Nowozelandzcy badacze opublikowali wyniki badań, w których udział wzięło 4082 ochotników w wieku około 60 lat. Jedna połowa uczestników przyjmowała suplement witaminy D, druga placebo. Po dwóch latach okazało się, że przyjmujący suplement witaminy D nie doświadczyli poprawy gęstości kości ani niższego ryzyka osteoporozy niż pozostali uczestnicy, którym podawano placebo.

Do podobnych wniosków doszli amerykańscy specjaliści z U.S. Preventive Services Task Force. Stwierdzili oni, że dodanie 10 µg (mikrogramów) witaminy D i 1000 mg (miligramów) wapnia do zdrowej diety nie zmniejsza ryzyka złamań wśród kobiet w wieku postmenopauzalnym.

Do dwojakich wniosków doszli naukowcy z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore, którzy także przyjrzeli się skutkom zwiększonego spożycia witaminy D. Otóż stwierdzili oni, że zwiększona podaż witaminy D skutkuje obniżeniem stężenia białek c-reaktywnych (CRP), czyli popularnego wskaźnika zapaleń. Z drugiej strony jednak obniżenie stężenia białek c-reaktywnych i wzrost stężenia we krwi 25(OH)D powyżej 21 ng/ml prowadzi do twardnienia naczyń krwionośnych, co zwiększa ryzyko chorób układu krążenia.

Samo życie także ukazało bezsens suplementowania witaminy D, jeśli jej niedobór nie wywołuje objawów klinicznych, a jedynie nie spełnia wyssanych z palca norm. Co się takiego stało? Oto chodzi, że nic. Nie ma owych obiecanych tysięcy uleczonych, a jeżeli nawet kilkoro się znajdzie, to o niczym to nie świadczy. Wszak placebo daje takie same wyniki, nierzadko nawet lepsze.

Jeszcze syntetyczna witamina D na dobre nie odeszła do lamusa, a już pojawiło się coś nowego, tym razem także witamina D, tyle że niby naturalna, bo wyprodukowana nie z benzenu, lecz z lanoliny.
Lanolina jest tłuszczopotem owczym, czyli wydzieliną gruczołów łojowych i potowych owcy. Jest ona usuwana z wełny owczej za pomocą detergentów i gorącej wody. Po oczyszczeniu i odwodnieniu pozostaje wosk zwierzęcy zwany lanoliną.

Żeby wyprodukować z lanoliny witaminę D, najpierw poddaje się ją saponifikacji, czyli zmydleniu, w celu oddzielenia tłuszczu od alkoholi lanolinowych, z których przy użyciu chemicznych rozpuszczalników ekstrahowany jest cholesterol. W dalszym ciągu procesu produkcyjnego cholesterol podlega jeszcze szeregowi reakcji chemicznych, aż w końcu ulega przekształceniu w 7-dehydrocholesterol zwany prowitaminą D3. Następnie 7-dehydrocholesterol jest naświetlany promieniami UV i w ostateczności uzyskuje się witaminę D3, którą wykorzystuje się do produkcji suplementów.

Jak widzimy, jeśli producenci witaminę D z lanoliny nazywają naturalną, to jest to ewidentnie marketingowe nadużycie. Bliższe prawdy byłoby nazwanie jej produktem fabrycznym wyprodukowanym z pozostałości podczas czyszczenia owczej wełny.

Tutaj nasuwa się jakże oczywiste pytanie: Co się takiego wydarzyło na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat, że stała się nam potrzebna suplementacja witaminy D? Otóż wydarzyło się coś, co w tendencyjnych badaniach naukowych nagminnie się pomija jako istotny niewygodny czynnik, uwzględnienie którego miałoby niekorzystny wpływ na ostateczny wynik badań. Chodzi mianowicie o sposób odżywiania badanych. Tego czynnika w badaniach zwanych naukowymi jakoś nie bierze się pod uwagę, co najwyżej wstawia się lakoniczną informację o zdrowo odżywiających się. Ale co to znaczy? Czy chodzi o tych, którzy ulegając oficjalnej propagandzie wyeliminowali z diety jajka, masło oraz pełnowartościowe tłuszcze pochodzenia zwierzęcego, czyli produkty dostarczające organizmowi cholesterol? Jakby tego było mało, wielu dodatkowo łyka statyny redukujące poziom cholesterolu we krwi. W tej sytuacji organizm po prostu nie ma z czego syntetyzować witaminy D3.

Światło słoneczne to wielki biostymulator naszego organizmu i nie sposób zastąpić go czymkolwiek innym – ani solarium, ani jakimikolwiek specyfikami w tabletkach. Już piętnastominutowa ekspozycja twarzy, ramion i nóg w pełnym słońcu latem wystarczy, żeby poddana promieniowaniu UV skóra zsyntetyzowała z cholesterolu olbrzymią ilość, bo od 500 do nawet 1000 µg witaminy D3, która w ciągu doby jest przenoszona do tkanki tłuszczowej, gdzie stanowi żelazny zapas tej witaminy, uruchamiany wówczas, gdy jej ilość dostarczana drogą pokarmową jest niewystarczająca. Jak świat światem, przy prawidłowym odżywianiu zapasy tkankowe witaminy D nagromadzone jako zapasy tkankowe w miesiącach letnich z powodzeniem chroniły organizmy naszych przodków przed konsekwencją niedoboru tej witaminy, którą jest u dzieci krzywica, u dorosłych zaś, zwłaszcza starszych, osteoporoza i wynikająca z niej łamliwość kości. Takie przypadki, jeśli się zdarzały, to w miastach przemysłowych jako skutek skrajnego niedożywienia.

Znamienna jest wydawałoby się zbyt niska zawartość witaminy D w pokarmie kobiecym, zawierająca się pomiędzy 0,05 a 0,17 µg/100 ml. Jednakże dzieci karmione w pierwszych sześciu miesiącach tylko i wyłącznie tym pokarmem rozwijają się prawidłowo – nie wykazują objawów krzywicy dziecięcej, zaś kondycja ich zębów nie odbiega od kondycji zębów dzieci suplementowanych zalecaną dla noworodków dawką witaminy D, wynoszącą 10 µg dziennie.

Charakterystyczne, że zawartość witaminy D jest niezależna od tego, w jaki sposób odżywia się karmiąca, albo czy wystawia swoje ciało na działanie promieni słonecznych. Jeśli w pokarmie brakuje jakiejkolwiek substancji, w tym wypadku witaminy D, to organizm karmiącej pobiera ją z zapasów tkankowych, w tym wypadku z kości i zębów, narażając karmiącą na osteopenię i próchnicę pociążową. Ten mechanizm działa także w drugą stronę, bowiem zwiększona ekspozycja ciała karmiącej na promienie słoneczne nie wywołuje zwiększenia zawartości witaminy D w jej mleku. Co więcej, nawet przyjmowanie przez karmiącą dużych dawek witaminy D nie przekłada się na zwiększenie zawartości witaminy D w jej mleku. Najwyraźniej istnieje bariera chroniąca organizm dziecka przed przedawkowaniem witaminy D. Barierę tę można pokonać podając dziecku doustnie witaminę D, albo karmiącej megadawkę, czyli 160 µg witaminy D dziennie. No, ale to jest brutalne pokonanie bariery tkankowej, więc nie jest godne polecenia.

Z powyższych informacji można wysnuć tylko jeden logiczny wniosek, mianowicie ten, że ustalone w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku normy 25(OH)D pomiędzy 15 a 20 ng/ml są ze wszech miar prawidłowe także i dzisiaj.

Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. To fundamentalne prawo natury uświadamia nam, że wszystkie składniki naszego ciała pochodzą z martwego ze swej natury prochu, czyli zawartych w glebie nieożywionych pierwiastków i związków chemicznych. Czy to znaczy, że zjadamy glebę, by pozyskać niezbędne do budowy naszego ciała substancje? Poniekąd, jednakże nie robimy tego bezpośrednio, a to z tego względu, że organizm ludzki stoi na szczycie obiegu materii ożywionej, zwanej łańcuchem pokarmowym.

Pierwszym, a więc najniższym ogniwem łańcucha pokarmowego są rośliny, które z gleby pobierają materię nieożywioną, tj. pierwiastki i związki chemiczne, z powietrza dwutlenek węgla, a następnie, pod wpływem promieni słonecznych, w procesie zwanym fotosyntezą, syntetyzują z nich materię ożywioną, czyli związki biologiczne potrzebne do budowy żywych komórek. Inaczej mówiąc, w organizmach roślin zachodzi pierwsza kumulacja biologiczna związków niezbędnych do życia w całym łańcuchu pokarmowym.

Drugim łańcucha pokarmowego są zwierzęta roślinożerne, w organizmach których następuje kolejna kumulacja biologiczna minerałów pochodzących z gleby, ale niejako za pośrednictwem roślin. A zatem, jedząc rośliny oraz mięso zwierząt, niejako na skróty, pobieramy z gleby wszystkie niezbędne nam do życia martwe pierwiastki i związki chemiczne, ożywione w organizmach roślin i skumulowane w organizmach zwierząt.

Stojący na szczycie łańcucha pokarmowego organizm ludzki jest doskonale przystosowany do tego, żeby pobierać gotowe substancje z pożywienia, zamiast trwonić energię na budowanie ich od nowa, jeśli nawet potrafi, bo nie zawsze potrafi. Witamina D nie jest tu żadnym wyjątkiem, jak starają się nam wmówić producenci suplementów, toteż głównym jej źródłem jest pożywienie pochodzenia zwierzęcego. Na ten argument producenci suplementów odpowiadają, że tak, to prawda, ale produkty zwierzęce bogate w witaminę D są drogie, zaś ich suplementy tanie.
W narodzie pokutuje irracjonalne przeświadczenie, że jeśli coś jest, jak to się potocznie mówi: zdrowe, to powinno być tego jak najwięcej. W rzeczywistości organizm wszystkiego potrzebuje ni mniej, ni więcej, tylko akurat. Od lat sześćdziesiątych zeszłego wieku do niedawna, zanim wciskacze suplementów rozpętali globalną histerię, rekomendowano 10 µg dziennego spożycia witaminy D jako ilość w zupełności wystarczającą do zaspokojenia zapotrzebowania organizmu na tę witaminę.

Witamina D, za wyjątkiem produktów oczyszczonych, jest obecna we wszystkim, co zjadamy. Jest ona odporna na działanie temperatury, toteż obróbka termiczna ma niewielki wpływ na zawartość witaminy D w pożywieniu. Wniosek stąd, że prawidłowe odżywianie zapewnia dostarczenie organizmowi odpowiednich ilości witaminy D, natomiast ewentualne niedobory uzupełniane są na bieżąco z zapasów tkankowych, nagromadzonych w miesiącach letnich w rezultacie ekspozycji skóry na promienie słoneczne.

Dawniej ludzie w ogóle nie zwracali uwagi, ile substancji odżywczych zawiera ich pożywienie. Jedli to, co jadali ich przodkowie, czyli opierali się na regionalnych, ugruntowanych przez setki lat tradycjach kulinarnych. Tak samo powinniśmy postąpić i my i nie dać sobie wmawiać, że nasze rodzime tradycje kulinarne są be, bo za dużo jadamy tłuszczu pochodzenia zwierzęcego, czerwonego mięsa, za mało ryb, a w ogóle powinniśmy odżywiać się zgodnie z dietą śródziemnomorską, wymyśloną przez... USDA (Departament Rolnictwa Stanów Zjednoczonych). A że pewne zmiany w rodzimych tradycjach kulinarnych jednak zaszły, przeto w naszym interesie jest posiąść podstawową i – co istotne – solidną wiedzę o tym, co, kiedy i dlaczego należy jadać, a czego lepiej unikać. Inaczej musielibyśmy uwierzyć, iż większość populacji nie to, że jest chora, gdyż w obecnych czasach to żadne odkrycie, ale że chora była zawsze.

Warto wiedzieć, że w naszych szerokościach geograficznych najlepszym źródłem witaminy D są jajka, zwłaszcza od kur szczęśliwych, czyli żyjących na swobodzie. Każde takie jajko zawiera 1,7 µg witamy D, a jeśli dodamy do tego tłuszcz, na którym są smażone, to ilość witaminy D związana ze zjedzeniem jednego jajka przekracza 2 µg. Tak oto jajecznica z pięciu jajek na śniadanie pokrywa całodzienne zapotrzebowanie organizmu na witaminę D.

Osobną sprawą, którą trzeba tutaj poruszyć, jest konieczność spożywania jajek z dużą ilością tłuszczu. Wynika to stąd, że jajka zawierają spore ilości rozpuszczalnych w tłuszczach witamin, w tym witaminę D, toteż jadanie jajek bez tłuszczu, bądź z małą jego ilością, jest pozbawione sensu. Najprościej odpowiednie proporcje jajek do tłuszczu można uzyskać używając do wykonania jajecznicy tłustego boczku w ilości wagowo porównywalnej do wagi jajek. Jeśli zaś chodzi o jajka gotowane w skorupkach, to potrzebny tłuszcz można dostarczyć jedząc je z majonezem.

Mięsa ssaków oraz drobiowe, a także podroby, zawierają średnio 1,1 µg witaminy D na 100 g produktu. Wprawdzie nie są to ilości oszałamiające, jednakże w ogólnym bilansie też się liczą.

Drożdże piekarskie zawierają minimalne ilości witaminy D, ale zawierają olbrzymie ilości ergosterolu, z którego pod wpływem promieni UV powstaje ergokalcyferol, czyli witamina D2.

W roku 2014 Komisja Europejska podjęła decyzję wykonawczą zezwalającą na wprowadzenie do obrotu drożdży piekarskich poddanych promieniowaniu UV jako nowego składnika żywności. W efekcie naświetlania drożdży piekarskich promieniami UV powstaje koncentrat w postaci sypkich granulek o jasnobeżowej barwie, zawierający oszałamiające ilości, bo od 45000 do 87500 µg witaminy D2 na 100 g produktu.

Swoją drogą, o czym się już dzisiaj zapomina, drożdże piekarskie są doskonałym naturalnym suplementem diety. Naturalnym sensu stricto, ponieważ hoduje się je w sposób naturalny, w przeciwieństwie do suplementów w tabletkach, kapsułkach albo w płynie, które produkowane są w fabrykach.

Zjadając drożdże piekarskie dostarczamy organizmowi wszystkie witaminy z gruby B, a także związki mineralne cynku, selenu, fosforu, wapnia i chromu. Ktoś mógłby powiedzieć, że to samo można uzyskać, zjadając suplementy. Niby tak, jednakże w drożdżach substancje te są żywe, biologicznie czynne, co sprawia, że są one biodostępne, czyli doskonale przyswajalne przez organizm.

Żeby jak najefektywniej wykorzystać zalety drożdży piekarskich, należy jadać je żywe. Tymczasem w narodzie pokutuje irracjonalna obawa jakoby żywe drożdże piekarskie miały być niebezpieczne, bo to jednokomórkowe grzyby, więc... zagrzybiają organizm. Oszołomy uznawane jako autorytety straszą wystrachanych ludzi, że żywe drożdże piekarnicze w przewodzie pokarmowym wywołują fermentację, a nawet zakłócają florę bakteryjną. Dlatego oszołomy zalecają drożdże piekarskie zabijać przed spożyciem, zalewając je wrzątkiem. To nie są dobre rady, ponieważ wysoka temperatura niszczy witaminy z grupy B oraz związki mineralne. Tak więc drożdże piekarskie potraktowane wrzątkiem można wypić albo wylać. Na jedno wyjdzie.

Prawda jest taka, że drożdże piekarskie nie mają najmniejszych szans, żeby przebrnąć kwaśne środowisko żołądka, a co dopiero zasiedlić jelito grube, nie mówiąc o spowodowaniu grzybicy organizmu. To nie jest odpowiednie dla nich środowisko.

Drożdże piekarskie należy jadać po 25 g raz dziennie o dowolnej porze jednorazowo albo podzielone na dowolne porcje. Najlepiej ugnieść z nich kulkę, włożyć ją do ust, ale nie gryźć, tylko połykać powoli rozpuszczającą się, zmieszaną z śliną półpłynną masę.

Aby zwiększyć w drożdżach piekarskich zawartość witaminy D, należy je przed spożyciem rozdrobnić i wystawić na kwadrans na promienie słoneczne, a w zimie przez kwadrans naświetlać lampą emitującą promienie UV.

Niektóre grzyby kapeluszowe, podobnie jak drożdże, zawierają niewielkie ilości witaminy D, za to zawierają duże ilości ergosterolu, z którego pod wpływem promieni UV powstaje ergokalcyferol, czyli witamina D2. Na przykład w borowiku rosnącym w ciemnym lesie znajdziemy niecałe 15 µg/100g witaminy D2, zaś borowik wyrosły na nasłonecznionej polanie zawiera tej witaminy 35 µg/100g, a nawet więcej. Jeszcze lepiej rzecz ma się z borowikami suszonymi na słońcu, gdyż zawartość w nich witaminy D2 wzrasta kilkudziesięciokrotnie. Ta informacja, wraz z zapasem borowików suszonych na słońcu, przyda się jak znalazł na zimowe dni.

Pieczarki zawierają niewiele witaminy D2, bo ledwie 1,94 µg/100g, ale jeśli podda się je promieniowaniu UV przez pół godziny, to nie tracą one walorów kulinarnych, za to zawartość witaminy D2 wzrasta w nich aż trzydziestokrotnie.

Witaminy D2 (ergokalcyferol) i D3 (cholekalcyferol) różnią się tym, że pierwsza naturalnie występuje w organizmach roślinnych i drożdżach, druga zaś w organizmach zwierzęcych, jednakże dla organizmu to żadna różnica. Znaczy to, że utrzymanie w organizmie odpowiedniego poziomu witaminy D przez cały rok nie jest trudne, zwłaszcza że łatwo się ona magazynuje, w związku z czym nadwyżki są odkładane na zaś, na wypadek zmniejszonej dostawy tej witaminy. Tym sposobem bez trudu utrzymujemy zasoby witaminy D w starych, dobrych normach, czyli 15-20 ng/ml 25(OH)D.