Synowie i córki zbiedniałej, pouwłaszczeniowej szlachty z ziem byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego mówili po polsku, ale w tamtych czasach to nie język decydował o przynależności etnicznej. Przede wszystkim byli szlachtą. Podkreślali tę przynależność tym mocniej, im bardziej biedniały ich dwory i obejścia. Jako szlachta byli również Litwinami, dokładnie – litewską szlachtą (a nie „ludem litewskim”), hardą, niezależną i pewną siebie. Na przełomie wieków w istotnej części przekształcili się w pierwszym pokoleniu w dzisiejszą inteligencję, bo „za chlebem” musieli imać się pracy, a bogacące się i szybko rozwijające się miasta wiele oferowały.

Nie tylko młody Feliks (wtedy pisano Felix, czyli Szczęsny) radykalizował się w swych poglądach, przez co zbliżał się szybko do socjalistów. Jego oficjalne życiorysy, napisane w Związku Radzieckim i Polsce Ludowej, często nie były (niestety) przesadnie rzetelne. Z tego, co udało mi się ustalić, w młodości był przede wszystkim wrogo nastawiony do władz rosyjskich (caratu), podobnie jak większość deklasowanej szlachty litewskiej.

Nie było w tym nic oryginalnego, bo każda władza budzi niechęć i sprzeciw, zwłaszcza w świadomości pierwszych pokoleń zmuszanych do pracy na swoje utrzymanie, jednocześnie niemających szansy wejść w kręgi władzy. Odwieczna wrogość wobec rządzących pchała wielu w ramiona socjalistów, którzy byli w sumie jedynym antyreżimowym ruchem o nierosyjskich korzeniach. W poprzednim pokoleniu niewielu Polaków mogliśmy spotkać w radykalnych sektach stricte rosyjskich. Nie było ich wielu. Zapamiętaliśmy Ignacego Hryniewieckiego, który zabił Aleksandra II, a brat Piłsudskiego – Bronisław chciał zamordować jego syna – Aleksandra III.

W pokoleniu Dzierżyńskiego rewolucjoniści tworzyli międzynarodową sektę. Tak, był przede wszystkim wrogiem Rosji widzianej taką, jaka wtedy była, czyli państwa dygnitarzy, rosyjskiej szlachty, urzędników, kapitalistów, polityków, oficerów, a przede wszystkim „caratu”. Niezależnie od tego, jakiej narodowości byli ludzie reżimu. A była to wyjątkowa mozaika – liderami byli niemieckojęzyczni poddani (nie byli przecież w nacjonalistycznym, dzisiejszym rozumieniu tego słowa Niemcami). Pochodzili głównie z Inflant, Kurlandii, Powołża i Petersburga. Mimo że ostatnie trzydzieści lat historii cesarskiej Rosji to czasy pierwszej w dziejach polityki rusyfikacyjnej („samodzierżawie, prawosławie, ludowość”), urzędniczo-wojskowo-biznesowa elita tego państwa była międzynarodowa: w armii było dużo oficerów Polaków, w przemyśle – wielu Żydów i zruszczonych Niemców.

Do tych progów daleko było zbuntowanym, lecz biednym synom litewskiej szlachty. Dziś zapewne nie doceniamy już znaczenia nowych barier majątkowych, które pojawiły się na przełomie tamtych wieków. Gwałtowny rozwój przemysłu i rynku wewnętrznego, wielki przyrost naturalny na pouwłaszczeniowej wsi oraz szybkie i wielkie fortuny kupieckie ludzi z gminu („łyków”) marginalizowały szlacheckie pochodzenie. Litewski (i polski) szlachcic (nawet „obywatel ziemski”) czuł się wręcz obrażony „panoszeniem się” nowobogackich kupców lub, co gorsza, Żydów.

W tym świecie żył i kształtował się późniejszy szef Czeka, będący chorowitym (objawy gruźlicy) poetą i romantykiem. Zapewne jest wiele prawdy w niedawno wydanej biografii Dzierżyńskiego autorstwa Sylwii Frołow, mimo śladów obowiązkowej niechęci do opisywanej postaci. Gdy bolszewicy zdobyli władzę, mogli ją utrzymać tylko terrorem, którym musiał kierować ktoś, kto nienawidził wszystkiego, co rosyjskie. Nie miał żadnych skrupułów; carscy czynownicy, niemieccy i żydowscy fabrykanci oraz rosyjscy oficjele budzili jego głęboką, litewską nienawiść (podobnie myślał i czuł inny Litwin – Ziuk Piłsudski).

Feliks kazał mordować, a czekiści umieli to robić. Czasami przesadzał w swojej antyrosyjskiej fobii, co było przyczyną reprymend nawet ze strony Lenina. Poza tym grabił majątek rosyjski wszystkich: niszczonej państwowości, kapitalistów, dworiaństwa, kupców i zwykłych obywateli.
Był skuteczny. To on obronił władzę bolszewików przed Rosjanami. Bez niego, jego umiejętności organizacyjnych, bezwzględności, bezkompromisowości i nienawiści do wszystkiego, co rosyjskie, bolszewicka klika nie utrzymałaby się u władzy. Potem zaaranżował antybolszewicką opozycję w zachodniej Europie.

To on był autorem strategii, że opozycję też trzeba sobie zorganizować; ta teza jest aktualna do dziś. W pewnym sensie był mistrzem w swojej roli. Bolszewicy słusznie stawiali mu pomniki, które później burzyli Rosjanie, by zniszczyć symbole „radzieckiej” przeszłości.

Na pewno był jednym z pięciu najważniejszych ojców bolszewickiej, a później radzieckiej państwowości i katem Rosji.

Bardzo – na nasze nieszczęście – skutecznym.

 

 


Artykuł pochodzi z mojej książki „Polska – Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji”, Tom IV,
wyd. Instytut Studiów Podatkowych, www.ksiegarnia.isp-modzelewski.pl.

 

 

 

 


PS.

Mija 100 lat od bolszewickiego, z istoty antyrosyjskiego przewrotu, zwanego do dziś ”Rewolucją Październikową”.

Nasze, polskie postawy wobec bolszewizmu były (są?) pasmem wadliwych diagnoz i strategicznych błędów o długotrwałych, istotnych również dziś skutkach. Przed stu laty bez sensu opowiedzieliśmy się w wojnie bolszewicko-rosyjskiej po stronie „rewolucjonistów”, dając szansę przetrwania ich zbrodniczemu reżimowi, który niszcząc Rosję był w ocenie ówczesnych polityków ponoć naszym realnym sojusznikiem.

A przecież był nieporównywalnie groźniejszym przeciwnikiem niż dogorywająca wówczas Rosja, o czym mogliśmy się szybko przekonać już po trzech latach - w sierpniu 1920 roku - ratował nas wtedy „cud nad Wisłą”. Później piłsudczycy równie błędnie traktowali bolszewickie rządy za „najbardziej przyjazny Polsce wariant państwa rosyjskiego” (!). Klęski 1939 roku, a zwłaszcza dzień 17 września, mógł nas przekonać, że o geopolityce nie mamy zielonego pojęcia. Potem pod niemiecką okupacją, pozostało nam tylko poniżające oczekiwanie na „czerwoną zarazę”, która miała nas „uratować od czarnej (czyli niemieckiej) śmierci”.

I uratowała, narzucając jednak swoją wersję „ Polski Ludowej”, która przecież w istocie trwa do dziś, mimo że od ponad ćwierćwiecza nie ma już bolszewickiego ”socjalizmu” i ich państwa - Związku Radzieckiego. My jednak wciąż tkwimy w starych urojeniach, popełniając po raz kolejny te same błędy: spóźniony, w istocie bezprzedmiotowy „antykomunizm”, utożsamiamy z rusofobią, czyli z nienawiścią do najważniejszej ofiary ich reżimu łączymy z bezwarunkową uległością wobec Niemiec, które - podobnie jak przed stu laty - nazywamy „ niepodległością”. Najważniejszymi deponentami bolszewickich postaw są dziś zagorzali… „antykomuniści”; czas przeszły sprzed stu lat wciąż żyje w nas uniemożliwiając wyrwanie się z naszych słabości, wyzbycie się fobii oraz politycznego infantylizmu.

O naszych starych i nowych rozliczeniach z bolszewizmem i jego współczesnymi demonami jest moja książka „Polska – Rosja. Refleksje na stulecie bolszewickiej rewolucji”, Tom IV. Zaprzecza to wielu obowiązującym do dziś „zachodnim” bajeczkom, przy pomocy których „wyjaśniamy” naszą przeszłość i teraźniejszość.

Jej lektura może być dla nas gorzką, wręcz przygnębiającą.

Może jednak w czasach zamykających epokę III RP, warto podjąć próbę zrozumienia przeszłych 100 lat i wyzwolić się z demonów przeszłości, które zrodziły się w listopadowe dni 1917 r. Może dzięki temu coś odbudujemy w naszych relacjach z Rosją.