II wojna światowa, przez Rosjan nazywana „wielką wojną ojczyźnianą”, wytworzyła w świadomości Rosjan silny stereotyp wyzwolenia Polski. Wolności Polakom nie mogli wszakże przynieść żołnierze, którzy sami nie byli wolni jak to trafnie ujął premier Tusk na Westerplatte 1 września 2009 r. Zakończenie wojny i odzyskanie wolności przez inne narody u nas oznaczało zmianę obcego panowania, czego Rosjanie nie mogą i dzisiaj zrozumieć, a Polacy z kolei wybaczyć. Wprawdzie ustała praca obozów koncentracyjnych, nie było łapanek ludzi na ulicach, rozstrzeliwań i wywózek do pracy przymusowej, ale nadeszło zniewolenie poprzez sowietyzację.

Podział wyznaniowy odgrywał zawsze bardzo doniosłą rolę w stosunkach polsko-rosyjskich. Nakładł się tu znany każdemu wykształconemu człowiekowi dziejowy konflikt katolicyzm-prawosławie.

Jakie by to nie były powody dziejowego antagonizmu polsko-rosyjskiego, niech to będzie odmienna religia, czy polityka, Polska i Rosja stały się sobie obce i wrogie. Ale teza o rusofobii, może powszechna w niektórych mediach, nie znajduje, moim zdaniem, potwierdzenia w polskiej świadomości społecznej.

Media powtarzają często tezę o rusofobii żeby pokazać prawicową opozycję w określonym świetle. Ułatwia to neoimperialna polityka Putina i ogólna wiedza o jego autorytarnych rządach.

Media zresztą równie łatwo kreują wizerunek opozycji prawicowej jako programowo antyniemieckiej. Silna pozycja Niemiec w Unii Europejskiej jest niezaprzeczalna. Z Niemcami nas wiele łączy gospodarczo i politycznie, ale Niemcy nie są zainteresowane w polskiej emancypacji w Europie jako liczącego się podmiotu, od którego coś zależy. Nie oznacza to bynajmniej, że są one naszym wrogiem.

Polaków i Polskę od Rosji bardzo wiele dzieli, ale to nie jest związane z fobiami, a bardziej z realną polityką oraz odmiennymi interesami.


notował Rafał Wójcik, 15.12.2013