Człowiek jest istotą śmiertelną, czyli każdy kiedyś musi umrzeć. Ale właściwie na jakiej podstawie twierdzę, że umrę? Przecież jak dotąd, to umierają inni, ja zaś ciągle żyję! A z tego, że inni umierają, nie można w sposób konieczny wyprowadzić wniosku, że każdy następny też umrze. Wprawdzie bowiem posługujemy się takimi wnioskowaniami – logicy nazywają je indukcyjnymi – w życiu codziennym, ale nie gwarantują one prawdziwości wniosku: to, że wszystkie jabłka dotąd wyciągnięte z worka są poobijane, nie przesądza, że kolejne również takie będzie. Może więc któryś z kolei człowiek okaże się nieśmiertelnym?

Każdy uzna, że to niemożliwe. A skoro jest w nas pewność tej niemożliwości, to zapewne jest to pewność intuicyjna, uświadamiana sobie przez człowieka w sposób tak bezpośredni, oczywisty i tak osobisty, jak każdy uświadamia sobie własne istnienie. Intuicyjna pewność własnego istnienia jest jakby dopełniana intuicyjną pewnością własnej śmiertelności; i tak jak nie możemy zanegować własnego istnienia, tak też nie możemy zanegować własnej śmiertelności. Austriacki filozof Max Scheler (1874-1928) twierdził, że intuicja bycia śmiertelnym jest równie pierwotna jak intuicja własnego istnienia.

Jednak Scheler twierdził też, że tę świadomość własnej śmiertelności człowiek zaczął stopniowo, ale coraz silniej, zatracać. O ile dawniej człowiek był świadom, że jest śmiertelny, o tyle teraz jedynie wie, że musi umrzeć. Proces ten zaczął się w czasach nowożytnych i odtąd zaczęło się wypieranie śmierci z obszaru emocjonalnych działań ludzkich. Jest to możliwe, albowiem o ile treści uświadamiane sobie nie mogą być przesłonięte, jak długo są uświadamiane sobie, o tyle treści wiedzy mogą być celowo pomijane, wypierane ze świadomości. Zdaniem Schelera ta zmiana powoduje, że coraz trudniej jest nam uwierzyć w możliwość życia po śmierci – zanika wiara w nieśmiertelność ludzkiej duszy.

Być może Scheler ma rację, chociaż bardziej logiczne wydaje się twierdzenie, że to najpierw zanikać zaczęła wiara w nieśmiertelność duszy, a dopiero jako tego zaniku konsekwencja rozpoczął się proces przesłaniania świadomości bycia śmiertelnym, zastępowania jej wiedzą o skończoności egzystencji ziemskiej. Istotne jest jednak co innego. Oto z chwilą, gdyśmy przestali być świadomi własnej śmiertelności, zmieniło się nasze pojmowanie życia. Życie nie jest odtąd świętością – stało się najwyższą wartością.

Gdy człowiek ma świadomość własnej śmiertelności, wówczas własne życie i życie drugiego człowieka jawi mu się jako świętość, jest bowiem wstępem do nieśmiertelności. Nic nie usprawiedliwia naruszenia tej świętości, z jednym tylko wyjątkiem: gdy człowiek nie szanuje świętości życia drugiego człowieka. „Kto przeleje krew ludzką, przez ludzi ma być przelana krew jego” – mówi Pismo Święte. Gdy człowiek jedynie wie, że musi umrzeć, życie staje się wartością i to wartością najwyższą, albowiem po nim już nic nas nie czeka. Ale wartość, choćby i najwyższa, jest tylko wartością i zmieniać się może. Życie, którego jakość maleje, można przerwać aktem eutanazji; życie, które od początku jest niepełnowartościowe, można przerwać aktem aborcji.

Troska o życie jest zadaniem medycyny. A ponieważ chodzi o naszą wartość najwyższą, więc też od żadnej dziedziny wiedzy tak wiele nie wymagamy, wobec żadnej tak wielkich nie stawiamy żądań. A im więcej medycyna może, tym większe mamy do niej pretensje, że nie wszystko może. No bo czy to nie jest skandaliczne, że medycyna nie zapewnia nam nieśmiertelności?