Redakcja: Czym była akcja „Wisła”?

Krzysztof Ziemiec: Z wiedzy, którą powinien posiadać każdy, w miarę wykształcony człowiek, można powiedzieć, że była to akcja zaprojektowana na górze, tzn. nawet nie w Warszawie, a w Moskwie. Taką decyzję podjęli towarzysze radzieccy, a towarzysze polscy byli tylko wykonawcami. W polskich archiwach nie ma dziś stuprocentowych dokumentów, że ta decyzja wyszła z samej góry, ale wszyscy historycy są zgodni, iż polskie władze były wtedy zbyt słabe, aby samodzielnie o tym zadecydować. Po wojnie, w 1947 r., z punktu widzenia Kremla żadne wewnętrzne bunty w państwach satelickich nie mogły być dopuszczalne. W Polsce ówczesne władze komunistyczne toczyły wojnę wewnętrzną, nie tylko z osobami z niepodległościowego podziemia, ale także z siłami UPA. Mało kto wie, że tuż po wojnie w Sudetach dochodziło do regularnych walk miedzy armią czechosłowacką a wojskiem polskim. Czesi rościli sobie prawa do granic, które na północy sięgałyby nawet prawie do Wrocławia, a Stalin nie mógł pozwolić, żeby tego typu sytuacje miały miejsce. I tak, jak szybko załatwił sprawę tam na Dolnym Śląsku w Sudetach, w podobny sposób podjął zapewne decyzję odnośnie do mniejszości ukraińskiej w Polsce.

Pamiętajmy, że życie na krańcach południowo-wschodnich tuż po oficjalnym zakończeniu działań wojennych, co mówią wszyscy świadkowie mojej książki, było z wielu powodów bardzo trudne. Toczyły się tam zacięte pojedynki między wojskami Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego z siłami, które zostały w lasach i nie złożyły broni, czyli niepodległościowym podziemiem, ale i zbrojnymi oddziałami, które pod szyldem Ukraińskiej Powstańczej Armii chciały doprowadzić do tego, żeby tamte ziemie należały do przyszłej Ukrainy. Wydaje mi się, że ci ludzie cały czas wierzyli, iż dojdzie do powstania większego czy mniejszego, ale jednak państwa ukraińskiego. Może nie do końca niepodległego, ale powiedzmy satelickiego, jakim była np. PRL. Dziś wiemy, że do czegoś takiego nie mogło dojść i dlatego walki okazały się tak zacięte.

Myślę, że decyzja o akcji „Wisła”, z punktu widzenia człowieka, który żyje u progu trzeciego dziesięciolecia XXI w., była w jakimś sensie konieczna. Popatrzmy na to, co działo się niedawno w Hiszpanii, kiedy rząd centralny w Madrycie nie mógł sobie pozwolić na rewoltę zbuntowanej Katalonii i powstrzymał ją wszelkimi możliwymi siłami, przy co najmniej milczącej i pewnie również oficjalnej zgodzie Brukseli. Dzisiaj władzom UE nie jest na rękę, żeby na peryferiach unijnych, a Hiszpania jednak do takich peryferii należy, działy się tego rodzaju rzeczy. Wówczas Stalin też nie mógł sobie na to pozwolić i rząd polski w Warszawie, satelicki jakby nie było, również nie mógł dopuścić, żeby ktoś dokonywał wewnętrznej rewolty, próbując oderwać jakieś części kraju od granic, które zostały ustalone w Jałcie.

Akcja była więc pomyślana jako coś mającego położyć kres bratobójczym bitwom. Tamte wsie przechodziły z rąk do rąk, płonęły, dochodziło tam do grabieży majątku, morderstw i gwałtów. Życie na tamtych terenach przez dwa powojenne lata było naprawdę ciężkie, więc myślę, że decyzja o tego typu akcji, tego typu podkreślam, była w jakiś sposób nieunikniona. Tutaj oczywiście zastosowano, tak jak to często w komunizmie, urawniłowkę, czyli po prostu wrzucono do jednego worka wszystkich i zastosowano odpowiedzialność zbiorową. Od tzw. zaplecza, które mogłoby w jakiś sposób pomagać czy żywić te oddziały Ukraińców chcących zmienić bieg historii, odcięto już nie tylko ich współpracowników, ale całe wsie, nie do końca nawet ukraińskie, bo bardzo często to były wsie czy domy, w których mieszkały rodziny mieszane. Do całego worka osób, które musiały zostać przesiedlone w inne krańce Polski wrzucono nawet tych chodzących nie do Kościoła katolickiego, a do Cerkwi czy Kościoła grekokatolickiego.

Była to lista często przypadkowa, polegająca nawet na tym, że sąsiad, któremu ktoś w czasie wojny nadepnął na piętę, w ramach zemsty donosił do żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, żeby tego, a nie innego człowieka na taką listę wciągnęli. W ramach zemsty ten ktoś musiał z całą rodziną, przykładowo z terenów Bieszczad czy ogólnie Karpat, wyjechać np. na tereny północno-zachodniej Polski, czyli teren, którego absolutnie nie znał i nie rozumiał. Całe szczęście, że nie dochodziło do sytuacji, w których ktoś musiał za to ginąć. Chociaż zdarzały się przypadki, gdzie ludzie ginęli, to miały one miejsce w zupełnie innych sytuacjach i okolicznościach. Generalnie ludzie musieli jednak jechać w nieznane, w nieludzkich warunkach, choć nadal w znacznie lepszych i bardziej przewidywalnych, niż to dotyczyło Polaków wysiedlanych z Kresów Wschodnich.

W jaki sposób odbywały się przesiedlenia?

Akcja „Wisła” rozpoczęła się pod koniec kwietnia 1947 r., a zakończyła wg różnych danych, nawet na początku sierpnia. Przez kilka miesięcy wojska Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego dość brutalnie wchodziły do wsi z listą, wywoływały ludzi na podwórko i informowały ile mają czasu na zabranie wszystkiego, co potrzebują. Następnie mieli się oni zebrać na miejscu zbiórki, skąd przewożono ich dalej do obozów przejściowych, gdzie np. pod gołym niebem czekali kilka dni. Po upłynięciu tego czasu ładowano ich do bydlęcych wagonów i bez informowania gdzie jadą, do kogo, w jakim celu i co z nimi będzie, wieziono na Dolny Śląsk albo na tereny byłych Prus Wschodnich, czyli na dzisiejsze Mazury i Warmię lub też na Pomorze Zachodnie, czyli nawet aż w rejony Świnoujścia.

Oglądaj całość