Redakcja: Za co w 2013 r. Hansen, Fama i Schiller otrzymali „ekonomicznego Nobla”?

Prof. Elżbieta Mączyńska: Rok 2013 był dość nietypowy, jeśli chodzi o ekonomiczną Nagrodę Nobla. Trzeba zresztą powiedzieć, że nietypowa jest sama nagroda, nieustanowiona przez samego Alfreda Nobla i niefinansowana ze spadku, jaki pozostawił, a z funduszy Szwedzkiego Banku Narodowego. Ekonomistów postanowiono honorować tym wyróżnieniem od 1968 r. W roku 2013 mieliśmy aż trzech takich noblistów, co nie jest bardzo częste, ponieważ w tym przypadku przeważają nagrody jednostkowe. W momencie, kiedy otrzymują ją trzy osoby nagrodę dzieli się na trzy części. Przyznano ją wówczas dwóm profesorom z Uniwersytetu w Chicago, prof. Hansenowi i prof. Famie oraz całkowicie różniącemu się od nich poglądami, prof. Robertowi Schillerowi z Uniwersytetu w Yale.

Komitet noblowski pisze zawsze obszerne na kilkadziesiąt stron uzasadnienie, dlaczego nagradza akurat dane osoby. W tym przypadku była to nagroda za rynkową ocenę aktywów. Dotyczyła tego, z czym gospodarka dość kiepsko sobie radzi, czyli kwestii, jak wyceniać aktywa, zwłaszcza finansowe, a więc różnego rodzaju papiery wartościowe, ale także nieruchomości i inne składniki majątkowe. To zagadnienie trudne i złożone. Tym trudniejsze, im bardziej złożona i zmienna jest gospodarka.

Charakterystyczny dla roku 2013 był fakt, że nagrodę otrzymali ekonomiści bardzo różni od siebie. Prof. Fama jest zwolennikiem i współtwórcą hipotezy o efektywności rynku. Mówi ona, iż mechanizm wolnorynkowy posiada zdolność do samokorygowania różnego rodzaju nieprawidłowości oraz do efektywnej, właściwej wyceny zasobów rynkowych. Zupełnie inne podejście przejawia natomiast prof. Schiller, który uważa, że ludzie reagują na rynku różnie i nie zawsze podejmują decyzje racjonalne. Wbrew temu podstawowemu w ekonomii neoklasycznej założeniu o homo oeconomicus, które przyjmują zarówno Fama, jak i Hansen, Schiller pokazuje, że ludzie czasami ulegają różnego rodzaju emocjom, co wyraża niekiedy tzw. efekt stadny.

Nieprzypadkowo Schiller we współpracy z Georgem Akerlofem, (noblistą z 2000 r.) opublikował książkę pt. „Zwierzęce instynkty”. Chodzi tu o skłonność do zachowań niekoniecznie przemyślanych, co widać bardzo wyraźnie na rynku nieruchomości, którym szczególnie dokładnie zajmuje się Schiller. Indeksy nieruchomości pokazują, jak zmieniają się ceny nieruchomości i to one stają się podstawą do identyfikowania różnego rodzaju nieprawidłowości na tym rynku. Jedną z nich jest zagrożenie przeinwestowania. My w Polsce przeżyliśmy takie przeinwestowanie przed rokiem 2008, tuż przed światowym kryzysem. Ludzie kupowali wówczas od deweloperów przysłowiową „dziurę w ziemi”. Deweloperzy narzucali wysokie ceny i warunki korzystne dla nich samych, a niekoniecznie równie korzystnie dla nabywców. Wtedy właśnie ceny nieruchomości bardzo wzrosły.

Schiller bada zmiany nieruchomości zachodzące od końca XIX w. i pokazuje, jak indeks nieruchomościowy się zmienia. W momencie, kiedy jest on bardzo wysoki można domniemywać, że istnieje zagrożenie „przegrzania” na rynku nieruchomości i powstania na nim bańki. Kiedy bańka pęka dochodzi do załamania na rynku, podaż nie odpowiada popytowi i nieruchomości gwałtownie tanieją. Tak się stało w 2008, w roku kryzysu. Przyznaje się Schillerowi, że on już wcześniej sygnalizował ewentualność pojawienia się takiej bańki. Tymczasem prof. Fama, m. in. w wywiadzie dla niemieckiego „Spiegela”, powiedział, że nic nie denerwuje go bardziej niż słowo „bańka”. To słowo miało doprowadzać ekonomistę do furii, ponieważ uważał on, że nawet jeśli takie bańki się pojawiają, to są maleńkie i ze względu na doskonałość mechanizmu rynkowego natychmiast dochodzi do ich zdmuchnięcia, a kryzysy nie mogą powstawać.

Niestety rzeczywistość pokazuje, że bliższy prawdy jest prof. Schiller, a kryzys z 2008 r. jednak zanegował opinie formułowane przez Famę, podpierane modelami matematycznymi. Te modele dotyczące kształtowania się rynków nieruchomości i ich przyszłości są zresztą rozwijane przez prof. Hansena. Schiller natomiast uznaje, że ekonomia w zbyt dużym stopniu poszła w kierunku matematyki, i że za bardzo zawierza się modelom oraz próbuje się upodobnić ekonomię do samej matematyki. A skoro ludzie są tylko ludźmi i reagują w sposób niekoniecznie racjonalny ekonomicznie, te modele opierające się na modelu homo oeconomicus, czyli racjonalnych decyzji, po prostu nie przekładają się należycie na rzeczywistość.

Jeden ze statystyków powiedział kiedyś, że modele są przeważnie nieprawidłowe i mylące, ale niektóre z nich bywają użyteczne. Oczywiście modele matematyczne są potrzebne, ale jak proponuje Schiller, należy je traktować jako narzędzia wspomagające decyzje. Model nie może decydować, musi to robić człowiek, biorąc pod uwagę nie tylko wyniki matematycznego modelowania, ale także inne okoliczności.    

Oglądaj całość