Obligatoryjny podatek od posiadania psa, od 1 stycznia 2008 roku, został zastąpiony fakultatywną opłatą od posiadania psa. Zapewne z punktu widzenia osób płacących opłatę, różnica ta nie jest istotna, jest z formalno-prawnego punktu widzenia zmiana jest znacząca. Przede wszystkim, dzięki tym zmianom, gminy otrzymały możliwość zrezygnowania z pobierania opłaty (pobór podatku był obligatoryjny). I w istocie wiele gmin, m.in. Warszawa czy Wrocław, wycofało się z pobierania opłaty od posiadania psa. Co ważne, inicjatorami zmian byli przedstawiciele samego samorządu.

Podatek od posiadania psa, podobnie jak obecnie opłata, nigdy nie stanowił istotnego źródła dochodów komunalnych a przeciętnie wpływy z tego źródła nie przekraczały 0,1% dochodów. Wprowadzanie podatku o tak małej wydajności fiskalnej stanowi ewidentne zaprzeczenie w kontekście efektywnej polityki podatkowej – zamiast mnożyć podatki, powinniśmy dążyć do systemu, w którym niewielka ilość podatków jest źródłem znaczących dochodów (w przypadku gmin takim wydajnym fiskalnie podatkiem jest przede wszystkim podatek od nieruchomości). Dodatkowo pojawia się problem kosztów poboru podatku przynoszącego tak znikome wpływy – w przypadku wielu jednostek koszty te przewyższały wpływy. W pewnym sensie podatek ten stał się karą za posiadanie psa, w przypadku której dolegliwość dla ukaranego ma prymat nad kosztami egzekucji.

Przyczyny niskiej wydajności fiskalnej były zróżnicowane – przede wszystkim należy wymienić szeroki zakres zwolnień (osoby starsze, rolnicy), pomijając nawet fakt, że podatek dotyczył wyłącznie osób fizycznych. Kolejnym czynnikiem było pośrednictwo inkasentów, których rolę pełnili często przedstawiciele służ weterynaryjnych (podatek był, szczególnie na terenach wiejskich, pobierany podczas akcji szczepień przeciwko wściekliźnie) - wynagrodzenie inkasenta jeszcze bardziej obniżało dochody podatkowe. Największy problemem był jednak fakt, że płacenie podatku było w zasadzie dobrą wolą podatnika – w praktyce możliwości zweryfikowania czy pies był opodatkowany były niemal żadne.

Pojawienie się fakultatywnej opłaty nie tylko dało samorządom możliwość rezygnacji z jej poboru, ale zmieniła sytuację podatników. W przypadku opłaty istotna jest bowiem kwestia odpłatności, która jest immanentną cechą tej daniny publicznej. Odpłatność oznacza, że osoba wnosząca opłatę otrzymuje w zamian określone świadczenie. Jakie zatem świadczenia gmina oferuje właścicielom czworonogów? Wiele gmin inwestuje w infrastrukturę służącą psom i ich właścicielom w postaci specjalnych wybiegów czy kubłów na odchody. Ponosi również koszty opieki nad bezdomnymi zwierzętami. Z pewnością wiąże się to z kosztami, zarówno na etapie inwestycji jak i eksploatacji, jednak czy są to wystarczające argumenty za utrzymaniem tego typu opłaty?

Podatek od posiadania psa nie jest rozwiązaniem ani nowym ani specyficznym dla naszego kraju. Pojawił się na początku XIX wieku i początkowo był definiowany jako podatek od luksusu – u podstaw tego leżało stwierdzenie, że osoby, które stać na utrzymanie zwierzęcia, są na tyle zamożne, że mogą ponieść ciężar dodatkowego podatku. Pomimo ogromnych zmian społeczno-gospodarczych, danina publiczna związania z posiadaniem psa, niezależnie czy nazwiemy ją podatkiem, opłatą czy licencją, wrosła w systemy podatkowe wielu krajów europejskich, Stanów Zjednoczonych, w tym również Polski.

Warto poświęcić więc chwilę uwagi analizie argumentów zwolenników jej utrzymania. Najczęściej przywołuje się koszty związane z opieką nad bezdomnymi zwierzętami (choć przecież nie są to wyłącznie psy) czy koszty ewentualnej „psiej” infrastruktury. Jednak zdecydowanie najczęściej pojawia się motyw „sanitarny”, związany z koniecznością sprzątania terenów zielonych. Obserwacja życia codziennego pokazuje, że rzeczywiście właściciele psów sprzątający po swoich pupilach należą do zdecydowanej mniejszości a spacer po miejskich chodnikach, szczególnie na początku wiosny, do przyjemnych nie należy. Może więc warto zwolennikom opodatkowania psów wytrącić z ręki ten argument?

Niezależnie od kwestii sprzątania terenów miejskich, osobiście, jako miłośniczka kotów, jestem zdecydowaną przeciwniczką opłaty za posiadanie psa. Utrzymywanie opłaty o tak znikomym znaczeniu dla gminnego budżetu należy uznać za anachronizm i niepotrzebne mnożenie podatków. Biorąc pod uwagę fakt, że jej wnoszenie jest raczej wyrazem dobrej woli mieszkańców (w kontekście znikomych możliwości egzekucji), prowadzi to do utrwalania złych wzorców – mam na myśli przekonanie, że można unikać płacenia zobowiązań podatkowych.

Koszty związane z przebywaniem psów w miejskiej przestrzeni powinny być zatem finansowane z innych dochodów własnych gmin, nawet jeśli oznacza to pewną ograniczoną redystrybucję dochodów – nie każdy jest szczęśliwym właścicielem psa, ale istotą życia społecznego, jest solidarność, która oznacza, że wspólnie finansujemy dobra publiczne, nawet jeśli nie wszyscy z nich korzystamy. A nawiązując do „motywu sanitarnego” warto zadbać o to, żeby sprzątanie po pupilach stało się w naszym kraju normą, podobnie jak w innych krajach europejskich.

Decyzja o pobieraniu opłaty zależy więc od gminnych radnych, może warto podnieść tę kwestię, korzystając ze zbliżających się wyborów samorządowych?