Redakcja: Czym była „sprawa jedenastu”?

Prof. Andrzej Friszke: Po 13 grudnia 1981 r. władze PRL chciały zadbać, aby „Solidarność” została jednoznacznie oceniona przez opinię publiczną jako czynnik wrogi i awanturniczy, którego działanie wymusiło na nich wprowadzenie stanu wojennego. Śledztwo przeciwko przywódcom „Solidarności” ruszyło formalnie na samym początku roku 1982 i miało objąć tych przywódców związku zawodowego, którzy rzekomo doprowadzili go do ekstremizmu. Mieli być oni następnie sądzeni za próby obalenia władzy ludowej. Właściwie cały 1982 rok zajęło władzy ustalenie listy osób, które zasiądą na ławie oskarżonych oraz wymyślenie im zarzutów. Ostatecznie zdecydowano się na wyłonienie grupy jedenastu, czyli czterech członków KOR: Jacka Kuronia, Adama Michnika, Henryka Wujca i Jana Lityńskiego, a pierwotnie także Jana Józefa Lipskiego oraz siedmiu przywódców „Solidarności”: Andrzeja Gwiazdę, Karola Modzelewskiego, Jana Rulewskiego, Seweryna Jaworskiego, Grzegorza Palkę, Andrzeja Rozpłochowskiego i Mariana Jurczyka. Te osoby zamierzano oskarżyć w głośnym procesie publicznym o de facto zniszczenie „Solidarności” jako związku zawodowego, a zarazem stworzenie organizacji kontrrewolucyjnej, zmierzającej do obalenia władzy i wymuszającej na niej wprowadzenie stanu wojennego jako obrony przed tym zamachem. Tak to sobie władze zaplanowały i tak potoczyło się śledztwo.

Jak przebiegały losy „jedenastu” pomiędzy internowaniem a procesem?

Wszystkich jedenastu przywódców „Solidarności” internowano od 13 grudnia. Następnie przez szereg miesięcy przebywali oni w obozach dla internowanych, przeważnie w Białołęce pod Warszawą. W miarę rozwoju śledztwa ściągano tam także tych, którzy mieszkali gdzieś dalej, aby mieć ich pod ręką i być może złamać fizycznie lub psychicznie czy doprowadzić do wzajemnych samooskarżeń. Poza tym władzy zależało na pozyskaniu możliwie istotnej grupy innych działaczy „Solidarności”, którzy składaliby podczas śledztwa zeznania przeciwko liderom związku. To się kompletnie nie udało. Właściwie nikt ze znanych działaczy „Solidarności” nie złożył zeznań pozwalających oskarżyć przywódców o to, czego władza by chciała. I to była ogromna porażka obozu rządzącego.

Ekipa Wojciecha Jaruzelskiego spodziewała się również znaleźć w siedzibach regionów, które zostały zajęte przez SB 13 grudnia, materiały mające posłużyć do oskarżenia. Chodziło na przykład o dowody kontaktów o charakterze szpiegowskim albo przygotowywania jakichś akcji terrorystycznych czy też szturmów na obiekty publiczne. Oczywiście niczego takiego nie znaleziono. Trzeba zatem powiedzieć, że rok i kilka miesięcy po rozpoczęciu śledztwa, kiedy ci ludzie byli już formalnie oskarżeni, władza znalazła się w sytuacji, w której nie posiadała takich materiałów do oskarżenia, jakie spodziewała się początkowo uzyskać i pojawił się przed nią kłopot.

Jak przebiegał proces?

Problem, w którym znaleźli się rządzący, miał kilka wymiarów. Po pierwsze, władze PRL nadal chciały przeprowadzić ten proces, ponieważ potrzebowały go do zemsty na przywódcach „Solidarności”, którzy wprawili je w ogromne tarapaty, właściwie rozmontowując system i sprawiając, że ten w 1982 r. praktycznie nie działał. Wywoływało to po stronie władzy bardzo silne emocje negatywne. Po drugie, chciały one doprowadzić do tego, aby zdelegalizowana w październiku 1982 „Solidarność” już nigdy nie mogła odżyć. A żeby nie mogła odżyć musiało zostać zniszczone jej dobre imię. Okazało się jednak, że tego w zasadzie nie ma jak zrobić. Zamiar przeprowadzenia procesu, jak wiadomo, wywołał wiele komplikacji. Kościół i Jan Paweł II byli temu stanowczo przeciwni. Papież, kardynał Glemp i władze kościelne ogółem wielokrotnie apelowały, żeby wycofać się z tego typu agresywnych działań, które mogą tylko pogłębić istniejące w Polsce podziały. Poza tym sytuacja gospodarcza w kraju była nadal bardzo zła i stawała się coraz gorsza pomimo pewnych nadziei tej ekipy, że stan wojenny spowoduje większą dyscyplinę społeczną, a przez to poprawę sytuacji gospodarczej. Nic takiego nie nastąpiło i rządząca Polską ekipa Jaruzelskiego musiała się liczyć z tym, że pomoc Zachodu w sytuacji kryzysu gospodarczego będzie nadal potrzebna. Tego nie dawało się pogodzić z działaniami represyjnymi, z jakimi wiązał się proces.

Po trzecie, przeprowadzenie procesu przywódców „Solidarności” dla celów, które rzadzacy sobie stawiali wymagałoby właściwie złamania sędziów. Ci sędziowie musieliby stać się prostym przedłużeniem aparatu represji, a to nie było wcale takie proste. Postawę sędziów w stanie wojennym można krytykować z różnych powodów, ale na pewno nie była to postawa ludzi zdolnych realizować każde zapotrzebowanie władzy. Należało zatem brać pod uwagę, że oskarżeni wykorzystają proces dla autentycznej obrony i oskarżenia rządzących o doprowadzenie do stanu wojennego oraz wykazania, że wszystkie ich oskarżenia są nieprawdziwe, niepoparte dowodami i stanowią interpretację, która nie trzyma się kupy. Przywódcy PRL musieli więc liczyć, że proces ten przekształci się w miejsce starcia między opozycją i liderami „Solidarności” a prokuratorem reprezentującym władzę. To starcie niekoniecznie musiało się skończyć dla nich zwycięsko, a ze względu na Kościół, zagranicę i zainteresowanie opinii publicznej, nie dało się takiego procesu zrobić za drzwiami zamkniętymi, tak żeby nikt nie słyszał.

Oglądaj całość