Święty Paweł Apostoł w jednym ze swych listów określił wiarę jako przekonanie, że istnieje to, co chcemy, aby istniało – sfera, której teraz ujrzeć nie możemy, ale w której zostaniemy zbawieni. Wiara dotyczy więc tego, o czym nie można się przekonać tu i teraz. To jest skądinąd oczywiste, albowiem dopóty wierzymy w coś, albo wierzymy komuś, dopóki nie przekonamy się, że właśnie tak jest. A gdy już się przekonamy, to nie wierzymy, tylko wiemy. Dlatego w rzeczywistości zbawienia nie będzie już wiary – no bo przecież wtedy nie będziemy wierzyć, że Bóg istnieje, lecz Go widzieć będziemy.

 Mimo tej oczywistości filozofowie ciągle próbują udowodnić, że Bóg istnieje – chyba bez świadomości, że gdyby udało im się taki dowód przeprowadzić, to wówczas wiara musiałaby zaniknąć. Jak dotąd jednak żadna z tych prób nie zakończyła się powodzeniem. Nikt nie przedstawił dowodu, który przez wszystkich musiałby zostać uznany za logicznie konieczny. A jest tych dowodów wiele. Argumentowano na przykład, że skoro istnieje w świecie ruch, to musi istnieć Byt, który go zapoczątkował; albo że jeśli wszystko w świecie ma swoją przyczynę, to musi istnieć Przyczyna wszystkich przyczyn; albo że ponieważ istnieją w świecie byty o różnym stopniu doskonałości, to musi istnieć Byt Najdoskonalszy. Te i podobne argumenty wysuwał św. Tomasz z Akwinu. Ale żaden z nich nie może logicznie prowadzić do konkluzji: ich przesłanki są zdaniami mówiącymi o rzeczywistości naturalnej, więc i wnioski tej rzeczywistości dotyczą, czyli nie wyprowadzają nas poza sferę przyrody.

Inną argumentację przeprowadził św. Anzelm z Canterbury. Jego dowód wychodzi od samego pojęcia Boga. Otóż Bóg to Byt Najdoskonalszy, czyli posiadający wszelkie doskonałości; gdyby bowiem jakiejś doskonałości nie posiadał, to nie byłby najdoskonalszy. Jedną z doskonałości jest rzeczywiste istnienie – przecież byt, który istnieje rzeczywiście, jest z tej właśnie racji bardziej doskonały niż byt, który istnieje tylko w czyjejś myśli. A zatem, skoro Bóg jest pojmowany przez nas jako najdoskonalszy z bytów, to musi On istnieć rzeczywiście, a nie tylko jako pomyślany przez nas. Jednak już pewien mnich o imieniu Gaunilon, współczesny Anzelmowi, zauważył, iż z tego, że mogę sobie pomyśleć najdoskonalszą wyspę, bynajmniej nie wynika, że taka wyspa istnieje gdzieś na oceanie. Tomasz z Akwinu zaś wskazał, że przecież człowiek może pomyśleć zarówno, że Bóg istnieje, jak i że nie istnieje, a zatem taką argumentację mógłby zasadnie podać tylko ten, kto znałby bezpośrednio istotę Boga, a przecież nikt o sobie tego głosić nie będzie.

Dowodów na istnienie Boga wykoncypowano tak wiele i w tylu rozmaitych odmianach, że samo ich wyliczanie trwałoby długo. Wszystkie one nie ostają się jednak wobec krytyki. Mimo to filozofowie nie zaprzestają swych wysiłków, a i logicy z upodobaniem badają logiczną poprawność ich wnioskowań. Być może kryje się za tym lęk przed kresem własnego istnienia, którego to lęku nie jest zdolna zagłuszyć wiara. Zapewne też wielu filozofów przemyśliwujących, jak udowodnić, że Bóg istnieje, to osoby głęboko wierzące, które swoje rozumowania przeprowadzały z intencją wzmocnienia w wierze tych, których wiara słabiutka jest, bądź wcale jej nie mają. Jeśli tak, to jedno z dwojga: albo nie zdawali sobie sprawy, że gdyby udało im się skonstruować dowód nie dający się obalić, wówczas przestałaby istnieć wiara, albo nie udowodnić chcieli, a jedynie uprawdopodobnić istnienie Boga. Ale filozoficzne prawdopodobieństwo nie może zrodzić wiary. Czyżby więc wiara i filozofia wykluczały się wzajemnie?