„O nic nie błagaj, bo próżne marzenia, by człowiek uszedł swego przeznaczenia”. Tymi słowy upomniany zostaje król Kreon, bohater tragedii Sofoklesa Antygona. Starożytni Grecy mieli bardzo silne przeświadczenie, że wszystko we wszechświecie, a więc także każdy jednostkowy los ludzki, zmierza w ściśle określonym kierunku, aby osiągnąć z góry wyznaczony cel. I daremne są usiłowania człowieka, aby swój los kształtować – cokolwiek człowiek zamierzy, cokolwiek będzie chciał osiągnąć bądź czegokolwiek będzie chciał uniknąć, i tak zrealizowane zostanie to i tylko to, co było mu przeznaczone. Nawet bogowie podlegają prawu przeznaczenia.

Ta wiara w przeznaczenie może mieć także racjonalne uzasadnienie. Jeżeli bowiem świat jest zorganizowany wedle stałego ładu i porządku, a więc wszystko w nim ma swą przyczynę i te same przyczyny w tych samych warunkach te same powodują skutki, to znając stan wyjściowy, można z logiczną koniecznością przewidzieć stan końcowy. Francuski fizyk Pierre de Laplace, żyjący na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku, twierdził, że gdyby istniała istota znająca położenie i kierunek ruchu wszystkich elementarnych składników wszechświata, to mogłaby ona obliczyć ich usytuowanie w dowolnym momencie, a więc mogłaby opisać całą przeszłość i przewidzieć całą przyszłość wszechświata. Fizycy do dziś nie dali bezwzględnej odpowiedzi na pytanie, czy świat jest tak skonstruowany, że gdyby ów demon Laplace’a istniał, to byłby wszechwiedzący. Ale ci, którzy wierzą w jedynego Boga, stworzyciela nieba i ziemi, wątpliwości nie mają – wszechmogący Bóg stwarzając świat, przesądził o wszystkim, co było, jest i będzie. Niektórzy chrześcijanie uznali nawet, że Bóg stwarzając każdego człowieka, z góry przeznacza go albo na zbawienie, albo na potępienie. Przecież gdyby zbawienie zależało od człowieka, to tym samym Bóg o czymś by nie wiedział i coś byłoby odeń niezależne.

Wiara w przeznaczenie bardzo mocno zakorzeniona jest w potocznym odbiorze świata. Jakże wiele ludzi naprawdę wierzy w jasnowidzenie, chodzi do wróżki, stawia horoskopy – wszystko po to, by poznać przyszłość. A chcemy poznać przyszłość, wierząc zarazem, że nie można od niej uciec – przecież powiadamy, że co ma wisieć, to nie utonie, a gdy coś się stanie, to uznajemy, że widocznie tak być musiało. Pełni jesteśmy sprzeczności – wierzymy w przeznaczenie i zarazem robimy wszystko, aby je zmienić, gdy sądzimy, że jest dla nas niekorzystne. Nawet najgoręcej wierzący człowiek, naprawdę przekonany, że nic się nie dzieje bez woli Boga, który wszystko zaplanował i ustalił, nie zdaje się biernie na tę wolę; więc gdy na przykład zachoruje, to nie mówi sobie, że Bóg tak chciał i należy spokojnie czekać na rozwój wypadków, lecz biegnie do lekarza, by ten go wyleczył.

Ale na jakiej podstawie twierdzimy, że jeśli Bóg zsyła na nas chorobę, to dlatego, abyśmy się z niej wyleczyć starali, a nie dlatego, abyśmy na nią zmarli? Przecież skoro wszystko jest z góry ustalone i nasze przeznaczenie nas nie ominie, to żadnych działań podejmować nie musimy. Jeśli mamy wyzdrowieć z tej oto choroby, to leczenie jest niepotrzebne; a jeśli na tę chorobę właśnie umrzeć mamy, to leczenie na nic się nie zda. Jednak nikt o zdrowych zmysłach tego rozumowania na serio nie przeprowadza, choć często się zdarza, że tak myślimy w chwilach załamania i rezygnacji. Deklaratywnie uznajemy, że Bóg wszystko ustalił i przewidział; w praktyce życia codziennego robimy wszystko, co możliwe, by jednak wyszło na nasze. Czy nie jest to aby wyraz braku zaufania do Pana Boga?