Zapewne zdarza się nam nieraz powtarzać popularne powiedzenie głoszące, że nic nowego pod słońcem. Mówiąc tak, chcemy dać wyraz przekonaniu, że to, co właśnie usłyszeliśmy, już kiedyś przez kogoś było głoszone, albo że to, co właśnie się zdarzyło, już kiedyś także miało miejsce. U podstaw takiego poglądu leży przeświadczenie, iż nic nowego nie da się już wymyślić, wszystko bowiem jest tylko powtarzaniem tego samego na różne sposoby i w odmiennych postaciach. I zazwyczaj nie jesteśmy świadomi, że pogląd ten ma bardzo głębokie korzenie – jest wielce uproszczoną formą starożytnej tezy o cykliczności wszechświata, zgodnie z którą ten sam bieg wypadków wciąż na nowo się powtarza.

Dwojako uzasadniano tę tezę. Stoicy głosili, że świat nie mając ani początku, ani kresu, musi przechodzić cykle przemian, ponieważ nie można wyobrazić sobie, by jego rozwijanie się postępowało w nieskończoność. Dlatego oni wyobrażali sobie, że co jakiś czas następuje wielki pożar świata, w którym wszystko ginie, a następnie odradza się z popiołów, powtarzając kolejno to, co już było. Inaczej rozumowali atomiści, którzy przyjmowali, że świat składa się z podstawowych, niepodzielnych cząstek, których kolejne układy tworzą całe bogactwo zmieniającej się rzeczywistości. Ponieważ atomów jest skończona liczba, świat zaś istnieje wiecznie, więc już nieskończenie wiele takich układów się zdarzyło i nieskończenie wiele razy powtarzał się i będzie się powtarzać ten układ, w którym aktualnie żyjemy.

Doktryna wiecznych powrotów fascynowała, ale też wywoływała przerażenie. U początków chrześcijaństwa z wielką pasją zwalczał ją św. Augustyn. Nie miał wątpliwości, że jest ona nie do pogodzenia z wiarą chrześcijańską, ponieważ jedynym i niepowtarzalnym wydarzeniom – Wcieleniu Boga i Jego męczeńskiej śmierci dla zbawienia człowieka – nadaje karykaturalną postać cyklicznie powtarzających się zdarzeń. Ale w końcu XIX wieku niemiecki filozof Fryderyk Nietzsche, nieprzejednany wróg chrześcijaństwa, został nią zauroczony i przerażony zarazem. Z jednej strony jawiła mu się ona jako jedyna możliwa podstawa optymistycznego stosunku do życia – jeśli tylko bowiem potrafimy nadać swemu życiu właściwy kształt, to możemy radować się myślą, że będzie się ono powtarzać w tym kształcie nieskończenie wiele razy. Ale z drugiej strony budziła w nim grozę, gdy tylko próbował ogarnąć myślą owe nieskończone powroty. Fryderyk Nietzsche zmarł jako człowiek obłąkany i niektórzy twierdzili, że popadł w szaleństwo, przemyśliwając tę doktrynę. Ale to tylko legenda. Faktyczną przyczyną choroby psychicznej Nietzschego był syfilis, którego ten skądinąd zdeklarowany wróg kobiet nabawił się podczas prawdopodobnie jedynej w swym życiu wizyty w burdelu. Medycyna jeszcze wówczas nie znała środka na tę przypadłość.

Wizja wiecznych powrotów może i fascynować, i przerażać. Nie da się jej ani uzasadnić, ani obalić metodami nauk fizykalnych – każda propozycja będzie przecież jedynie konsekwencją przyjętej teorii kosmologicznej, te zaś są tylko hipotezami i ciągle zastępowane są innymi. Możemy więc ją albo przyjąć, albo odrzucić, kierując się jedynie naszym emocjonalnym do niej stosunkiem. Możemy ją przyjąć, jeśli czujemy, że materialny wszechświat jest jedyną rzeczywistością, poza którą nie ma niczego, co nadawałoby mu sens. Wtedy bowiem właśnie w jej kontekście potrafimy sens nadać naszemu istnieniu. Musimy zaś ją odrzucić, jeśli czujemy, że poza rzeczywistością doczesną istnieje jej Stworzyciel. Wtedy bowiem nie wolno sądzić, że stworzył On wieczny kołowrót zdarzeń. Ostatecznie więc zdani jesteśmy na nasze uczucia i emocje. No to po co nam racjonalna filozofia?