W Brukseli euforia, w Waszyngtonie – uczucia mieszane, w Moskwie – ponura wściekłość, a na giełdach hossa – dominują byki. To reakcja na ogłoszenie wyników I tury wyborów prezydenckich we Francji. Do ostatecznego starcia zakwalifikowali się centrysta i entuzjasta zjednoczonej Europy, Emmanuel Macron (ponad 23% głosów) oraz przywódczyni nacjonalistycznej i eurosceptycznej partii „Front Narodowy” Marine le Pen (więcej niż 21%). Przewiduje się, iż w drugiej turze Macron zwycięży z wyraźną przewagą, w stosunku 60 do 40. Czy to świadczy, że w Europie nacjonalistyczny populizm słabnie? Bo przecież to kolejna – po Holandii – porażka (prawdopodobna) nacjonalistycznych eurosceptyków. Czy to znaczy, iż nastąpiło przesilenie kryzysu i Unia Europejska przetrwa? Cóż, moim zdaniem, wciąż nic nie jest przesądzone.

Sondaże Clinton też dawały przewagę, a wygrał Trump. Marine le Pen wciąż może zwyciężyć. Ale nawet jej porażka nie sprawi, że znikną zagrożenia nie tylko dla obecnej formy UE, ale nawet i dla jej istnienia. Jedno jest pewne, że jeśli prezydentem zostanie le Pen to oznaczać będzie nie tylko „Frexit”, ale ostateczny upadek idei zjednoczonej Europy i powrót do Europy państw narodowych. Powrót do czasów lat 30 XX., gdy w na Starym Kontynencie dominowały autorytarne nacjonalistyczne reżimy i stopniowo rozkwitał faszyzm. Na szczęście dzisiaj ten scenariusz jest znacznie mniej prawdopodobny niż to się wydawało jeszcze kilka miesięcy temu.

W tym artykule chciałbym przedyskutować wyniki I tury wyborów we Francji. W tym jak i na kogo głosują obywatele danego kraju wyraża się szczególność i ogólność problemu wyborów. Bo każdy kraj ma swoje, specyficzne problemy i określone uwarunkowania oraz tradycje. I dlatego Francuzi głosują na innego typu przywódców niż np. Włosi czy Niemcy. A w kampanii wyborczej zwracają uwagę na inne kwestie niż np. Portugalczycy czy Hiszpanie. Natomiast ogólność problemu wyborów wyraża się w tym, że pomimo różnic kultury oraz innych społecznych czy ekonomicznych czy środowiskowych uwarunkowań w każdym z tych europejskich krajów można dostrzec wspólne, określone trendy i tendencje. A główną i niepokojącym trendem ostatnich dwóch lat było pojawienie się populistycznego nacjonalizmu. Węgry, Grecja, Polska i Brexit – nacjonalizm zdobywał nowe terytoria. Ale w końcu 2016, w wyborach prezydenckich w Austrii minimalnie przegrał kandydat Partii Wolności, zaś w marcu 2017 r. w Holandii rządząca partia pokonała antyislamską i eurosceptyczną Geerta Wildersa. Teraz we Francji szykuje się następna porażka eurosceptyków i nacjonalistów. Dodajmy jeszcze że partia „Alternatywa dla Niemiec” traci poparcie, to samo chociaż w mniejszym stopniu odnosi się do PiS-u, a na Węgrzech pojawiły się masowe antyrządowe demonstracje w obronie założonego przez G. Sorosa uniwersytetu. Czy to rzeczywiście oznacza cofanie się nacjonalistycznej fali?

Uważam, że, po pierwsze, ruchy populistyczne, skrajnie prawicowe i skrajnie lewicowe, powstały na glebie kryzysu gospodarczego – dzisiaj w Europie mamy dobrą koniunkturę, w najbardziej zagrożonych krajach udało się ustabilizować deficyt budżetowy i pojawił się wzrost ekonomiczny. Po drugie, szok wywołany zamachami terrorystycznymi minął, a Państwo Islamskie w Iraku i Syrii traci grunt pod nogami. Terroryzm wciąż stanowi zagrożenie, ale już nie budzi takiego strachu jak jeszcze kilkanaście miesięcy temu. Wszystko wskazuje, że ksenofobiczny populizm będzie odgrywał mniejszą rolę w polityce. Przynajmniej w tych wyborach. Lecz ta tendencja w każdej chwili może upaść. Jeśli nastąpi krach na rynkach finansowych, a terroryści muzułmańscy przeprowadzą serię zamachów to może zdarzyć się wszystko. Także zwycięstwo Marine le Pen w prezydenckich wyborach we Francją.

Chociaż Marine le Pen może i zwyciężyć i bez „pomocy” terrorystów, bo od kiedy przejęła stery Frontu Narodowego z rąk jego założyciela i wieloletniego przywódcy oraz prywatnie jej ojca – Jeana le Pena, byłego żołnierza Legii Cudzoziemskiej, wprowadziła szereg zmian ukierunkowanych na przekształcenie Frontu narodowego w partię centrum. Problemem Frontu Narodowego była izolacja, brak sojuszników, co uniemożliwiało tworzenie koalicji. Teraz w retoryce Frontu Narodowego nie muzułmanie i nie Żydzi są głównymi wrogami – to globalizacja oraz jej objawy: masowa międzynarodowa migracja i Unia Europejska. Kiedy Marine le Pen mówi, że jako prezydent obłoży podatkami przedsiębiorców którzy zatrudniają obcokrajowców lub wyprowadzili swoje fabryki zagranice i obniży wiek emerytalny do 60 lat – robi oko do lewicy, kiedy zaś kiedy dywaguje o jakoby zagrożonej francuskiej tożsamości narodowej przez globalizację i gdy postuluje zwiększenie wydatków na wojsko – przymila się do prawicy. Lecz przede wszystkim Front Narodowy to partia nacjonalistyczna: nieufna i przeciwna wszelkim organizacjom ograniczającym narodową suwerenność. Marine le Pen zapowiada wystąpienia ze struktur NATO, wyjście ze strefy Euro, zerwanie umowy o swobodnym przemieszczaniu się ludzi (strefa Schengen) oraz przeprowadzenie referendum w sprawie ewentualnego opuszczenia Unii Europejskiej. W jej programie pojawiły się też polskie akcenty: zapowiedziała współpracę z Kaczyńskim w sprawie destrukcji UE i tak jak premier Beata Szydło pierwszą decyzją zamierza usunąć flagi UE.

I trzeba jej przyznać, że w tym dążeniu zmiany wizerunku Marine le Pen jest konsekwentna i twarda: wyrzuciła swego ojca z partii, bo nie zamierzał odstąpić od swoich antysemickich przekonań, usunęła ze stanowiska swojego zastępcę, bo ten kwestionował hitlerowskie obozy śmierci. I pewne sukcesy już ma: wprawdzie socjaliści zgodnie wezwali do zablokowania Frontu Narodowego, ale już skrajna lewica w osobie Jean-Luca Melenchona, który uzyskał rekordowe jak na ekstremistyczną partię lewicy poparcie – więcej niż 19%, odmówiła Macronowi swojego głosu. Zaś prawica, czyli Republikanie jest podzielona: jedni działacze oświadczyli, że poprą Macrona, inni nie. I nawet pewna część zasymilowanej społeczności muzułmańskiej gotowa jest poprzeć Marine le Pen. Im podoba się model państwa opiekuńczego i też boją się niekontrolowanej imigracji, która zagraża ich życiowemu dorobkowi.

Francuska prezydencka kampania wyborcza w 2017 r. obfitowała w tyle nagłych zwrotów i już nie sprawdziło się tyle przedwyborczych prognoz, że jeśli Marine le Pen wygra - szczególnego szoku nie będzie. Będzie sensacja ale nie szok. A takich niespodzianek było już wiele. Pierwszą z nich była rezygnacja prezydenta Hollande’a z ubiegania się o wybór na następną kadencję.

Francois Hollande prawdopodobnie przejdzie do historii jako najgorszy prezydent Francji w powojennej Europie. Wszystko to czego się dotknął obróciło się przeciwko niemu. Wstępując na urząd prezydencki zapowiadał radykalną zmianę polityki wewnętrznej. Poprzedni prezydent, Nicolas Sarkozy, oskarżany był o prowadzenie niejasnych interesów i korupcję – Hollande ogłosił wielką krucjatę przeciwko korupcji i unikaniu opodatkowania. A tymczasem okazało się, że członkowie jego rządu też popełniają przestępstwa finansowe. Hollande wspierał swojego ministra finansów, aż do chwili gdy ten ze łzami w oczach przyznał się do oszustw podatkowych i został skazany na 3 lat więzienia. Sarkozy prowadził politykę sprzyjającą wielkiemu biznessowi – Hollande zamierzał pomóc klasie średniej i klasie pracującej. Wprowadził 75% podatek dla największych podatników i uzyskał ucieczkę kapitału i gwałtowny wzrost bezrobocia. Przyznał się do błędu i wycofał się z tego podatku. Chciał pomóc gejom i lesbikom - zezwolił na legalizację jednopłciowych małżeństw i spowodował największe w powojennej Francji demonstracje prawicy pod hasłami „obrony rodziny”. I w końcu ponieważ bulwarowe pisma rozpisywały się o miłosnych problemach Sarkozy’go – Hollande zapowiedział zerwanie z celebryckim obrazem prezydentury. A tymczasem wyszedł na jaw jego pozamałżeński romans z jedną ze znanych francuskich aktorek. Zdradzona partnerka zemściła się okrutnie: napisała książkę o nim i o ich związku. Przedstawiła go jako przebiegłego cynika i hipokrytę. I to był cios, który ostatecznie pogrążył Francoisa Hollande’a.

Hollande wiele spraw przegrał, ale wydaje się, że najważniejszą może wygrać: zwycięstwo jego protégé, Emmanuela Macrona, da Francji kontynuację władzy umiarkowanej i proeuropejskiej lewicy. Macron to człowiek z politycznej próżni. Ma bardzo skromne doświadczenie polityczne, nigdy nie wybierany w żadnych wyborach politycznych (tak samo jak Donald Trump), nie ma politycznego zaplecza i w momencie startu kampanii nie popierała go żadna poważna siła polityczna. Kto w takim razie przekonał go do udziału w wyborach, kto mu zapewnił pomoc w organizacji kampanii wyborczej? Marine le Pen twierdzi, że jest on marionetką w ręku wielkiego kapitału finansowego - zanim zajął się polityką pracował dla Rotszyldów. Rosyjskie media nawet znalazły jego patrona: jakoby ma nim być Jacques Attali, teoretyk i pierwszy szef Europejskiego Odbudowy i Rozwoju. Inni twierdzą, że Macron to klon i dziecko Francoisa Hollande’a. Kandydat największej prawicowej partii, Republikanie, François Fillon, nazwał go „Hollande’s baby”.

Prawdą jest, że Emmanuel Macron wiele zawdzięcza odchodzącemu prezydentowi. To on wprowadził go do wielkiej polityki mianując go zastępcą sekretarza w swoim pierwszym rządzie. A kiedy okazało się, że w gospodarce lewicowe recepty się nie sprawdzają – Hollande sensacyjnie mianował go ministrem finansów. I na tym stanowisku pracował prawie dwa lata. Chociaż rząd był wyjątkowo niepopularny w społeczeństwie, to sam Macron zbierał dobre recenzje. Przede wszystkim ze strony prawicy za prorynkowe reformy. W kwietniu 2016 r. założył swoje własne ugrupowanie polityczne En Marche!, a w sierpniu tegoż roku zrezygnował z stanowiska, by całkowicie poświęcić się kampanii wyborczej. Czy to Hollande widząc, że socjaliści nie mają szans w wyborach prezydenckich, przekonał Macrona do wystąpienia jako niezależny kandydat i udzielił mu pomocy w sformowaniu politycznej organizacji oraz zrezygnował z własnej kandydatury by zrobić mu miejsce w politycznym centrum? Tego nie wiemy. I być może nigdy się nie dowiemy. Ale wiemy jedno; Na pewno Hollande i Macron na wiele politycznych spraw mają podobne poglądy. I także podobną wrażliwość na różne kwestie społeczne.

Na przykład w sprawie kolonializmu. Dla Fillona kolonializm był wyrazem „chęci podzielenia się kulturą europejską z afrykańskimi ludami”. Macron w Algerii kolonializm określił jednoznacznie: to był niedopuszczalny akt barbarzyństwa. W sprawie antysemityzmu i Holocaustu: Marine le Pen odmówiła uznania winy Francji za udział francuskich policjantów i urzędników w łapaniu Żydów i ich wywozie do Oświęcimia. Jej stanowisko jest wykrętne, mówi: wówczas istniały rządy Vichy które nie reprezentowały Francji, więc zbrodnie Vichy nie są zbrodniami narodu francuskiego. Hollande i Macron jednak uważają, że owe zbrodnie obciążają francuskie sumienie. W odpowiedzi, Marion Maréchal-Le Pen, reprezentantka najmłodszego pokolenie le Penów w przywództwie Frontu Narodowego, nazwała Macrona kandydatem „elit, bankierów i … kajania się”.

Niezależnie od tego jak wiele pomógł Hollande Macronowi to o jego sukcesie w I turze zdecydował "przypadek?" Faworytem bukmacherów w wyborach prezydenckich długo był François Fillon, który w prewyborach w partii republikańskiej pokonał byłego prezydenta, Nicolasa Sarkozy. Wydawało sie oczywiste, że skoro partia socjalistyczna jest niepopularna, to zwycięży kandydat największej opozycyjnej partii. Lecz w styczniu 2017 r. media ujawniły, że Fillon przez 10 lat w rubryce współpracownicy wpisywał żonę i swoje dzieci otrzymując od państwa setki tysięcy EU. Zatrudnianie członków rodziny w biurach polityków nie jest czymś niezwykłym w krajach UE (np. w Polsce posłanka A. Sobecka - związana z środowiskiem Radia Maryja- w swoim biurze zatrudniła matkę i siostrę), lecz zawsze budzi niesmak. Ponadto żona Fillona, Penelope, w wywiadzie opublikowanym jeszcze przed skandalem, mówila, że polityką się nie interesuje i nie ma z nią nic wspólnego. Sam Fillon uznał rewelacje mediów za brudną grę swoich przeciwników. I pozostał w wyborach, lecz nie udało mu się przywrócić dawnego poziomu zaufania i ostatecznie zajął 3 miejsce, zdobywając prawie 20 % głosów.

Emmanuel Macron i Francois Hollande tak samo odrzucają wszelkie doktrynerstwo i uznają pragmatyzm w podejściu do spraw gospodarczo-społecznych. Macron pytany o swoja ideologię zwykle odpowiada cytując powiedzenie przypisywane Stalinowi lub Mao „Nie ważne czy kot jest biały czy czarny, ważne jest by łapał myszy”. Ogólnie rzecz biorąc jego program ma charakter prorynkowy – cięcie wydatków i ograniczanie administracji i biurokracji – z pewnymi społecznymi ukłonami – np. chce stworzyć system finansowych bodźców skłaniających przedsiębiorców do inwestowania w nierozwiniętych i biednych regionach kraju. Interesująca jest propozycja stworzenia funduszu z którego 18 latkowie mogliby korzystać dla zakupu książek lub udziału w jakiś kulturalnych imprezach. W sprawach migracji chce usprawnić proces przyznawania prawa pobytu, kwestie przyznania obywatelstwa Francji zamierza uzależnić od dobrej znajomości języka francuskiego. W sprawach europejskich jest zwolennikiem dalszej integracji – rozszerzenia kompetencji i wzmocnienia władz w Brukseli.

Pisząc o Macronie nie sposób pominąć jego życia osobistego. Bo jest ono dość osobliwe i stało się przedmiotem niewybrednych ataków przede wszystkim ze strony rosyjskich i prorosyjskich mediów. Nikt nie ma wątpliwości, że Putin i Rosja wspierają Marine le Pen. Front Narodowy zaciągnął pożyczkę w rosyjsko-czeskim banku na 3 mln EU. Marine le Pen miesiąc lub dwa temu została przyjęta przez prezydenta Rosji. Le Pen odwdzięcza się powtarzając wezwania do zniesienia sankcji i uznania aneksji Krymu. Rosjanie też pomagają le Pen i w inny sposób atakując Macrona. Problem w tym, że Macron ma żonę o 24 lata starszą od siebie. Będąc uczniem szkoły średniej Emmanuel uczęszczał też na zajęcia dodatkowe – z teatru. Prowadziła je jego późniejsza żona. Trzy lata później 19-letni Emmanuel oświadczył się swojej czterdziestotrzyletniej nauczycielce. Wtedy jego rodzice się sprzeciwili i związek został zawarty kilka lat później. Brigitte ma troje dzieci i siedmioro wnucząt z poprzedniego małżeństwa. Emmanuela nazywają po amerykańsku „daddy”. Brigitte odgrywa ważną rolę w życiu Macrona. Często korzysta z jej rad. Ich znajomi podkreślają, że roztacza nad nim swoją opiekę. Macron często w wywiadach powołuje się na przykład Trumpów: różnica wieku między Donaldem i Melanią tez wynosi 24 lata. Lecz to, że uznaje się za normalne małżeństwo w którym mężczyzna jest znacznie starszy od swoje żony, a doszukuje się patologii w sytuacji, gdy jest znacznie młodszy od swojej drugiej połowy– zdaniem Macrona - społeczny przesąd.

Bulwarowe media i rosyjskie kanały „Russia Today” i agencja „Sputnik” intensywnie rozprzestrzeniają różne teorie na temat prywatnego życia Emmanuela Macrona. Najczęściej powtarzaną plotką jest to, że w istocie rzeczy Emmanuel jest homoseksualistą, a małżeństwo z starszą kobietą pozwala mu na ukrywanie swoich skłonności. Jednak pomimo wielomiesięcznych poszukiwań nikomu nie udało się zdobyć dowodów na homoseksualne praktyki Emmanuela. A trzeba zaznaczyć, że nie tylko dziennikarze grzebią w przeszłości i teraźniejszym życiu faworyta w wyborach prezydenckich. Japońska firma potwierdziła, że podobnie jak to było w przypadku sztabu partii demokratycznej w USA, także i sztab wyborczy Macrona podlega częstym atakom w sieci najprawdopodobniej ze strony rosyjskich hakerów.

Kto będzie następnym prezydentem Francji: Emanuel Macron czy Marine le Pen? Chociaż w sondażach zdecydowanie prowadzi Macron, to jednak wciąż duży odstek wyborców, zwłaszcza o poglądach skrajnie lewicowych i prawicowych jeszcze nie podjął decyzji. Warto spojrzeć na to jak rozkładają się preferencje wyborcze uwzględniające zmienne wieku i wykształcenia. Okazuje się, że na Macrona zamierzają głosować głównie ludzie w średnim wieku i starsi, na le Pen – najmłodsi wyborcy. Im ktoś jest bardziej wykształcony, tym większa jest szansa, że odda swój głos Macrona. Le Pen dominuje w kategorii najmniej wykształconej części elektoratu – zwłaszcza wśród niskowykwalifikowanych robotników. Dlaczego tak się dzieje? Cóż, można to wyjaśniać następująco: Marine le Pen głównie odwołuje się do strachów związanych z imigracją, a imigranci zabierają miejsca pracy przede wszystkim niskowykwalifikowanym pracownikom. Imigrantów nie boją się tzw. białe kołnierzyki – w ich pracy konieczne są wysokie kwalifikacje i przede wszystkim dobra znajomość języka francuskiego. Dodajmy jeszcze wpływ wykształcenia. Samo wykształcenie nie redukuje ksenofobii - pewnie każdy wskaże ksenofobów z wyższym wykształceniem (nawet profesorów). Ale wykształcenie ma jedną ważną cechę pozwalające redukować ksenofobię – pozwala na poznanie bez fizycznego kontaktów, pozwala na wczucie się sytuację osób o innej rasie lub innej kulturze. I to osłabia ksenofobię. Bo boimy się tego czego nie znamy, to co jest znane przestaje być groźne.

I w końcu dlaczego na Macrona chcą głosować ludzie starsi, a na le Pen młodzież? Macron często oskarża le Pen o wprowadzanie podziałów i prowokowanie konfliktów. Straszy, że le Pen może doprowadzić do wybuchu III wojny światowej. A to na ludzi, którzy na swojej skórze doświadczyli okropności wojny, działa. A dlaczego młodzież popiera ekstremę prawicową jak Marine le Pen i ekstremę lewicową jak Jean-Luc Melenchon, wielbiciela „Che” i zwolennika Hugo Chavesa? Młodzież z swojej istoty jest radykalna, bo nie ogranicza ją ani doświadczenie, ani też obawa przed utratą dorobku życia. Młodzi ludzie łatwo dają się nabrać na szczytne, pięknie brzmiące hasła. Na rzeczywistość patrzą poprzez teorie, nie zdając sobie sprawy, że wszystkie teorie upraszczają i w pewnym stopniu fałszują rzeczywistość.

I na koniec: który z kandydatów na prezydenta Francji jest bardziej wygodny dzisiejszej władzy w Polsce? Gdyby nie prorosyjskość i gdyby nie antyeuropejskość to odpowiedź byłaby prosta – Marine le Pen. Zwycięstwo le Pen oznacza rozpad UE i czas niestabilności, zwłaszcza w naszym regionie. Ponieważ Polska zdążyła się skłócić z nieomal wszystkimi sąsiadami – taka sytuacja byłaby dla nas niezwykle niebezpieczna. A co oznacza prezydent Emmanuel Macron? Jeśli jeszcze w Niemczech zwycięży Angela Merkel to przyszłość UE jest oczywista: nastąpi realizacja planu Europy dwóch prędkości: centrum i peryferii. I wówczas PiS lub inna partia staną przed trudnym wyborem: przyłączyć się do centrum, co oznacza zrzeczenie się części swojej suwerenności, wprowadzenie europejskiej waluty id. Itp., czy też pozostanie na peryferiach Europy bądź też wystąpienie z Unii Europejskiej. Taki będzie dylemat przed którym być może już wkrótce stanie Jarosław Kaczyński i rząd Beaty Szydło.