo. Lecz taki heroizm jest konieczny dla ratowania podstawowych wartości w społeczeństwie opanowanym przez ideologię nacjonalistyczną.