Hiszpański dramaturg epoki baroku Pedro Calderon de la Barca w jednej ze swych sztuk twierdzi, że świat jest ułudą, a życie ludzkie snem tylko. Czy można tak twierdzić na serio? Przecież ten świat jawi nam się jako oczywisty w swym istnieniu. Każdy normalny, zdrowy na umyśle człowiek słysząc, iż filozofowie usiłują przeprowadzać wnioskowania mające dowieść, że świat istnieje albo wręcz przeciwnie: że nie istnieje, wzruszy jedynie ramionami i uzna to za oznakę daleko posuniętej aberracji. No bo jak mógłby na przykład lekarz zastanawiać się, czy jego pacjent w ogóle istnieje? Toż nawet profesor filozofii wyjaśniający na wykładzie problematyczność istnienia świata zachowuje się wobec studentów w sposób świadczący, że ich istnienia to on jest pewien.

Jeśli jednak zastanowimy się nieco nad tą kwestią, to będziemy musieli uznać, że sposób, w jaki człowiek odnosi się do jakiegoś przedmiotu albo do drugiego człowieka, nie może być dowodem na istnienie tego przedmiotu czy tego człowieka. Przecież wystarczy przyjąć, że z natury swej nie jesteśmy zdolni działać inaczej, jak tylko przy założeniu, iż świat istnieje; a założenie takie nie przesądza o rzeczywistym istnieniu świata. Tak więc lekarz z natury zakłada, że jego pacjent istnieje, a wykładowca zakłada, że istnieją jego słuchacze; założenie takie po prostu umożliwia nam aktywność życiową, ale nie rozstrzyga bynajmniej kwestii, czy coś istnieje, a jeśli tak, to co mianowicie istnieje i jakie jest w swej istocie.

Jeśli komuś rozważania takie wydadzą się dziwaczne, to niech zastanowi się nad sytuacją następującą. Oto siedzę sobie na krześle, dotykam plecami jego oparcia i mam mocne poczucie realnego istnienia tego krzesła – jakby go nie było, to bym spadł na podłogę. Tylko że z punktu widzenia fizyki to krzesło nie jest stałym, solidnym, ciężkim, barwnym przedmiotem, lecz jest jakąś bezbarwną chmurą elektronów, protonów i czegoś tam jeszcze, składającą się głównie z próżni. Czy na czymś takim odważyłby się ktoś usiąść? Wychodzi na to, że my po prostu zakładamy, iż krzesło istnieje, i z pełnym poczuciem oczywistości siadamy na nim; nie realność krzesła, lecz nasze poczucie oczywistości sprawia, że nie spadamy na podłogę.

A zatem istnienia świata pewni być nie możemy. A czy czegokolwiek możemy być pewni? Francuski filozof Kartezjusz, żyjący w tym samym czasie, co Calderon de la Barca, przekonywał, że nie ma niczego pewnego w naszym poznaniu. Ale znalazł jeden jedyny wyjątek! Otóż mogę zwątpić, czy cokolwiek istnieje, nie mogę jednak wątpić we własne istnienie. „Myślę, więc jestem” – rzekł Kartezjusz. No bo czyż mogę wątpić we własne istnienie? Jak długo mam świadomość samego siebie, tak długo istnieję. Tylko jak dzięki pewności, że ja istnieję, można zyskać pewność, że świat istnieje? Kartezjusz uznał, że pozostaje nam jedynie odwołać się do Pana Boga. Przecież Bóg, który jest Nieskończonym Dobrem, nie może nas oszukiwać – skoro więc dał nam oczywiste przekonanie, że świat istnieje naprawdę, to znaczy, że świat istnieje naprawdę. Kartezjusz sądził, że to jest dowód na istnienie świata, ale w istocie jest to zdanie się na miłosierdzie boskie.

Sprawa jest naprawdę poważna. Nikt jak dotąd nie udowodnił, że świat istnieje. A zresztą, czy w ogóle jest możliwy taki dowód? Nie sposób zatem wykluczyć, że nasze życie jest złudzeniem, nie zaś realnością; że nie jesteśmy zanurzeni w rzeczywistości, lecz pogrążeni we śnie. To może kiedyś się z tego snu obudzimy. Tylko co wtedy z nami się stanie?