Ewangelia według św. Jana zaczyna się zdaniem: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”. To, co tłumaczymy na język polski jako Słowo, w oryginale greckim brzmi Logos. Jednak grecki termin logos miał znacznie bardziej bogaty sens – rozumiany był przez filozofów także jako myśl, wiedza, rozum przenikający wszechświat. Gdy św. Jan powiada, że na początku był Logos, chce przez to wyrazić, że na początku była Myśl Boga i jej mocą stworzony został świat. A skoro cały świat i człowiek jako jego część są dziełem Myśli Bożej, to w sobie właściwy sposób Myśl tę odzwierciedlają. Mamy więc podstawę domniemywać, że człowiek może w mowie swojej przenosić odblask Myśli Boga – może, ale nie musi, albowiem człowiek otrzymał od Boga wolną wolę i zdolny jest w mowie swojej przenosić także mrok myśli szatana. Poprzestańmy na konstatacji, że język jest nośnikiem myśli, a zatem użycie takich a nie innych słów jest oznaką charakteru i jakości naszego myślenia.

Zacznijmy od prostego i wyraźnego przykładu z zakresu działań politycznych. Wystarczy wziąć do ręki jakąkolwiek gazetę, aby przeczytać w niej informacje o tym, że na przykład premier dogadał się ze związkowcami, a prezes partii X dogadał się z przewodniczącym partii Y, że działacze jakiegoś stowarzyszenia nie mogą się między sobą dogadać w jakiejś ważnej sprawie, a w ogóle to ludziom teraz trudniej się ze sobą dogadywać. Jeszcze niedawno temu dogadywali się na przykład menele, jak zdobyć trochę grosza na kolejną flaszkę, albo dogadywali się gangsterzy, jak kogoś obrabować czy zabić. Ludzie przyzwoici porozumiewali się. Jeżeli teraz taki styl wypowiedzi jest powszechnie akceptowany i nie wywołuje sprzeciwu, to należy w tym widzieć oznakę poważnego kryzysu naszego pojmowania działań politycznych, kryzysu polegającego na tym, że faktycznie uznaliśmy, że polityka jest sferą brudną, miejscem styku z przestępczością, a różnego rodzaju afery są niejako z natury wpisane w życie polityczne. Możemy nie mieć tego w świadomości, możemy żywić autentyczne przekonanie, że opowiadamy się za zasadami demokracji. Ale język nas zdradza – ukazuje, że już faktycznie pogodziliśmy się z tym, że polityka bardziej jest sferą egoistycznych interesów, niż realizacją dobra wspólnego.

Wróćmy do początkowego przykładu. Wskazany wywiad przeprowadzony został z członkinią pewnej ewangelizacyjnej wspólnoty charyzmatycznej. Osoby należące do tej wspólnoty pragną doświadczyć mocy Ducha Świętego, doznać momentu zjednoczenia z Nim. Kobieta udzielająca wywiadu twierdzi, że przeżyła taki moment, a redaktorka przeprowadzająca wywiad powiada w tym kontekście, że zapewne właśnie wtedy zaczyna się owa „jazda”. Odpowiadająca potwierdza i oznajmia, że „jazda z Duchem Świętym jest czymś cudownym”. Można uznać, że to tylko infantylizm (by nie powiedzieć: prymitywizm) wypowiedzi. To prawda, ale przecież ten infantylizm o czymś świadczy, czegoś jest oznaką. Twierdzę, że jest oznaką spłycania wiary, świadectwem dokonującej się redukcji uczuć religijnych do przeżyć o charakterze powierzchownych emocji, doznań tego samego typu, co ekstatyczne słuchanie muzyki rockowej.

Język nie tylko ukazuje nasze myśli, lecz także zdradza to, czego sami nie jesteśmy świadomi. Język, którym posługuje się obecnie tak wielu katolików, zdradza osłabienie wiary. Podam jeszcze trzy różne co do swego charakteru przykłady, które zdają mi się być bardzo wymowne. Pierwszym jest użycie czasownika „nawiedzać” w kontekście czynności czysto świeckiej. Oto co jakiś czas biskup wizytuje podległe mu parafie. W sprawozdaniu z takiej wizytacji nigdy nie natrafiłem na sformułowanie mówiące po prostu o tym, że biskup odwiedził czy wizytował parafię – on ją nawiedza! Słowo „nawiedzenie” ma wielką konotację religijną. Kościół katolicki obchodzi 31 maja święto Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny. Jest to pamiątka odwiedzin św. Elżbiety przez Marię, kiedy z ust Elżbiety słyszy Maria słowa: „Błogosławionaś ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota twojego”. Są te słowa proroczą zapowiedzią przyjścia na świat Tego, który świat zbawi. Mówienie w tym kontekście o odwiedzinach czy wizycie nie oddawałoby w żadnej mierze owego wymiaru sakralnego, nie wiązałoby się z chrześcijańską nadzieją. Dlatego język polski znalazł słowo nie używane na co dzień, a wyrażające wyjątkową głębię wydarzenia. Na gruncie autentycznie przeżywanej wiary określenie gospodarskiej wizyty biskupa w parafii mianem nawiedzenia musi zostać uznane za świętokradczą kpinę. Jeżeli więc nie jest tak odczuwane, to zapewne dlatego, że wiara staje się w coraz mniejszym stopniu doświadczaniem sacrum, a w coraz większym stopniu jedynie reliktem obyczajowym.