„Na początku było Słowo” – tak przynajmniej twierdzi św. Jan Ewangelista. Ale nie on pierwszy tak twierdził. Pisząc słowa Dobrej Nowiny po grecku i dla Greków, posłużył się terminem przez starożytnych filozofów greckich używanym dla nazwania boskiej siły przenikającej cały wszechświat – siły ożywiającej i rozumnej zarazem, sprawującej nad światem rządy opatrznościowe. Ta boska moc stanowiąca prawa natury i prawa moralne to po grecku Logos, co my nieudolnie oddajemy w naszym języku jako słowo. Greccy filozofowie sądzili, że Logos ujawnia człowiekowi naturę wszechrzeczy. Logos to moc i słowo – moc, ponieważ rządzi, a słowo, ponieważ ujawnia.

Już Rzymianie mieli problem z oddaniem głębi znaczeniowej tej greckiej nazwy; ich verbum to jednak coś o wiele mniej. My tym bardziej nie mamy we współczesnych językach właściwego środka wyrazu. Dla nas słowo służy po prostu do komunikowania się, ma wymiar wyłącznie językowy. Mówimy na przykład, że pewne partie polityczne dogadały się i zawarły pakt koalicyjny. Albo że nie potrafiły się dogadać, więc koalicja się rozleciała. A z kolei pan premier to potrafi się dogadać z panem prezydentem. Tak właśnie mówimy – wystarczy wziąć do ręki pierwszą lepszą gazetę, aby się przekonać. I nawet nie potrafimy zastanowić się, że jeszcze niedawno temu dogadywali się między sobą złodzieje, kogo okraść, albo gangsterzy, kogo zamordować. Porządni ludzie porozumiewali się między sobą. A teraz mówimy, że politycy dogadują się między sobą. Jeszcze tego nie wiemy, albo może wiemy, tylko przyznać się nie chcemy, żeśmy już zaakceptowali, już pogodzili się z tym, iż światem polityki rządzą te same reguły, które rządzą światem przestępczym. I tylko słowo ujawnia stan naszego ducha, poziom naszej moralności.

To był przykład ze sfery naszej działalności praktycznej. Weźmy dla dopełnienia przykład ze sfery naszych działań duchowych. Oto coraz popularniejsze staje się wśród osób przyznających się do chrześcijaństwa pozdrowienie „Szczęść Boże!”. Nawet osoby duchowne tak właśnie witają się z osobami świeckimi, jak też między sobą. A przecież dawniej chrześcijanin pozdrawiał chrześcijanina słowami „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!”, na które to słowa otrzymywał odpowiedź: „Na wieki wieków!”. Teraz takie pozdrowienie zdaje się nam zbyt długie. I nie zastanawiamy się, że to dawne pozdrowienie było zarazem wyznaniem wiary, podczas gdy to obecne niczym się nie różni od „Dzień dobry!” albo „Cześć!”. Jak adieu u Francuzów czy adiós u Hiszpanów żadnych skojarzeń z Bogiem nie wzbudza. Jeszcze tego nie wiemy, albo może wiemy, tylko przyznać się nie chcemy, żeśmy już zaakceptowali, już pogodzili się z tym, iż moc naszej wiary dalece nie jest równa mocy wiary naszych przodków. Usprawiedliwiamy się, że wygodniej jest posługiwać się zwrotami krótszymi; że sam rozwój języka w tym kierunku prowadzi. Brzmi to dość przekonująco – na tyle przynajmniej, abyśmy przed sobą mogli ukryć, że tak naprawdę to wstydzimy się przyznać do chrześcijaństwa; że tak naprawdę, to niezbyt wiemy, czy jeszcze jesteśmy chrześcijanami. I tylko słowo ujawnia stan naszego ducha, poziom naszej wiary.

Trudno nam dzisiaj traktować Słowo jako rozumną Moc przenikającą świat. Zbyt praktyczni jesteśmy, zbytnio uwikłani w sieć spraw konkretnych, bieżących, tu i teraz. Dla nas świat to ta rzeczywistość, w której żyjemy i działamy. Nie potrafimy pojąć nawet tego, co naprawdę mówią słowa, które wypowiadamy. Może jednak warto choć od czasu do czasu zastanowić się nie tylko nad tym, co mówimy, ale i nad tym, jakich słów używamy?