Redakcja: Czy władze PRL utrzymywały kontakty ze światowym terroryzmem?

Dr Przemysław Gasztold: Wbrew rozpowszechnionym poglądom, a zwłaszcza wbrew propagandzie w krajach demokracji ludowej, kraje komunistyczne nie były wcale wolne od zagrożenia terrorystycznego. Machina propagandowa praktycznie we wszystkich krajach bloku sowieckiego, ale także całego bloku komunistycznego, bo mam na myśli również Chiny czy Albanię, kultywowała przekonanie, że terroryzm jest wytworem nierówności społecznych kapitalizmu, powodujących narastanie tendencji radykalnych. Te z kolei miały w końcu doprowadzić do powstawania grup ekstremistycznych o charakterze terrorystycznym, walczących z systemem państwowym na Zachodzie.

Tak to wyglądało wg. propagandy, ale miało niewiele wspólnego z rzeczywistością, ponieważ ataki o charakterze terrorystycznym były również przeprowadzane w krajach komunistycznych. Różnica polegała na tym, że przeciętny obywatel nie mógł się tego dowiedzieć słuchając radia ani czytając oficjalną prasę. Służby specjalne Polski Ludowej utrzymywały różnorakie stosunki z międzynarodowymi organizacjami o charakterze terrorystycznym i współpraca ta opierała się na kilku płaszczyznach. Pierwszą była doktryna, wspólna ideologia komunistyczna. Tutaj warto wymienić takie organizacje, jak: Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny, Demokratyczny Front Wyzwolenia Palestyny czy też swoistą „czapę” ugrupowań palestyńskich pod nazwą Organizacja Wyzwolenia Palestyny, w skład której wchodziła najsilniejsza partia, czyli partia Al-Fatach. Z tymi ugrupowaniami, zwłaszcza z pierwszymi dwoma, utrzymywano relacje właśnie z powodu zbieżności ideologicznej. Demokratyczny Front Wyzwolenia Palestyny, jak i Ludowy Front w swojej wizji politycznej odwoływały się do wartości marksistowsko-leninowskich, a więc były sojusznikami PZPR, a także innych partii rządzących Europą Środkowo-Wschodnią i należących do bloku sowieckiego.

Kontakty zaczęły się już pod koniec lat 60. Relacje przejawiały się m. in. w przekazywaniu stypendiów członkom tych organizacji w ramach wsparcia dla działalności ugrupowania na Bliskim Wschodzie. Władze PRL przygotowywały kilka-kilkanaście miejsc na uczelniach wyższych w Polsce dla członków organizacji, którzy mogli przyjechać tutaj studiować. Oczywiście tylko oficjalnie studiować, bo niekiedy taka forma wsparcia stypendialnego umożliwiała tymże członkom zaangażowanym w działalność terrorystyczną legalny wyjazd z Bliskiego Wschodu i przeczekanie napiętej sytuacji. Mogli oni wtedy odpocząć czy też zregenerować siły przed lub po przeprowadzeniu zamachu.

Druga płaszczyzna współpracy między służbami PRL, a niektórymi organizacjami o charakterze terrorystycznym odnosiła się do kwestii finansowych. W tym wymiarze najbardziej owocne kontakty utrzymywane były przez służby wojskowe PRL, zwłaszcza przez wywiad wojskowy i Zarząd II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Ta instytucja utrzymywała od II połowy lat 70. bardzo ożywione i aktywne relacje z organizacją Abu Nidala, który oderwał się od organizacji wyzwolenia Palestyny w 1976 r. Jego grupa, uważająca Arafata za zdrajcę idei Palestyńskiej, prowadziła wyjątkowo awanturniczą politykę na Bliskim Wschodzie. Warto podkreślić, że organizacja Abu Nidala przeprowadzała zamachy wymierzone m. in. w liberalne skrzydło OWP. Zabijała, mordowała i podkładała bomby pod samochody należące do Palestyńczyków skłonnych do rozmów pokojowych z Izraelem. Sam lider, czyli Abu Nidal, utrzymywał kontakty z Muhabaratem irackim do 1983 r., a następnie przeniósł bazy swoje i najbliższych współpracowników do Damaszku w Syrii, po to, aby po kilku latach, mniej więcej około 1986 r., przenieść się znowu w rejon Morza Śródziemnego, do Libii. Tam pod skrzydłami Muammara Kadafiego, Abu Nidal dalej prowadził swoją terrorystyczną działalność.

Mamy więc trzy kraje: Irak, Syrię oraz Libię. Tak się składa, że akurat one, spośród krajów tzw. trzeciego świata, były najważniejszymi odbiorcami PRL-owskiego uzbrojenia w latach 70. i 80. Władze PRL zarabiały ogromne pieniądze na eksporcie uzbrojenia, ale eksporcie uzbrojenia do tzw. drugiego obszaru płatniczego, czyli tam, gdzie za broń produkowaną w PRL i wysyłaną do tych krajów płacono w dewizach, m. in. w dolarach. Stąd też drugi obszar płatniczy, gdzie płacono w twardej walucie. Pierwszy obszar płatniczy stanowił zaś obrót, za który płacono w rublach transferowych. A więc zyski przedsiębiorstw PRL-owskich nie były tak wysokie jak właśnie wysyłka i sprzedaż uzbrojenia za dewizy. Jeżeli spojrzymy na lata 1973-83, czyli dziesięciolecie, to w przypadku Libii te kontrakty, które zawierały polskie władze, a zwłaszcza przedsiębiorstwo pod nazwą Centralny Zarząd Inżynierii, ulokowany w Ministerstwie Handlu Zagranicznego, wynosiły mniej więcej 700 mln dolarów w ciągu dziesięciu lat. Była to suma pieniędzy, która, jeżeli porównamy ją do bieżących sukcesów eksportowych polskiego holdingu i polskich firm zbrojeniowych, może rzeczywiście robić wrażenie.

Tu właśnie znajduje się klucz do zrozumienia relacji między wywiadem wojskowym a organizacją Abu Nidala. Nie dość, że te trzy kraje były najważniejszymi odbiorcami PRL-owskiego uzbrojenia, to również one wspierały działalność tejże organizacji. Jednym z najważniejszych elementów wsparcia terrorystów przez Sadama Hussaina, Hafiza al-Asada i Muammara Kadafiego było umożliwienie zalegalizowania przychodów na działalność terrorystyczną. Tutaj pojawia się spółka SAS, ulokowana w Warszawie na 25 piętrze wieżowca Intraco. Wspomniani wcześniej dyktatorzy wykorzystywali spółkę kontrolowaną przez Abu Nidala jako pośrednika w handlu uzbrojeniem oraz pośrednika w rozmowach na temat zakupów i zawierania kontraktów na sprzedaż PRL-owskiej broni. Prowizje, które uzyskiwała ta firma były następnie przekazywane na konto spółki handlowej, należącej do Abu Nidala.

Oglądaj całość