A co działo się na wschodzie? U nas formalnie rządziła z nadania nieistniejących monarchii („dwóch cesarzy”) Rada Regencyjna, która powierzyła Józefowi Piłsudskiemu (przysłanemu przez Niemców z Magdeburga) zwierzchnictwo nad Polnische Wehrmacht należącym do sił zbrojnych kajzerowskiej armii, czyli wojsk pokonanych w tej wojnie. Powołanie instytucji Tymczasowego Naczelnika Państwa było również aktem organu utworzonego przez zwyciężone państwa centralne. Pierwszy sformowany przez te władze rząd Jędrzeja Moraczewskiego był uznany tylko przez władze berlińskie, nie zyskał poparcia w stolicach państw Ententy, a polityczna pozycja Piłsudskiego („austriackiego brygadiera”) była – oględnie mówiąc – bardzo skromna: nie liczył się, bo walczył przeciwko państwom zwycięskiej koalicji.

Dopiero powstanie rządu Jana Paderewskiego, który był znany i rozpoznawalny na Zachodzie, zmieniło podejście zwycięzców do władz w Warszawie – przestały być reprezentantem interesów pokonanych (i już nieistniejących) cesarstw niemieckich. Oczywiście najważniejszą rolę odegrał Komitet Narodowy Polski rezydujący w Paryżu, tworzący wizję Polski jako państwa, które jakoby było (bo nie było) po stronie zwycięzców, a nie przegranych. Warto przypomnieć, że polityczną legitymacją dla działań tego komitetu był… rosyjski paszport dyplomatyczny Romana Dmowskiego, a więc paszport państwa będącego członkiem Ententy, mimo że od ponad roku faktycznie już ono nie istniało, a w Moskwie rządziła niemiecka agentura, czyli bolszewicy. W konferencji wersalskiej uczestniczyli przedstawiciele istniejącego formalnie państwa rosyjskiego, choć nie byli członkami komisji i zespołów.

Rosja była członkiem Ententy i z jej wojskami walczyły Polskie Legiony utworzone w C.K. Armii, co plasowało nas w sensie militarnym po stronie pokonanych (a nie zwycięskich) armii. W okupowanej w tym czasie Warszawie dominowali politycy austriaccy przywiezieni z Wiednia i Krakowa, a okupantami byli żołnierze kajzerowscy. Nie było Polaków, którzy byli czynnymi politykami w Dumie Rosyjskiej, bo tworzone przez dwóch cesarzy „Królestwo Polskie” miało być częścią niemieckiej strefy wpływów (Mitteleuropa). Nie bez powodu pierwszy rząd niezależny od władz niemieckich powołano w Lublinie (jego szefem był Ignacy Daszyński). Ten rząd gniewnie zlikwidował Józef Piłsudski, odwołując późniejszego marszałka Rydza-Śmigłego z jego składu. Poza osobistymi ambicjami (Daszyński był pełną gębą politykiem, austriackim parlamentarzystą, a Piłsudski nawet nie był austriackim generałem) istotną rolę odegrały realia polityczne: w Warszawie stacjonowały wciąż niemieckie wojska, były jedyną realną siłą militarną. Frontu wschodniego Ententy nie było od roku, a zawieszenia broni w Compiègne nikt u nas nawet nie zauważył.

Tu liczyły się wpływy Berlina, jego koncepcje i nikt nie uważał ich za nieaktualne. W końcu tradycja legionowa afirmowała niemieckojęzyczne zabory, wrogiem zaś była związana z Francją i Anglią (czyli Zachodem) Rosja, której faktycznie nie było, a Piłsudski po cichu wspierał bolszewików będących wrogami Ententy.

Byliśmy więc po stronie przegranych, choć dziś sądzimy, że wtedy „wygraliśmy niepodległość”.

A po której stronie jesteśmy dzisiaj?

 

 

 

Artykuł pochodzi z mojej książki „Polska – Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji”, Tom IV, wyd. Instytut Studiów Podatkowych, www.ksiegarnia.isp-modzelewski.pl.

 

PS.

Mija 100 lat od bolszewickiego, z istoty antyrosyjskiego przewrotu, zwanego do dziś ”Rewolucją Październikową”.

Nasze, polskie postawy wobec bolszewizmu były (są?) pasmem wadliwych diagnoz i strategicznych błędów o długotrwałych, istotnych również dziś skutkach. Przed stu laty bez sensu opowiedzieliśmy się w wojnie bolszewicko-rosyjskiej po stronie „rewolucjonistów”, dając szansę przetrwania ich zbrodniczemu reżimowi, który niszcząc Rosję był w ocenie ówczesnych polityków ponoć naszym realnym sojusznikiem.

A przecież był nieporównywalnie groźniejszym przeciwnikiem niż dogorywająca wówczas Rosja, o czym mogliśmy się szybko przekonać już po trzech latach - w sierpniu 1920 roku - ratował nas wtedy „cud nad Wisłą”. Później piłsudczycy równie błędnie traktowali bolszewickie rządy za „najbardziej przyjazny Polsce wariant państwa rosyjskiego” (!). Klęski 1939 roku, a zwłaszcza dzień 17 września, mógł nas przekonać, że o geopolityce nie mamy zielonego pojęcia. Potem pod niemiecką okupacją, pozostało nam tylko poniżające oczekiwanie na „czerwoną zarazę”, która miała nas „uratować od czarnej (czyli niemieckiej) śmierci”.

I uratowała, narzucając jednak swoją wersję „ Polski Ludowej”, która przecież w istocie trwa do dziś, mimo że od ponad ćwierćwiecza nie ma już bolszewickiego ”socjalizmu” i ich państwa - Związku Radzieckiego. My jednak wciąż tkwimy w starych urojeniach, popełniając po raz kolejny te same błędy: spóźniony, w istocie bezprzedmiotowy „antykomunizm”, utożsamiamy z rusofobią, czyli z nienawiścią do najważniejszej ofiary ich reżimu łączymy z bezwarunkową uległością wobec Niemiec, które - podobnie jak przed stu laty - nazywamy „ niepodległością”. Najważniejszymi deponentami bolszewickich postaw są dziś zagorzali… „antykomuniści”; czas przeszły sprzed stu lat wciąż żyje w nas uniemożliwiając wyrwanie się z naszych słabości, wyzbycie się fobii oraz politycznego infantylizmu.

O naszych starych i nowych rozliczeniach z bolszewizmem i jego współczesnymi demonami jest moja książka „Polska – Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji”, Tom IV. Zaprzecza to wielu obowiązującym do dziś „zachodnim” bajeczkom, przy pomocy których „wyjaśniamy” naszą przeszłość i teraźniejszość.

Jej lektura może być dla nas gorzką, wręcz przygnębiającą.

Może jednak w czasach zamykających epokę III RP, warto podjąć próbę zrozumienia przeszłych 100 lat i wyzwolić się z demonów przeszłości, które zrodziły się w listopadowe dni 1917 r. Może dzięki temu coś odbudujemy w naszych relacjach z Rosją.