Redakcja: Czym jest kultura wysoka?

Beata Szczucińska: Myślę, że powstało na ten temat kilka habilitacji. Nie odważyłabym się chyba zdefiniować kultury wysokiej. Uważam, że wartościowe jest zawsze to, co faktycznie porusza odbiorcę i wchodzi z nim albo z rzeczywistością w dyskurs, a także to, co jest podane w profesjonalny sposób. Możemy oczywiście mówić, że kulturą wysoką jest tradycyjnie teatr, opera filharmonia itd., ale wydaje mi się, że dziś takie odgórne nazywanie czegoś kulturą wysoką lub niską, będzie nieporozumieniem. Będzie też poza tym niepotrzebną deprecjacją działań, które nie są realizowane przez profesjonalistów, bo być może w domyśle kulturę wysoką realizują profesjonaliści, a niewysoką amatorzy, ale które tworzą ludzie z potrzeby serca i które faktycznie rezonują np. w ich otoczeniu. Kultura wysoka będzie na tyle wysoka, na ile będą istnieli ludzie chętni do niej sięgnąć i ją zrozumieć. Jeśli oderwiemy się od odbiorcy, to tej kultury w zasadzie już nie będzie, nie będzie tego dialogu, a kultura musi dialogować z odbiorcą.

Prawo, które niestety zawsze wygrywa polega na tym, że pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy. Coś być może wątpliwe jakościowo przemawia do gustów szerszych bardziej niż coś, co uznalibyśmy za bardziej wysublimowane. Może warto wykonywać jakąś pracę, tzn. pokazywać te dzieła bardziej wysublimowane, ale jeśli odbiorca ma do czynienia z dziełem sztuki, czy jakimkolwiek przejawem aktywności artystycznej, która do niego przemawia i która coś w nim porusza, to za każdym razem jest to coś wartościowego.

Czym różni się widz uczęszczający do teatru, od tego, który chodzi do kina?

Absolutnie niczym. Uważam, że takie rozróżnianie jest absolutnie nieuprawnione. Są to inne rodzaje rozrywki. Kiedy myślimy o naszych strategiach marketingowych i komunikacyjnych, o tym jak pozyskać widza, to myślimy o widzu, którego odbiera nam konkurencja. Musimy konkurować ze wszystkimi podmiotami zapewniającymi usługi z zakresu kultury i rozrywki w Warszawie czy innym mieście. Nie rozróżniamy widzów na tych, którzy chodzą do teatru lub nie. Dla nas osoba, która ma potrzebę, żeby skorzystać z jakiejś formy rozrywki czy też potrzebę intelektualnej albo emocjonalnej pożywki, może szukać jej zarówno na koncercie, w galerii sztuki, jak i w kinie.

Myślę też, że dziś teatr, który bardzo czerpie i stara się czerpać coraz bardziej z nowoczesnych technologii jest takim miejscem, w którym to zadziwienie może być największe. Kino oczywiście odurza efektami specjalnymi, szybkim montażem, komputerowymi trikami i animacjami, które są coraz bardziej olśniewające, ale w teatrze tego typu działania, kiedy mamy poczucie, że coś się dzieje w żywym planie i dokonuje się jakiś rodzaj inscenizowanego cudu, wywołują w mojej ocenie podwójne „wow”. Wiemy, że to jest na żywo, że dzieje się w tej chwili.

Kilka dni temu byłam na premierze „Romea i Julii” w Toruniu, było to połączenie żywego planu i planu 3D. Byliśmy zatem w teatrze, w którym należało założyć okulary 3D. Aktorzy grali w żywym planie i jednocześnie realizowane były projekcje 3D na kurtynach wodnych. A więc nie polegało to na tym, że siedziałam przed ekranem i oglądałam skończone dzieło, ale miałam do czynienia z czymś bardzo żywym, gdzie jednocześnie ten aktor musiał zadziałać. To odczucie w teatrze, poczucie, że to się dzieje tu i teraz jest odczuciem moim zdaniem bardzo osobistym i przekonującym ludzi do teatru. Nie dzieliłabym jednak ludzi na tych, którzy chodzą do teatru czy gdziekolwiek indziej.

Czy teatr wzbudzał wcześniej więcej emocji?

Proszę zwrócić uwagę, że dziś też odbywają się tego typu namiętności. One się przeniosły jedynie na inny obszar, np. piłki nożnej. Wtedy tego nie było. To było pole, które bardzo angażowało ludzi. Dziś te same emocje są bardzo często przenoszone na stadiony i ludzie się o nie biją. Proszę zwrócić uwagę, że piłka nożna to też jest teatr. Są zresztą opracowania, które pokazują jak bardzo performatywny charakter mają widowiska sportowe i jak wiele funkcjonuje tam mechanizmów związanych z teatrem. Akurat tak się złożyło, że teraz te wszystkie emocje zostały skanalizowane i przeniosły się na sport. I dzisiaj, jeśli mówimy o rzeczywistej agresji, to ona realizuje się właśnie na tym polu. Wtedy realizowała się na tamtym. Myślę, że mogłabym przytoczyć kilka przykładów ludzi, którzy się autentycznie pobili o kwestie estetyczne i to się zdarza. To jest zawsze kwestia kanalizowania emocji w danym obszarze.

Czy sztuka może na siebie zarobić?

Jest szkoła falencka i otwocka. To bardzo duży, cały czas trwający spór na temat tego, czy sztuka w ogóle może na siebie zarabiać i czy sztuka może się opłacać. Szczególnie teatr jest tutaj trudny, bo jego koszty eksploatacyjne, koszty powstania, koszty produkcyjne, są niejednokrotnie bardzo wysokie, natomiast zwrot z wpływów biletów, szczególnie w Polsce, na pewno nie pokrywa kosztów produkcji. Nie chciałabym, żeby to była jakaś generalna teza, od której nie ma wyjątków, bo funkcjonują choćby teatry prywatne, np. Teatr Szóste Piętro, który tak ma to wszystko skalibrowane, że udaje im się wyprodukować kilka produkcji rocznie i w zasadzie utrzymuje się on wyłącznie z wpływów z biletów czy kontraktów sponsorskich. Oczywiście recepta na taki teatr jest receptą teatru gwiazdorskiego, w którym wiadomo, że ludzie przyjdą na znane nazwiska. Tam się nie będą działy jakieś wydarzenia operowe albo wielkoobsadowe, ponieważ to wszystko ma swoje konsekwencje. W takim teatrze nie będzie specjalnie wymagających rozwiązań scenograficznych, czy też technologicznych. Wszystko jest tutaj rzeczywiście skalkulowane na to, by teatr mógł się utrzymać.

Kiedy zaś mówimy o teatrach dotowanych przez ministra bądź samorządy, których wciąż jest jeszcze w Polsce dużo, to w ogromnej mierze jednak koszty eksploatacji i koszty funkcjonowania instytucji jako takiej są ponoszone przez jednostkę utrzymującą. Wpływy z biletów czy sprzedaży, jakkolwiek byśmy tego nie nazwali, stanowią zaś pewien procent w budżecie tego teatru. Czasami jest to 60-40, czasami 70-30, w zależności od tego, jak poszczególne kontrakty są zawierane.

Oglądaj całość