Redakcja: Czy sytuacja niektórych wysiedlonych po akcji „Wisła” poprawiła się?

Po wydaniu książki dostałem sporo listów i maili, w których z reguły ludzie dziękowali mi za to, że zająłem się tym tematem. Fakt, że po latach wziął się niego Polak był tym bardziej wzruszający dla społeczności ukraińskiej. Uważam, że nie ma tutaj żadnego znaczenia, czy ktoś chodzi do takiego czy innego kościoła, czy jest Polakiem, Ukraińcem czy Niemcem. Po prostu albo ma się wrażliwość na ludzką krzywdę albo się jej nie ma.

Wiele osób zarzucało mi jednak, że próbowałem powiedzieć w swojej książce, iż ci ludzie po przesiedleniu zyskali i było im lepiej. Muszę powiedzieć, że absolutnie nie miałem takiej intencji. Wielu moich bohaterów przyznawało natomiast po latach rację tego rodzaju tezie. Zauważali, że oczywiście z wielkim bólem zostali z korzeniami wyrwani z ziemi ojczystej, z domu, który budował jeszcze ich pradziadek albo tuż przed wojną zbudował z oszczędności życia ich ojciec i wszystko to musieli stracić. Pewna starsza pani opowiadała, że kiedy podczas przesiedleń żołnierze powiedzieli im, aby wzięli ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy, ci ludzie zapakowali kufry oraz zabrali święte obrazy, ale żeby w ręce wroga nie trafiły maszyny rolne, wrzucili do studni wszystkie te brony, lemiesze, grabie czy szpadle. Nie chcieli, żeby ktoś się nimi posługiwał, myśląc zapewne, że przyjdzie taki moment, kiedy będą mogli na te tereny wrócić. Prawda jest taka, że mogli wrócić, ale po bardzo wielu latach. Ciekawe jest zresztą, że w rejony Krynicy Górskiej, dzisiaj Krynicy Zdrój, czyli Beskidu Sądeckiego ci ludzie nie mieli prawa wracać jeszcze w latach 60. i 70. To niebywałe, że po tak długim czasie, bo ta pierwsza odwilż przyszła po śmierci Stalina, bardzo często nie mieli do czego wrócić, ponieważ ich dawne posiadłości i skromne majątki, były już zasiedlane przez ludzi nowych, np. z centralnej Polski. Kiedy przyjeżdżali i mówili „to jest nasz dom, my się chcemy tu wprowadzić”, to ten ktoś odpowiadał „dobrze, ale w takim razie dajcie mi mój dom albo dajcie mi pieniądze, a ja sobie swój wybuduję”. Oczywiście nikt takich pieniędzy nie miał, dlatego musieli jechać z powrotem np. do Szczecina.

Jest to więc wszystko bardzo indywidualne, ale de facto wiele osób rzeczywiście przyznawało mi, że jadąc na tzw. ziemie odzyskane, i to jest rzecz absolutnie uniwersalna i prawdziwa, jechali na tereny o nieco wyższym poziomie rozwoju gospodarstw rolnych niż na terenach południowo-wschodniej Polski. Jechali do domów murowanych, a nie drewnianych, do domów rozgrabionych przez miejscowych rzezimieszków, ale takich, w których coś tam jednak jeszcze było. Jechali do domów pokrytych dachówką, a nie strzechą. Do gospodarstw, które miały mimo wszystko nieco większy areał niż tam na południu. Obszarów odludnionych, a nie przeludnionych. Niektórzy mówią więc, że faktycznie wyszło im to na plus, ale oczywiście nie wszyscy. Nie ma bowiem nic gorszego, niż przesadzić kogoś na siłę w zupełnie inne miejsce, bez jego zgody. To absolutna zbrodnia na żywym organizmie, ale są rzeczywiście takie opinie niektórych, że w sumie mogło to wyjść materialnie na plus, choć nic oczywiście rachunku krzywd nie wyrówna. To jest tak, jakby dzisiaj ktoś kazał nam wynieść się np. do Kanady czy Stanów Zjednoczonych mimo naszej woli. Co z tego, że być może tam dostalibyśmy duże mieszkanie i dobry samochód, skoro my tego nie chcemy. Żadna materialna zabawka nie wyrówna strat duchowych. Myślę więc, że to kwestia bardzo indywidualna. Nie chcę w tej chwili mówić za kogoś, a tym bardziej uśredniać tego do całej grupy.

Czy pamięć o akcji Wisła może łączyć Polaków i Ukraińców?

To bardzo trudne pytanie. Myślę, że dziś pamięć niestety wciąż bardziej dzieli, niż łączy, choć najwięcej zależy od nas samych. Od tego, co mamy w środku i czy jesteśmy wrażliwi czy nie. Niektórzy z moich bohaterów mówią po latach, że absolutnie nie mają pretensji do Polaków, ponieważ wiedzą, że nie Polacy to zrobili. Nie do nich nalezała decyzja, choć ich rękoma zostało to dokonane. Z kolei część Polaków do dziś mówi „ci okropni Ukraińcy”, przypominając o odpowiedzialności za rzeź na Wołyniu. Myślę, że ten rachunek krzywd jest cały czas niewyrównany i rację mają ci, którzy mówią, iż wszystko tkwi w prawdzie.

Z listów, które dostaję od czytelników książki wiem, że do dziś w wielu rodzinach tkwi głęboko zadra i te podziały są nadal widoczne. Pewna kobieta mówiła mi, że jej matka doznała wielu przykrości od bliskich przez to, że wyszła za Polaka. Nie chciała o tym wszystkim do końca pamiętać i nie chciała też, żeby dziś tamte wydarzenia definiowały jej losy i wybory życiowe. W jej rodzinie wciąż istnieje wielka przepaść między tymi, którzy pielęgnują pamięć o akcji „Wisła” i mają do Polaków pretensje, a tymi, którzy chcą inaczej ułożyć sobie życie i pamiętać, ale w inny sposób. Ona po przeczytaniu tej książki powiedziała, że od teraz jej misją będzie pogodzenie tych zwaśnionych członków rodziny, bo dzięki niej zrozumiała, że jedynym wyjściem jest pogodzenie się i osiągnięcie pojednania. Żeby jednak do niego doszło, musi pojawić się zrozumienie, a zrozumienie przyjdzie tylko wtedy, jeśli obie strony w mniejszym lub większym stopniu dokonają rachunku krzywd.

Oglądaj całość