„Czy na was, mężowie ateńscy, moi oskarżyciele wywarli wrażenie, tego nie wiem. Bo co do mnie, to sprawili, że sam niemal zapomniałem kim jestem – tak przekonująco mówili. Nie powiedzieli jednak – trzeba przyznać – nic prawdziwego. Najbardziej zaś z licznych kłamstw zdziwiło mnie jedno, to, kiedy rzekli, iż winniście uważać, abym was nie oszukał, bo taki znakomity ze mnie mówca. Że tego się nie wstydzili [...]. Chyba, że takim mówcą nazywają kogoś, kto mówi prawdę”. Platon, Obrona Sokratesa

 

Część Pierwsza

Znane są opinie, że kryzysy stanowią nieodzowny element demokracji. Stanowią one emanację sprzecznych interesów różnych grup i środowisk społecznych. Ich ucieranie się winno prowadzić do rozwiązań kompromisowych. Doświadczenie jednak dowodzi, że reguły takie mogą funkcjonować w krajach, w których zasady demokracji i poszanowania wolności są silnie zakorzenione. W Polsce ten warunek nadal nie jest spełniony. W czym to się przede wszystkim wyraża? W tym o to, że nasi politycy, dziennikarze, ludzie nauki, niektóre autorytety, duża część zwykłych obywateli, utożsamiający się z jakąś opcją, a więc stroną sporu, nie potrafią traktować adwersarza jak przeciwnika. Dominuje postawa wrogości, często zapiekłej, która wyklucza możliwość kompromisu. Jakby nie istniały inne możliwości, jak tylko hołdowanie starej zasadzie, że z wrogiem się nie pertraktuje, wroga się niszczy. Mogą o tym świadczyć zachowania prezydentów RP, którzy nie są w stanie wspólnie uczestniczyć m.in. w uroczystościach kolejnych rocznic naszej najnowszej historii.

Nasuwają się pytania, kim są ludzie, którzy w 2008 roku na cmentarzu powązkowskim znieważyli żołnierza Armii Krajowej św. pamięci prof. Bartoszewskiego, który w imieniu Rządu RP składał wieńce ku czci poległych w powstaniu warszawskim? Albo, kim są ci, którzy w czerwcu 2009 roku zablokowali skutecznie uroczystości z udziałem władz RP upamiętniające kolejną rocznicę wyborów parlamentarnych przeprowadzonych w czerwcu 1989 roku?
W niektórych sprawach emocje i zawziętość są tak wielkie, że obozy uczestniczące w sporze, dążąc do zniszczenia adwersarza, kwestionują fakty historyczne, relatywizują ich oceny, w zależności od potrzeb i sytuacji na „polu bitwy”, na którym toczy się walka o pozyskanie zwolenników. Niekiedy celem tych przedsięwzięć jest wytworzenie u odbiorców przekonania, że ten kto kwestionuje określone racje, jest podejrzany, może sympatyzować z wrogami Polski albo wręcz dopuszcza się zdrady narodowej.

Takich kwestii, dzielących Polaków, jest ciągle zbyt dużo Należą do nich miedzy innymi: na przykład stosunek do tzw. polityki historycznej, powstania warszawskiego, stanu wojennego z grudnia 1981 roku, okoliczności związanych z odzyskaniem przez Polskę suwerenności w 1989 roku, negocjacji przy tzw. okrągłym stole, rozliczenia PRL, polityki zagranicznej wobec sąsiadów itd.

Wśród cudzoziemców, również tych przychylnych Polakom, zauważa się kąśliwie, że wokół polskiego piekielnego kotła nie ma ani jednego diabła – nadzorcy, gdyż każdy Polak, który wystawi głowę ponad brzeg kotła, natychmiast jest ściągany przez rodaków do jego wnętrza. Takie właśnie zdanie na temat Polaków miał Winston Churchill, który pod koniec wojny powiedział o nas w publicznym przemówieniu: „naród wspaniały w nieszczęściu i najnikczemniejszy z nikczemnych w chwilach powodzenia” .
Dylematy dotyczące charakteru Polaków mieli też niektórzy nasi wielcy rodacy, choćby Aleksander Wielopolski, który we wrześniu 1862 stwierdził „dla Polaków można czasem coś zdziałać – z Polakami nigdy”. Wyrażona przez hrabiego Wielopolskiego opinia wskazuje, że przyczyna różnych naszych nieszczęść tkwi nie tyle w działaniach wrogów, ale bardziej w naszych przywarach.

Brak predyspozycji Polaków do dialogu i zawierania kompromisów może wywodzić się z trudnych doświadczeń naszej historii. Witold Wirpsza w eseju „Polaku, kim jesteś?” zwraca uwagę na rolę mitów w budowaniu świadomości historycznej Polaków. Powiada: „[...] mity te zaś polegają przeważnie na pewnych niebezpiecznych przesunięciach akcentów, i tak: jeśli się mówi o swojej odrębności, to w podtekście aż nadto często ma się na uwadze wyjątkowość; jeśli się mówi o możliwym do wykonania zadaniu w obrębie jakiegoś zespołu, czy formacji kulturalnej, to w podtekście myśli się o posłannictwie; jeśli się mówi o przeciwnościach lub złym położeniu geograficznym, lub trudnych losach dziejowych to w podtekście zazwyczaj tworzy się upiory, spiski niesprawiedliwych przeciwko jednemu jedynemu sprawiedliwemu. [...] Wzmaga jeszcze uparte trwanie pewnych mitów w świadomości narodowej: im więcej ich jest i im są bezwładniejsze, tym łatwiej poczynać sobie ze społeczeństwem, tym łatwiej stosować szantaż psychologiczny, stosować argumentację magiczną zamiast racjonalnej, przymuszać do posłuchu i rozgrywać ten posłuch, odwołując się pozornie do zastanego uprzednio i rzekomo oczywistego stanu umysłów i uczuć”.

Opinia Wirpszy trafnie wskazuje na użyteczność potencjału tkwiącego w pojęciach „świadomość historyczna” albo „świadomość narodowa”. Stanowiły one niegdyś, ale także i dziś obszar, na którym toczy się walka o „dusze Polaków”. Jak dawniej, tak i teraz część adwersarzy bez skrupułów odwołuje się do świętości, aby zasłonić interesy polityczne albo własne ambicje. Zarówno wrogowie, jak i sojusznicy wiedzą od dawna, że jest to wdzięczne pole budowania w Polsce własnych wpływów.

Ale jest jedna istotna cecha, która odróżnia Polaków od innych narodowości. Doświadczenie i pamięć przekazywane z pokolenia na pokolenie sprawiają, że konkretne i realne wybory dokonywane przez Polaków i ich stosunek do zdarzeń są zawsze wynikiem przefiltrowania przez najważniejszą „instytucję” – czujność. Ona nakazuje być podejrzliwym wobec wszystkich. Czujność więc i podejrzliwość stanowią istotną przyczynę zachowania wielu z nas.

Stąd oto wynika, że większości z nas, Polaków towarzyszy poczucie zagubienia, strachu, o to, co przyniesie przyszłość. Naturalny stan świadomości współczesnego Polaka to funkcjonujące równocześnie wielkie oczekiwanie oraz postawa roszczeniowa, wieczne pretensje. Dla niektórych źródłem takich postaw było zniewolenie społeczeństwa w PRL. Ksiądz J. Tischner tak przedstawia „zagubionego” Polaka – „Homo sovieticus to gatunek budzący podziw. Rozdrobniony na tysięczne odmiany indywidualne, człowiek ten był stałym towarzyszem chrześcijanina. Tak jak przenikał w głąb komunistycznej partii, przenikał również do wnętrza kościołów. Tam »konsumował« środki zabezpieczenia na życie wieczne. Można go było poznać po szczególnym typie nieodpowiedzialności, lecz nieodpowiedzialnością pozytywną – nieodpowiedzialnością z pretensjami. Zawsze pełen roszczeń, zawsze gotów do obwiniania innych, a nie siebie, chorobliwie podejrzliwy, przesycony świadomością nieszczęścia, niezdolny do poświęcenia siebie, obracał się między Wawelem a Jasną Górą jako natręt i wyrzut sumienia duszpasterzy”.

Taki właśnie Polak w 1989 roku, po zwycięstwie obozu solidarnościowego, rozpoczął podróż w nową przyszłość. Odwołując się do przytoczonej opinii ks. Tischnera można powiedzieć, że na homo sovieticusa spadły w czerwcu 1989 roku nowe utrapienia związane m.in. z utratą państwa opiekuńczego, wielką modernizacją nowego państwa i budową społeczeństwa demokratycznego, zakwestionowaniem wielu autorytetów, trudnościami zaadoptowania do nowego otoczenia, co musiało pogłębiać u wielu poczucie niepewności jutra.

Ale przełom tworzył także warunki, w których ujawniały się ambicje osób zdeterminowanych do walki o wpływy, korzyści, władzę i gotowych do przewodzenia pozostałym. Zmarginalizowani i odczuwający dyskomfort niedocenienia, wypracowali taktykę inspirowania podziałów, stanowiącą przydatne narzędzie odzyskania wpływów i „należnej pozycji”.

Niektórzy politycy wolnej Polski, podobnie jak propagandyści PRL, dostrzegli w polityce historycznej (na co zwraca uwagę W. Wirpsza potencjał przydatny do wykorzystania w walce o władzę. Oni i skupione wokół nich środowiska wszczynają różne kampanie propagandowe ukierunkowane, tylko pozornie wyłącznie, na przywracanie pamięci i edukację historyczną społeczeństwa, a faktycznie na realizację konkretnego celu politycznego. Uznano bowiem, że poprzez oddziaływanie na świadomość Polaków, poprzez odwołanie do wiary, różnych symboli historycznych, zagrożeń, można skutecznie zdobyć znaczące i przydatne poparcie w opinii publicznej. Zupełnie nie przyjmowano argumentów wskazujących na negatywne skutki tych działań: dzielenie Polaków, inspirowanie kryzysów wewnątrz, jak i z sąsiadami. Przydatną ideologię spopularyzował Marek A. Cichocki, który twierdzi, że: „Pamięć i polityka warunkują wspólnie sukces lub porażkę każdego projektu wielkiej przemiany. Jeśli zawładniesz pamięcią, staniesz się panem zmiany – to dlatego właśnie archiwa upadającego systemu politycznego są tak bezcennym łupem każdego zwycięzcy”. Jednakże w 2005 roku, 16 lat od upadku PRL, realizacja tej idei była już utrudniona, a nawet zdawała się niemożliwa do przeprowadzenia. Ale w środowisku autora tej idei dominowało przekonanie, że interpretacje różnych zdarzeń, które faktycznie miały miejsce w najnowszej historii Polski, mogą wzbudzać wątpliwości ze względu na niejasne okoliczności albo skutki. Są one przydatne do wykorzystania jako broń w walce politycznej o władzę i rząd dusz. Narzędzia okazały się niezwykle efektywne. Akcję dzielenia Polaków rozpoczęto nagłaśniając ideę budowy Muzeum Powstania Warszawskiego. Ukryty cel programu miał ujawnić opinii publicznej tych, którzy jego utworzenie popierają i tych i tych zgłaszających wątpliwości. Innymi słowy, dzielono Polaków na patriotów i na tych, którzy być może nimi nie są. Podobną operację przeprowadzono wywołując dyskusje dotyczące oceny stanu wojennego. W działaniach propagandowych koncentrowano uwagę na dzielenie Polaków według kryterium: ofiary – patrioci, walczący o wolną i niepodległą Polskę oraz po przeciwnej stronie kaci, postkomuniści, zdrajcy wysługujący się obcemu mocarstwu. Celem tych działań było z jednej strony budowanie poparcia dla własnego obozu politycznego, z drugiej strony równie istotne znaczenie przywiązywano do zapewnienia przedstawicielom własnego środowiska udziału w różnych korzyściach, jak też pozyskiwania uznania dla osób, które czuły się niedocenione.

Przyjęta strategia walki o władzę poprzez inspirowanie konfliktów, w praktyce oznaczała prowadzenie działań zaczepnych na różnych frontach, w tym wobec konkretnych ludzi. Panowało przekonanie, że nie uda się wykreować nowych autorytetów, bez zniszczenia „starych”. Jedna z istotnych przyczyn pogubienia się Polaków, rozchwiania postaw może wynikać z braku możliwości odwołania się do autorytetów – przewodników godnych zaufania. Ludzie, którzy posiadają doświadczenie życiowe, wyróżnili się postawą w sytuacji zagrożenia i przez to cieszą się zasłużonym szacunkiem. Takich osób nie da się łatwo oskarżać i deprecjonować. Nie obawiają się one zarzutów o relatywizowanie zdarzeń, albo wysługiwanie się władzy. I choć osoby te nie pełnią żadnych funkcji, a niektóre z nich nigdy nie zajmowały wysokich stanowisk, ich głos jest słyszany, ważny i szanowany. Dlatego akcja kontestowania autorytetów należała i należy do priorytetowych działań „siewców” niezgody.

Zdaniem części komentatorów oceniających stan wewnętrznej sytuacji politycznej w Polsce, jej wyróżnikiem jest trwałość i zaciętość sporu politycznego pomiędzy dwoma największymi obozami politycznymi, które swój początek wywodzą z opozycji demokratycznej. Można postawić tezę, że z upływem czasu jego zażartość rośnie. Źródeł tego sporu upatruje się w tzw. ideologii IV RP. Niezbyt trafnie. Wydaje się bowiem, że ta strategia stanowi jedynie element przetworzonej na użytek Polski idei polityczności sformułowanej przez Carla Schmitta. W książce „Teologia polityczna” pisze on m.in.: „[…] w wewnętrznych sporach wewnątrz państwa często posługujemy się pojęciem »polityczny«, chociaż w rzeczywistości na ogół chodzi nam o zjawiska, które mają charakter ewidentnie »partyjno-polityczny«. W nieunikniony sposób wszystkie takie decyzje polityczne są nierzeczowe; są jedynie słabym odbiciem pierwotnej różnicy pomiędzy przyjacielem i wrogiem, właściwej dla wszelkich politycznych zachowań. W przypadku partii decyzje polityczne są zdegenerowane do prostych form decyzji personalnych, dotyczących obsadzenia stanowisk i poszukiwania intratnych urzędów. [...] Jeżeli sprzeczności o charakterze partyjno-politycznym stają się w państwie stricte polityczne, wówczas osiągnięty zostaje najwyższy stopień intensywności napięć »wewnątrz-politycznych« i wewnątrz państwa powstają ugrupowania, które formują się według kryterium przyjaciela i wroga. Takie wewnętrzne podziały mają kluczowe polityczne znaczenie ze względu na możliwość wybuchu zbrojnego konfliktu. Jednocześnie mają one inny charakter niż te sprzeczności, które prowadzą do konfliktu w polityce międzynarodowej.

W przypadku takiego właśnie »prymatu polityki wewnętrznej« realna możliwość walki, stale obecna w polityce, by w ogóle można było o polityce mówić, nie dotyczy już wojny między zorganizowanymi zbiorowościami narodowymi – państwami lub imperiami, lecz wojny domowej [...]. Wojna to zbrojna walka, prowadzona przez zorganizowane politycznie jedności (która wszelako z tego względu traci swój jednoznaczny charakter). [...] W rzeczywistości takie pojęcia jak przyjaciel, wróg, czy walka mają realne znaczenie właśnie dlatego, że związane są z faktyczną możliwością fizycznego unicestwienia. [...] W żadnym przypadku nie jest prawdą, jakoby każdy polityczny byt oznaczał w istocie krwawą wojnę, a każde działanie polityczne miało charakter zbrojnej walki” . I dalej pisze: „Każde przeciwieństwo religijne, moralne, ekonomiczne, etniczne lub jakiekolwiek inne przekształca się ostatecznie w przeciwieństwo polityczne, o ile jest dostatecznie silne, by faktycznie podzielić ludzi na przyjaciół i wrogów. Polityczność nie polega na samej walce [...]. Istota polityczności tkwi w działaniach wynikających z realnej możliwości walki. Polityczność to wyraźne rozpoznanie własnej sytuacji wobec możliwości konfliktu, trafne odróżnienie przyjaciela od wroga”.

W podsumowaniu Schmitt stwierdza „Polityczne myślenie i polityczny instynkt przejawiają się w polityce i w teorii jako zdolność rozróżnienia przyjaciela i wroga. Wielka polityka osiąga punkt kulminacyjny w momencie, gdy wróg zostaje rozpoznany w całej swej konkretności i wyrazistości”.

Kreowane w III RP przez część klasy politycznej konflikty, których temperatura rośnie w miarę oddalania od przełomu 1989 roku, nie zawsze są skierowane na naprawę państwa. Mogą wręcz stanowić zagrożenie. Prof. Bronisław Łagowski zdecydowanie negatywnie wypowiada się na temat interpretowania i wykorzystania przez polską prawicę poglądów Schmitta. Według niego „grupa intelektualistów obsługujących partię Kaczyńskiego znalazła w poglądach Schmitta usprawiedliwienie dla wrogości kierowanej przez odzyskane państwo do wnętrza kraju i dla kryminalizowania przeciwników politycznych. Jest to dokładnie sprzeczne z tym, co głosił Schmitt. [...] Polscy prawicowi zwolennicy Schmitta zrozumieli z niego tyle, że każda partia powinna mieć wroga, bo bez tego utraci tożsamość i rozpłynie się w przypadkowym społeczeństwie. [...] Wrogowi przysługują prawa. Traktowanie wroga politycznego jako przestępcy jest według tego myśliciela barbarzyństwem. [...] Wszystkie te partyjne rozgrywki, intrygi, wzajemne oszczerstwa są zaledwie karykaturą, bladym cieniem polityczności. Jeżeli niektórzy prawicowi publicyści pragną polityczności i powołują się na Schmitta, to powinni wiedzieć, co to znaczy. Otóż znaczy to rozpad państwa”.

Polacy w 1989 roku po raz kolejny w swojej historii odzyskali suwerenność, która daje możliwość „rządzenia się po swojemu”. Obserwując bieg spraw publicznych, będących następstwem wyborów dokonanych w 1989 roku, właśnie z uwagi na owo doświadczenie Polaków, wręcz ciśnie się pytanie: Czy nasza tragiczna historia, ta dawniejsza i ta nieodległa, wynika z działania jakichś sił zewnętrznych, a zatem po części jakby niezależnych od Polaków, czy może jest również zawiniona przez nas samych?

W niniejszym artykule Korzystałem z następujących publikacji:

Józef Tischner, „Etyka i Solidarność oraz Homo Sovieticus”, Wyd. Znak, Kraków 1992.

W. Wirpsza, „Polaku, kim jesteś?”, Wyd. Instytut Mikołowski, Mikołów 2009.

Marek A. Cichocki, „Władza i pamięć”, Wyd. Ośrodek Myśli Politycznej, Kraków 2005.

Amelia Łukasik, Agnieszka Rybak, „Ludwik Dorn. Rozrachunki i wyzwania”, Wyd. Prószyński i Media, Warszawa 2009.

Carl Schmitt, „Teologia polityczna i inne pisma”, Wyd. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Warszawa–Kraków 2000.

Bronisław Łagowski, „Ukochane polskie »My«. Czy Carl Schmitt rządzi Polską?”, [w:] „Pochwała politycznej bierności”, Wyd. Sprawy Polityczne, Warszawa 2010.